"Odyseja"

Obrazek posta

Do wczoraj "Odyseja" była dla mnie opowieścią przygodowo-awanturniczą. Element baśniowo-transcendentny - wszyscy ci bogowie, cyklopy, syreny i inne dziwadła - nie przydawał jej powagi. Do tego stopnia, że w oryginalnej wersji miałem ją za głupiutką. Nadal mam, dystansując się od wszystkiego, co nierzeczywiste i nieracjonalne.

Poszedłem więc do kina dla grzesznej przyjemności obejrzenia czegoś, co nie wymaga ode mnie emocjonalnego i intelektualnego zaangażowania. No i wziął mnie reżyser najnowszej adaptacji homeryckiej historii rozsmarował po ścianie. W ciemno założyłem, że sceny będą epickie, scenografia dopieszczona, a poziom realizacyjny najwyższy; w końcu to Nolan. Ale takiej interpretacji mitu tom się nie spodziewał.

Jest bowiem najnowsza "Odyseja" opowieścią o stresie pourazowym. O wyparciu. O poczuciu winy. O skutkach wojennej brutalności i bestialstwa. Historia Odysa ma widzowi pokazać, że z wojny nie wraca się czystym. Z wojny wraca się zadręczonym - dlatego najchętniej by się o niej zapomniało. Dlatego powrót jest tak długi, czasem nigdy się nie kończy, nawet jeśli fizycznie dobijemy do brzegu. Oto przesłanie Nolana. Niepokojąco aktualne w czasach, gdy obleganych jest tyle Troi...

Zdecydowanie polecam!

-----

Nz. Kadr z filmu/fot. materiały dystrybutora

"Odyseja" Homer Odyseusz cyklop syreny Nolan mit Grecja

Zobacz również

Drapaty
Upał!
Arytmetyka

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...