Groźny scenariusz. O rosyjskiej przewadze na Bałtyku i wschodniej flance
Hiszpański myśliwiec F-18, uczestniczący w NATO-wskiej misji ochrony przestrzeni powietrznej Rumunii zestrzelił 15 sierpnia rosyjski dron. W świetle oficjalnych informacji resortu obrony to już czwarta sytuacja tego rodzaju (zestrzelenie) w tym roku. Jednak incydentów z udziałem rosyjskich dronów było znacznie więcej. Dzień wcześniej, 14 sierpnia, rumuńskie siły zbrojne odnalazły szczątki 4 rosyjskich dronów (cztery przypadki w ciagu jednego dnia!) Właściwie nie ma dnia aby Rumunia nie doświadczała, w różnej formie, zagrożenia związanego z rosyjskimi systemami bezzałogowymi. I tak 11 sierpnia wysadzono w powietrze dwa rosyjskie Gerbery, które dryfowały nieopodal Neptun Deep - instalacji wydobywczej (gaz ziemny) na Morzu Czarnym. Pełniący obowiązki ministra obrony, Radu Miruță (Rumunia od maja nie ma rządu), poinformował, że w ciągu 96 godzin wykryto ponad 100 dronów w pobliżu rumuńskiej przestrzeni powietrznej, niektóre z nich operowały w rojach a samoloty NATO podrywano w powietrze 7 razy (3 razy śmigłowce). Od 24 lipca do początków sierpnia rumuńskie i NATO-wskie lotnictwo praktycznie codziennie przechwytywało i zestrzeliwało rosyjskie drony naruszające przestrzeń powietrzną tego kraju. Intensywność nalotów ma oczywisty związek z kampanią rosyjskich ataków na ukraińską infrastrukturę portową, tak w rejonie Odessy jak i portów na Dunaju, ale warto zadać pytanie (na razie zostawmy je bez odpowiedzi) czy „przy okazji” Rosjanie nie testują też NATO i nie przygotowują się być może do „czegoś większego”.
Drugim wydarzeniem minionego tygodnia na które warto zwrócić uwagę, a stawiam tezę, że wszystkie one są elementami tej samej „układanki” i wiążą się ze sobą, jest podróż Władimira Putina na Wyspy Kurylskie, a zwłaszcza to co w czasie swej podróży na Daleki Wschód powiedział. Rosyjski prezydent po raz pierwszy odwiedził Iturup, co już wywołało protest japońskiego MSZ-u, bowiem Tokio uważa Wyspy Kurylskie za część Japonii, nielegalnie okupowaną najpierw przez ZSRR a teraz przez Rosję. Wcześniej, na pokładzie krążownika rakietowego Wariag rosyjski prezydent podsumował zakończone ćwiczenia rosyjskiej Floty Oceanu Spokojnego i przy tej okazji sformułował przesłanie, na które chciałbym zwrócić uwagę. W swym przemówieniu Putin stwierdził - cyt. „Chciałbym zwrócić uwagę na niedawne decyzje Unii Europejskiej. Widzimy, że władze niektórych krajów, łamiąc międzynarodowe prawo morskie, próbują ograniczyć pokojowe przemieszczanie się statków należących do naszych operatorów gospodarczych, a ostatnio rozważały nawet konfiskatę naszych statków i sprzedaż skradzionego nam mienia. To oczywiście nic innego jak piractwo i rabunek. A jeśli to się stanie w praktyce, będziemy zmuszeni odpowiedzieć w ten sam sposób. I to niekoniecznie na wodach, na których planują ataki na nasze statki i okręty, ale wszędzie tam, gdzie uznamy to za konieczne i stosowne, w tym w strefie odpowiedzialności Floty Pacyfiku.” Odpowiadając mu, Wiktor Lina, dowódca rosyjskiej Floty Oceanu Spokojnego poinformował, że „realizując polecenie” Putina przeanalizował ruch statków handlowych na wodach międzynarodowych okalających Wyspy Kurylskie i podał informacje - „Od 24 kwietnia do 6 sierpnia 2026 r. przez wyłączną strefę ekonomiczną Federacji Rosyjskiej wzdłuż wysp Południowego Grzbietu Kurylskiego przepłynęło 1001 statków, z czego 379 znajdowało się pod banderą państw nieprzyjaznych, w tym 273 statki do przewozu ładunków suchych i 71 tankowców, w tym 26 statków brytyjskich i 9 francuskich.” (Podkr. MB). Komunikat jest oczywisty. Jeśli państwa UE zaostrzą politykę wobec Rosji, co niektóre od pewnego czasu deklarują i zaczną zajmować tankowce i inne jednostki „floty cienia” to prócz organizowania konwojów, co Kreml już od miesięcy deklaruje, Rosjanie będą też w odpowiedzi przechwytywać statki państw europejskiej „koalicji chętnych” na innych wodach, w tym tak odległych jak Pacyfik, a na dodatek trzeba liczyć się z zaostrzeniem sytuacji z innymi państwami, bo nie bez powodu Putin deklarował gotowość rozmów z Japonią ale też nie wykluczał obrony interesów Rosji, czyli scenariusza konfliktu.
Dlaczego mamy do czynienia z ważnymi, mającymi również wpływ na sytuację w Europie, a zwłaszcza na Bałtyku i Morzu Północnym, deklaracjami? Otóż Brytyjczycy już zdają sobie sprawę z faktu, że nie mają niezbędnego potencjału aby zareagować w sytuacji materializowanie się gróźb Putina. Innymi słowy, jeśli Rosja zacznie zajmować brytyjskie, lub pływające do brytyjskich portów statki na Pacyfiku, to Londyn bezsilnie będzie przyglądał się rozwojowi sytuacji. Powód jest oczywisty - brak potencjału Royal Navy. Obecnie Wielka Brytania ma na północnym Pacyfiku jedynie dwa, słabo uzbrojone okręty - HMS Tamar i HMS Spey. To niewielkie jednostki (90 metrów), znacznie słabiej uzbrojone i wyposażone niż choćby Wariag na pokładzie którego przemawiał Putin (186,4 metra). Dziennikarze The Telegraph rozmawiali na ten temat z emerytowanymi admirałami marynarki wojennej, których diagnoza jest jednoznaczna. Admirał Lord West, były dowódca Marynarki Wojennej, powiedział, że obawia się, iż brytyjskie okręty będą bezbronne, jeśli Rosjanie rozpoczną agresywne działania. „Nasza marynarka wojenna była redukowana i redukowana - zauważył - i nie mamy wystarczającej liczby okrętów, aby wypełniać swoją rolę w ochronie globalnej żeglugi. To niezwykłe, że kolejne rządy pozwalały nam na tak drastyczną redukcję marynarki wojennej. Statki patrolowe są tam po to, żeby pokazać swoją obecność. Ale cofając się 30 lat temu, pływało tu cztery lub pięć statków, a nie tylko dwa”.
Ben Wallace, były brytyjski minister obrony, powiedział, że w związku z deficytem potencjału jeśli Londyn poważnie będzie chciał myśleć o ochronie swych interesów ekonomicznych na Pacyfiku, to ma dwie opcje - sciśle współpracować z Japonią lub zwrócić się o wsparcie do Francji, która dysponuje większą liczbą okrętów. To dlatego Putin formułował swe przesłanie pod adresem Tokio w taki sposób, iż „doradzał” Japonii nie angażowanie się w spory między Federacją a Europą. Moskwa, o czym warto pamiętać, ma spore możliwości wywierania presji ekonomicznej na Tokio, które całość swego zapotrzebowania na energię realizuje importując surowce, również rosyjski gaz skroplony. Pierwsza opcja, którą mogą starać się wykorzystać Brytyjczycy, czyli wspólne działanie z Francją ma jeden słaby punkt i istotne konsekwencje geostrategiczne dla sytuacji na Bałtyku. Zacznijmy od słabego punktu, którym są kwestie finansowe. Operacja wysłania okrętów marynarki wojennej na tak odległy od macierzystych portów akwen jakim jest Pacyfik jest bardzo kosztowna. Wysłanie przez Paryż okrętów w rejon Zatoki Perskiej kosztował francuski budżet, tylko w ciągu pierwszych 2 miesięcy, miliard euro. W przypadku operowania na Pacyfiku koszty nie będą mniejsze, nie mówiąc już o ryzyku politycznym. A zastanawiając się jak mogą rozwinąć się wydarzenia nigdy nie zapominajmy o finansowych możliwościach (dotyczy to również Polski). W przypadku Francji mamy w tym wypadku do czynienia z dramatycznym pogorszeniem się sytuacji a co za tym idzie ograniczeniem możliwości i zmniejszeniem swobody w zakresie decyzji strategiczno - politycznych. Pierre-Antoine Delhommais, redaktor Le Point, w artykule otwierającym ostatni numer tego francuskiego tygodnika napisał, że „to gigantyczny pożar, którego władze nie są w stanie opanować, który nadal szybko się rozprzestrzenia i powoduje bezprecedensowe spustoszenie gospodarcze i finansowe. Francja stoi w obliczu historycznego megapożaru z powodu długu publicznego, którego ciężar, odpowiadający płatnościom odsetek, osiągnął 34,5 mld euro w pierwszej połowie tego roku, według Ministerstwa Gospodarki i Finansów. To o 5,3 mld euro (+18,3%) więcej niż w tym samym okresie w 2025 roku. Głównym winowajcą tego dramatycznego i nieoczekiwanego wzrostu jest wzrost stóp procentowych . Oprocentowanie dziesięcioletnich francuskich obligacji skarbowych (OAT), głównego narzędzia finansowania rządu, wzrosło z 3,3% w lipcu 2025 r. do 3,9% w lipcu 2026 r.” W świetle obecnych prognoz w 2030 roku tylko z tytułu odsetek od zaciągniętych pożyczek Francja będzie musiała płacić 120 mld euro rocznie, czyli więcej niż wydaje na edukację. W 2020 roku było to 30 mld euro. Powodów jest kilka, ale żadnego nie da się szybko zniwelować. Po pierwsze dług szybko narastał, kiedy stopy procentowe były na poziomie 0 a teraz trzeba go rolować przy znacznie wyższych obciążeniach. Po drugie gospodarka francuska rośnie podobnie jak niemiecka, czyli anemicznie, po trzecie państwo nadal ma przekraczający 5 % PKB deficyt budżetowy, po czwarte koszty absurdalnej polityki migracyjnej są coraz większe bo „przybysze” słabo się integrują, po piąte wreszcie kryzys globalny zwiększa koszty przedsiębiorstw obniżając perspektywy wzrostu i na to nakładają się - sytuacja klimatyczna, bo tegoroczne pożary i susza kosztować będą francuską gospodarkę bardzo dużo oraz perspektywa przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Można mieć oczywiście nadzieję, że „cudownym zrządzeniem Opatrzności” Francja przezwycięży trudności, ale znacznie rozsądniejsza opcja jest założenie, że Paryż w nadchodzącym pięcioleciu ani nie będzie skłonny finansować znaczącymi kwotami takich państw jak Ukraina, ani też, niezależnie od bombastycznych deklaracji, nie zwiększy swych zdolności w zakresie „projekcji siły”. Raczej bezpieczniejszym założeniem jest przyjęcie, iż Francja, nadal chcąc odgrywać rolę rozgrywającego w europejskiej polityce będzie realizowała linię demonstracji stanowczości i poszukiwania kompromisu tak aby nie narazić się na uwikłanie w jakiś konflikt który mógłby wyczerpać jej zasoby czy obnażyć możliwości.
Gdyby jednak Paryż i Londyn zdecydowali się zwiększyć swą obecność wojskową na Pacyfiku to warto zwrócić uwagę na konsekwencje dla bilansu sił. Ich potencjał marynarki wojennej uległby rozciągnięciu (mamy jeszcze kwestię Zatoki Perskiej i rozminowywania tego akwenu, co w świetle deklaracji Trumpa miałoby być „domeną” sojuszników europejskich), ze szkodą dla zdolności do patrolowania Morza Północnego i Bałtyku. A i na tych akwenach Rosjanie rozbudowują swe zdolności i utrzymują „stan zagrożenia” dla europejskich państw NATO.
Londyński IISS opublikował przed kilkoma dniami intrygujący raport, który zostanie zignorowany przez naszych polityków (konieczność lektury 26 stron tekstu po angielsku), ale warto poświęcić mu nieco uwagi.
Przedmiotem zainteresowania ekspertów (raport powstał przy współpracy z niemieckim Instytutem Seidela /CSU/) były incydenty z dronami, które miały miejsce między sierpniem 2024 a lutym 2026 roku. Państwa Europy Zachodniej, bo trzeba jeszcze zwrócić uwagę na fakt, iż analiza dotyczy wyłącznie tego obszaru, naszą częścią kontynentu analitycy IISS nie interesowali się, choć mają na ten temat opinię (jeszcze o tym napiszę), mają problem z atrybucją powtarzających się incydentów. Nie wiadomo czy pojawianie się dronów ma charakter zaplanowanej i kierowanej przez jeden ośrodek akcji czy raczej mamy do czynienia z przypadkowa zbieżnością wydarzeń, działaniem hobbystów, nieustalonych sprawców czy niewinnymi w zakresie intencji sytuacjami. Analitycy IISS są jednak zdania, że „jest wysoce prawdopodobne, że Kreml przeprowadził kampanię przy użyciu bezzałogowych statków powietrznych przeciw Europie.” Analitykom udało się znaleźć wspólny wzór, modus operandi, łączący wszystkie te, na pierwszy rzut oka niezwiązane ze sobą incydenty. Jak argumentują Rosjanie realizowali w Europie jednocześnie dwa rodzaje operacji z użyciem bezzałogowych statków napadu powietrznego. Na wschodzie była to „kampania uderzeniowo - sondująca” na wschodniej flance, która wiązała i wiąże się z masowym użyciem systemów bezzałogowych (stąd intensywność incydentów w Rumunii”, na zachodzie zaś mieliśmy do czynienia z operacjami których celem miała być izolacja, rozdzielenie dwóch obszarów operacyjnych (Zachód - Wschód). W przypadku państw Europy Zachodniej (Niemcy, Dania, Holandia, Wielka Brytania) mieliśmy do czynienia z „tajną kampanią zwiadu morskiego, obserwacji i rozpoznania (ISR) przeciwko infrastrukturze odstraszania nuklearnego, węzłom logistycznym,
instalacjom wojskowym i cywilnym węzłom lotniczym w Europie Północno-Zachodniej i Środkowej. Misje te charakteryzowały się operacjami nocnymi, wydłużonym czasem trwania, rozmiarami platform niezgodnymi z przeznaczeniem cywilnym oraz rozmieszczeniem geograficznym wzdłuż europejskich wybrzeży, zgodnym z wystrzeliwaniem z morza przez statki powiązane z Rosją i flotę cieni.” Analitycy są zdania, że Rosjanie wykorzystywali statki „floty cienia” w charakterze mobilnych platform, baz z których startowały drony zauważone wielokrotnie nad instalacjami wojskowymi czy infrastrukturą krytyczną. Ta kampania miała kilka celów a jej przeprowadzenie było możliwe dlatego, że systemy radarowe będące w użyciu w państwach NATO (w tym i w Polsce) mają ograniczone zdolności w zakresie wykrywania i identyfikacji nisko lecących celów, jakimi są drony. Były budowane na potrzeby walki z lotnictwem załogowym a zmiany w europejskich państwach członkowskich są powolne i niewystarczające. My jesteśmy w podobnej sytuacji, czego potwierdzeniem jest ostatni incydent z rosyjską rakietą manewrująca która „zniknęła” z naszych radarów. Wróćmy jednak do kwestii zasadniczej a mianowicie pytania jakiego rodzaju cele Rosjanie mogą chcieć osiągnąć realizując operację opisywaną przez IISS.
W grę wchodzą cztery - „badanie czasów reakcji i progów decyzyjnych sojuszniczych struktur obrony powietrznej i dowodzenia cywilno-wojskowego; mapowanie podatności na zagrożenia wokół krytycznej infrastruktury, w tym węzłów cywilnych podwójnego zastosowania, wojskowych węzłów logistycznych wspierających Ukrainę oraz obiektów
związanych z sojuszniczym odstraszaniem nuklearnym; nakładanie kosztów ekonomicznych i psychologicznych na społeczeństwa europejskie poprzez zakłócanie lotnictwa cywilnego i zaufania publicznego do bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej; oraz normalizację naruszeń przestrzeni powietrznej na niskim pułapie poniżej progu bezpośredniej reakcji wojskowej sojuszników.” Z naszego punktu widzenia zasadnicza jest kwestia odpowiedzi na pytanie dlaczego Rosja realizuje odmienną strategię wobec państw wschodniej flanki i dalej położonych będących zapleczem strategicznym tych pierwszych. Nota bene analitycy IISS podkreślają skuteczność rosyjskiej operacji oraz słabość odpowiedzi państw Europy Zachodniej realizujących tzw. European Drone Defense Initiative. Wróćmy jednak do celów strategicznych rosyjskiej operacji. Jak argumentują eksperci IISS „strategiczny cel kampanii został prawdopodobnie określony w ramach Strategicznej Operacji Niszczenia Celów o Krytycznym Znaczeniu, którą rosyjski Sztab Generalny identyfikuje jako decydującą operację otwierającą konflikt o wysokiej intensywności (poder - MB), wymagającą kompleksowych danych o celach, dotyczących logistyki przeciwnika, infrastruktury dowodzenia i architektury obrony powietrznej. Kampania bezzałogowych statków powietrznych niemal na pewno wygenerowałaby dane dotyczące martwych pól radarowych, korytarzy przechwytywania i progów zasad zaangażowania w europejskiej przestrzeni powietrznej. Bezprecedensowe wtargnięcie do polskiej przestrzeni powietrznej nawet 24 rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych (BSP) w nocy z 9 na 10 września 2025 r. ilustruje złożony charakter tych celów. Wywołując wspólną reakcję sojuszniczą, która poderwała polskie F-16, holenderskie F-35 i włoskie samoloty wczesnego ostrzegania, incydent ten dał Rosji możliwość
obserwowania czasu reakcji sojuszników, procedur dowodzenia i reakcji obrony powietrznej. Konkretne trasy lotu kilku dronów-wabików Gerbera skierowanych w stronę lotniska Rzeszów-Jasionka w Polsce umożliwiłyby Kremlowi zbadanie obrony powietrznej.” Proszę wybaczyć ten długi cytat, ale waga tych spostrzeżeń jest ogromna. Po pierwsze, zarówno w przypadku zeszłorocznego „wtargnięcia dronów” jak i zapewne tegorocznego „incydentu” z rosyjską rakietą, nie mówiąc już o innych podobnych wydarzeniach np w Rumunii nie mamy do czynienia z żadnym przypadkowymi i oderwanymi od siebie zdarzeniami. Raczej należy mówić o o pierwszej fazie operacji o dużej skali, którą przeprowadzają Rosjanie i która może być wstępem do kolejnej fazy działań. Analitycy IISS są też zdania, że jednym z głównych, jeśli nie głównym celem Rosja wobec państw Europy Zachodniej jest „mapowanie” szlaków logistycznych. Ponad 1000 niewyjaśnionych incydentów z dronami, jakie w ubiegłym roku miały miejsce w Niemczech są ich zdaniem elementem tego samego „wzoru” działania, co operacje nad Danią i Morzem Północnym. Tym wzorem jest nie tylko operowanie w nocy i koncentracja incydentów z udziałem systemów bezzałogowych nad obiektami istotnymi z punktu widzenia wojskowego czy logistycznego (porty, śluzy, mosty etc), ale również używanie przez Rosjan jednostek z ich „floty cienia”. Ta hipoteza pozwala nam zrozumieć zarówno niedawne działania Francuzów i Brytyjczyków którzy z większą częstotliwością zaczęli aresztować te statki jak i reakcję na te wydarzenie Moskali. Pisząc o reakcji państw Europy Zachodniej na incydenty z dronami eksperci IISS stwierdzają, że „kampania Kremla ujawniła polityczny rozłam w Sojuszu, wykorzystując lukę między tym, co mogły zrobić europejskie armie, a tym, co ich rządy były gotowe autoryzować. Kampania ta wielokrotnie i publicznie pokazała, że próg kary zbiorowej był wyższy, niż zakładała wcześniej europejska postawa odstraszająca.” A zatem prócz wymiaru operacyjnego (testowanie zdolności obrony przestrzeni powietrznej, czasu reakcji, umiejętności oceny sytuacji) rosyjska kampania ujawniła pęknięcia w NATO-wskim systemie sojuszniczym. To skłoniło ich do sformułowanie oceny, iż nawet analizując skutki tej operacji w oderwaniu od całej sytuacji naszego kontynentu w punktu widzenia Moskwy jej koszty były mniejsze niż nakłady. Rosja wie już jakie są słabe punktym, gdzie NATO nie jest przygotowane i ma problemy z wspólną, stanowczą odpowiedzią. „Patrząc na kampanię z perspektywy Kremla - argumentują- można stwierdzić, że wartość tkwi w tym, co ujawniają rządy europejskie i NATO. Kampania prawdopodobnie wygenerowała wartość operacyjną dla rosyjskich planistów: ekspozycja na radary, czas reakcji, korytarze przechwytywania, progi zasad zaangażowania oraz geografia tras wzmocnienia NATO w Europie i na Ukrainę. Co najważniejsze, kampania uwydatnia widoczną lukę między zdolnościami wojskowymi a polityczną wolą działania. Schemat udokumentowany w tym raporcie – 144 incydenty w 13 państwach europejskich, skupienie wokół obiektów związanych z energią jądrową, infrastrukturą wspierającą Ukrainę i głównych węzłów lotnictwa komercyjnego – jest spójny rosyjską strategią „ograniczenia dostępu” (deniable)”. Chodzi po prostu o przygotowania mające na celu izolowanie dwóch teatrów działań - wschodniej flanki i Zachodniej Europy, dlatego Rosjanie testowali dwa oddzielne modele operacyjne. W odniesieniu do państw Zachodu chodzi o ewentualne sparaliżowanie ich zdolności logistycznych, bez których wsparcie dla walczących państw wschodniej flanki NATO będzie problematyczne jak i nałożenie „kary” i wywołanie presji tamtejszej opinii publicznej na rządy. Dlatego obiektem zainteresowania jest infrastruktura nuklearna i lotniska cywilne. Jeśli bowiem już obecnie zarysował się w państwach NATO podział na tych, którzy są skłonni do działania i akceptują wyższą stawkę ryzyka (co ma oczywisty związek z położeniem tych państw) i tych, którzy dalej położeni od Rosji mają inna optyką to Kreml chce i najprawdopodobniej skorzysta te podziały w sytuacji eskalacji. Chodzi po prostu o to aby pozbawić państwa wschodniej flanki NATO głębi strategicznej i zaplecza logistycznego a przez to skokowo zmniejszyć ich zdolność do oporu w obliczu rosyjskich żądań. W podobnej sytuacji jest oczywiście Ukraina, co umożliwia Kremlowi, stopniowanie tej strategii. Dla nas ważne jest i to co pośrednio wynika z raportu IISS - rosyjska operacja okazała się skuteczna (sukces) i jest zakończona, co oznacza, iż teraz możemy znajdować się w kolejnej fazie działań Moskwy, wiążących się z eskalacją (do której, co oczywiste nie musi dojść bo tu wszystko zależy od polityki nie ma żadnego determinizmu).
Dlaczego o tym piszę? Powód jest oczywisty. W obecnej fazie wojny zmienia się sytuacja na Bałtyku, niestety nie na korzyść NATO. Pisze o tym w swym blogu Ruben Stewart argumentując, że Rosjanie mogliby na Bałtyku zastosować podobna strategię co Huti w Zatoce Adeńskiej. Obecna sytuacja, zarówno w zakresie ograniczeń ilościowych w zakresie dostępności rakiet przechwytujących do NATO-wskich systemów obrony przestrzeni powietrznej (o czym pisałem tydzień temu - MB) jak i ewolucji sytuacji na współczesnym polu walki, wzmacniają możliwości Rosji w zakresie ich systemów antydostępowych (A2/AD). Przed wojną trwała na ten temat wśród ekspertów długa dyskusja i niektórzy z nich, np ze szwedzkiego think tanku strategicznego FÖI byli zdania, iż nie są one aż tak szczelne jak to zakładali analitycy. Tak było 6 lat temu, co nie znaczy, że sytuacja nie uległa zmianie. Stewart argumentuje, że „Doświadczenia Rosji na Ukrainie przyspieszyły ewolucję jej zdolności A2/AD w mobilny i regeneracyjny system izolowania teatru działań, składający się z warstwowej obrony powietrznej i uderzeń dalekiego zasięgu z wykorzystaniem okrętów, systemów walki elektronicznej (EW) i bezzałogowych statków powietrznych (UAV) z systemami rozpoznania i uderzeń. Systemy A2/AD w regionie bałtyckim pełnią dwie funkcje: system antydostępowy ma na celu utrudnienie wzmocnienia NATO na tym obszarze, głównie przez Morze Bałtyckie i Korytarz Suwalski, natomiast system izolowania obszaru ma na celu ograniczenie sił NATO po wejściu do regionu, a w szczególności ich zdolności do koncentracji, manewrowania i podtrzymywania bliskiej walki lądowej. Te dwa elementy wzajemnie się wzmacniają. Presja na szlaki wzmocnienia osłabiłaby siły już obecne w państwach bałtyckich, podczas gdy presja na bliskie walki lądowe zwiększyłaby zapotrzebowanie na szybkie wzmocnienie i zaopatrzenie.” Znów długi cytat ale niezbędny, zwłaszcza w świetle rozpowszechnionej w Polsce mitologii na temat przewagi lotnictwa załogowego NATO (fakt), pewności użycia pełnego potencjału (hipoteza) i skuteczności penetracji a może nawet saturacji rosyjskich „baniek antydostępowych”. (Jeszcze dalej idąca hipoteza). Stewart słusznie zauważa, że w przypadku północno - wschodniego obszaru odpowiedzialności NATO na wschodniej flance mamy do czynienia z dwoma, o kluczowym znaczeniu, korytarzami logistycznymi. Morskim przez Bałtyk i lądowym przez Przesmyk Suwalski. Obydwa są powiązane, wzmacniają się, jednak nie mamy do czynienia z symetrią. Korytarz morski, ze względu na ładowność statków ma wielokrotnie większe znaczenie niż lądowy. A to zaś oznacza, iż Rosjanom wystarczy „zakłócenie” dostępu, realizacja strategii By denial a to NATO musi mieć zdolność do kontroli akwenu. Ta asymetria strategiczna działa na niekorzyść sił Paktu, które, jeśli przegrają starcie o kontrolę nad Bałtykiem zmuszone będą zwielokrotnić wysiłki na lądzie, gdzie ewentualna walka będzie trudna, co ma związek z ewolucją sytuacji na współczesnym polu boju. Tak lekceważone przez niektórych ekspertów, a co gorsza również wojskowych „udronowienie” ma nieliniowy wpływ na relację sił. Co prawda niektórzy, np eksperci australijscy uważają, że w obecnej fazie wojny mamy do czynienia z tendencją, która już nie będzie podlegała rewizji. Polega ona na tym, że obecnie i w przyszłości przewagi strategicznej nie będzie można uzyskać bez szerokiego zastosowania systemów bezzałogowych. Ale nawet jeśli nie zgadzamy się z tego rodzaju ocenami (co wymaga udowodnienia) to mamy też do czynienia ze znacznie bardziej oczywistymi tendencjami. W pewnych warunkach, na określonych kierunkach operacyjnych, wojna drogowa nie tylko wzmacnia broniących się, ale też niezwykle utrudnia operacje o charakterze ofensywnym. Tak jest na Przesmyku Suwalskim gdzie siły NATO będą zmuszone albo atakować odzyskując komunikację z państwami bałtyckimi, albo (w lepszej sytuacji) będą musiały utrzymać pod ogniem linie zaopatrzenia. „Siły docierające do państw bałtyckich - argumentuje Stewart - również musiałyby się zmierzyć z systemem odmowy dostępu do obszaru, ukształtowanym przez Rosję w kontekście działań na Ukrainie. Wszechobecny wywiad, nadzór i rozpoznanie (ISR) utrudniają koncentrację i umożliwiają precyzyjnej broni atakowanie narażonych jednostek na większości głębokości operacyjnej. Jednostki zaopatrzeniowe mogą być łatwiejsze do wykrycia niż wojska na pierwszej linii.” Rosja, aby być w stanie skutecznie „odmówić dostępu” wystarczy, że będzie działała w rozproszonej, asymetrycznej architekturze obrony. Zespoły systemów bezzałogowych, niewielkie (zarówno jeśli chodzi o liczebność jak i sygnaturę ekektromagnetyczną) siły mogą przemieszczać się i koncentrować na wybranych sektorach. Trudno będzie je wykryć, tym bardziej zwalczyć. Użycie lotnictwa załogowego, zwłaszcza w sytuacji nasycenia wrogimi systemami obrony przestrzeni powietrznej będzie ryzykowne. Rosjanie będą mogli stosować podejście sieciowe, to NATO będzie zmuszone do koncentrowania sił i utrzymania linii zaopatrzenia i komunikacji na lądzie. Już obecnie, w realiach ukraińskiego frontu, głębokość operacji osiągnęła 40 - 50 km, co oznacza, że działając z terenu Królewca czy Białorusi (bez wtargnięcia lądowego) Rosjanie mieliby zdolność do zakłócenie linii zaopatrzeniowych.
To oczywiście zwiększa strategiczne znaczenie Bałtyku. Ale zanim pokrótce opiszę sytuację na tym akwenie, warto jeszcze nieco uwagi poświęcić realiom „wojny dronowej”. Jest to tym istotniejsze, że generał Załużny powiedział niedawno, że Ukraina „przetestowała” już wszystkie systemy broni używane przez NATO (poza F35, bronią jądrową, lotniskowcami) i „Rosja ma na nie odpowiedź”. To oznacza, że już obecnie trudno zakładać (co czynią nasi pożal się Boże eksperci), iż punktem wyjścia w ocenie relacji sił jest technologiczne przewaga NATO nad Rosją. Dziennik Tej Wall Street Journal pisał w minionym tygodniu o przebiegu corocznych ćwiczeń Combined Resolve. Miały one miejsce w kwietniu i w maju w Niemczech, obok 3 500 amerykańskich żołnierzy (3. Brygada i 1. Dywizja Kawalerii) uczestniczyli w nich ukraińscy żołnierze z Pułku Nemezis. To kolejny tego typu „sprawdzian” zdolności sił NATO, wcześniej mieliśmy do czynienia z ćwiczeniami w Estonii, na Gotlandii czy u wybrzeży Hiszpanii i Portugalii i we wszystkich przypadkach kończyło się to „srogim laniem” sił europejskich państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Ale teraz mieliśmy do czynienia z amerykańskimi, doborowymi siłami, w tym będącymi w rotacji na europejskim teatrze działań, co oznacza, że muszą się one przygotowywać do wojny lądowej. Niestety i w tym przypadku starcie zakończyło się katastrofalnie dla sił NATO (co samo w sobie nie jest dramatem, ale pokazuje jak dużo jest jeszcze do zrobienia). Dajmy głos dziennikarzom WSJ - „Jak twierdzą amerykańscy urzędnicy poinformowani o ćwiczeniach oraz jeden z ich uczestników, ukraińscy operatorzy dronów wyeliminowali podczas ćwiczeń amerykańską brygadę pancerną.”. Niszczenie pojazdów pancernych niebieskich przez umownych czerwonych (których grali Ukraińcy) następowało w takim tempie, że arbitrzy manewrów musieli „przywracać do życia” uznane za porażone cele w przeciwnym bowiem wypadku ćwiczenia zakończyłyby się zbyt szybko. Przez dwa tygodnie testowano wiele wariantów, w niektórzy z nich część ukraińskich operatorów dronów z jednostki Nemezis walczyła po naszej stronie, czyli niebieskich. Wówczas było nieco lepiej, te amerykańskie oddziały w których już wcześniej kładziono nacisk na posługiwanie się przez szeregowych żołnierzy systemami bezzałogowymi radziły sobie lepiej, choć o ideale trudno w ogóle mówić. Jak trzeźwo zauważają dziennikarze The Wall Street Journal niektórzy oficerowie twierdzą, że „W wojnie manewrowej czołgi i inne pojazdy pancerne odzyskałyby swoją moc” a znaczenie dronów rośnie w takiej wojnie jaka obecnie toczona jest na Ukrainie. W Polsce z pewnością znajdą się zwolennicy tego poglądu, którzy kurczowo uchwycą się tezy, że „nasza wojna” będzie inna, odzyskamy zdolność do manewru bo wykorzystamy przewagę lotnictwa załogowego. Być może, ale czy mamy obronę wschodniej flanki NATO opierać na jednostronnym, optymistycznym poglądzie zwolenników wojny manewrowej? Tym bardziej, że nie mniej licząca się grupa analityków, często również w mundurach i z praktyką bojowa twierdzi coś zupełnie przeciwnego. Roztropność nakazuje budowanie systemu bezpieczeństwa i obrony w którym jesteśmy przygotowani nie tylko na najlepszy scenariusz w którym przeciwnik zacznie walczyć tak jak my chcemy, ale przede wszystkim uwzględnienie niepożądanego rozwoju wypadków. Jeśli nasze zdolności do penetracji rosyjskich „baniek antydostępowych” ulegną zmniejszeniu co oznacza większe problemy z utrzymaniem komunikacji korytarzem lądowym, to wówczas rośnie logistyczne znaczenie Morza Bałtyckiego dla państw flankowych - Finlandii i Bałtów. Kontrola nad tym akwenem rośnie wraz ze scenariuszem przedłużającej się wojny, co do pewnego stopnia przypomina, ze strategicznego punktu widzenia, obecną sytuację w Cieśninie Ormuz. To NATO wraz z upływającym czasem i przedłużająca się wojną będzie zmuszone podejmować działania na rzecz uzyskania i utrzymanie kontroli nad tym akwenem a Rosji wystarczy zablokowanie żeglugi. Wyraźnie widać to na przykładzie obliczeń, które w ostatnim wydaniu Survivalu zaprezentował Andrew Livsey. Bardzo to ciekawe szacunki, które radzę naszym politykom potraktować bardzo poważnie. Zdaniem tego emerytowanego oficera brytyjskiej marynarki wojennej (w latach 1997 - 2023 ) a obecnie wykładowcy w King’s College i jednego z głównych Autorów doktryny wojennej Royal Navy, zdolność do walki w wojnie lądowej na wschodniej flance, w przypadku Finlandii i Państw Bałtyckich, będzie uzależniona od tego czy NATO uzyska kontrolę nad Bałtykiem. Znaczenie tego czynnika będzie rosło wraz z przedłużającym się konfliktem i im bardziej będzie on miał charakter starcia kinetycznego. To, innymi słowy, oznacza, że w interesie Rosjan jest długa wojna na wyniszczenie i na dodatek wojna która nie ogranicza się wyłącznie do operacji poniżej art. 5 ale ma jak najbardziej charakter starcia kinetycznego. Taki scenariusz wzmacnia rosyjskie możliwości a ogranicza NATO-wskie. Wynika to z analizy kwestii logistycznych. Już obecnie Finlandia 90 % swego zaopatrzenia otrzymuje drogą morską, w czasie wojny, nawet biorąc pod uwagę mniejszą konsumpcję dóbr przez społeczeństwo i spore zapasy zarówno Finów jak i Bałtów, oznacza to w praktyce, że aby kontynuować walkę z Rosję w pierwszym miesiącu na te dwa fronty (fiński i w państwach bałtyckich) NATO będzie musiało dostarczyć 228 tys ton zaopatrzenia, a w kolejnych potrzeby będą rosły do poziomu 703 tys ton w miesiącach 7 do 12 (w każdym z tych miesięcy). Te szacunki nie uwzględniają dostaw surowców energetycznych. Potrzeby w zakresie dostaw paliw są trudniejsze, ale Livsey zwraca uwagę, że w czasie pokoju Finlandia importuje 15 mln ton surowców energetycznych, Bałtowie nieco mniej ze względu na własne zasoby. Zdaniem brytyjskiego eksperta wnioski jakie wypływają z tych szacunków są następujące: Aby przetrwać i utrzymać zdolność do walki, do portów w Finlandii i w państwach bałtyckich każdego dnia (w czasie konfliktu) będzie musiało każdego dnia dopłynąć od jednego (w pierwszym miesiącu) do trzech statków handlowych średniej wielkości (założono ok 20 tys ton). „Sugerowane liczby - argumentuje Livsey - oznaczałyby 0,19 tony na osobę miesięcznie, co stanowi trzykrotność minimalnych wymagań importowych dla Malty podczas II wojny światowej. Rezultatem byłby niedostatek, ale nie głód. Takie oszacowanie zapotrzebowania, choćby niedokładne, jest niezbędne dla skutecznego planowania.” Aby uzyskać taki efekt NATO będzie zmuszone to formowania konwojów i utrzymania kontroli nad głównymi szlakami żeglugowymi na Bałtyku, nie mówiąc już o portach zarówno w Finlandii jak i w państwach bałtyckich. Kontrola szlaków oznacza też kontrolę punktów strategicznych do których należą Cieśniny Duńskie, Bornholm, Gotlandia, Archipelag Alandzki i Hiuma oraz Saarema w Zatoce Ryskiej. Jeśli Rosjanie opanują którykolwiek z tych punktów, albo zablokują żeglugę w Cieśninach, to o swobodzie żeglugi na Bałtyku nie ma co mówić. A to oznacza bolesną dla NATO asymetrię strategiczną bo Rosjanie są w stanie zaopatrywać walczących drogami lądowymi rezygnując z transportu morskiego a państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego, jeśli chcą obronić wschodnią flankę, musza kontrolować akwen. Kontrola, zwłaszcza w sytuacji równowagi potencjałów jest znacznie trudniejsza niż utrudnienie (zaprzeczenie) dostępu. Wyraźnie widać to jeśli obserwujemy sytuację w Cieśninie Ormuz, tylko, że NATO znajdzie się na Bałtyku w pozycji Stanów Zjednoczonych a Rosja Iranu.
Jeśli jednak mówimy o zaopatrzeniu Bałtów i Finlandii to trzeba pamiętać o rosyjskich zdolnościach zaminowania szlaków żeglugowych i NATO-wskich możliwościach w zakresie formowania i przede wszystkim ochrony konwojów. Właśnie dlatego na początku napisałem o deklaracjach Putina wygłoszonych na Iturup, bo mają one na celu „rozciągnięcie” potencjału europejskich państw NATO, podobnie jak wysłanie okrętów zdolnych do zdejmowania min morskich.
Andrew Livsey formułuje w swym artykule jeszcze jedną, niezwykle ważną, myśl. Otóż jeśli NATO chce wygrać na wschodniej flance musi uzyskać kontrolę nad Bałtykiem. Nie osiągnie jej bez przeprowadzenia w pierwszej fazie wojny bardzo szybkiego obezwładniającego Rosjan uderzenia. „Aby umożliwić przepływ statków - argumentuje - NATO musiałoby rozpocząć od szybkiego i zdecydowanego ataku na rosyjskie aktywa na Bałtyku. Umożliwiłoby to szybkie wznowienie ruchu statków handlowych i kosztowałoby NATO mniej ofiar niż bardziej stopniowy proces. Krótki zasięg na Bałtyku sprawia, że wojna na morzu przypomina walkę na noże w budce telefonicznej, a im szybciej wystrzelone zostaną rakiety NATO, tym więcej rosyjskich pocisków zostanie zniszczonych na wyrzutniach. Szybkie zwycięstwo zapewniłoby również istotny wzrost morale zarówno na frontach wojny lądowej jak i wśród ludności.” Innymi słowy wojnę na Bałtyku NATO ma szansę wygrać jedynie realizując doktrynę szybkiego, decydującego uderzenia. Koncentrowanie się na obronie jest raczej gwarancją porażki, nie tylko na morzu ale przede wszystkim na lądzie. W pierwszym uderzeniu należałoby wyeliminować rosyjską Flotę Bałtycką, zniszczyć siły i infrastrukturę wojskową obwodu królewieckiego i uderzyć na portu Petersburga i okręgu. Dopiero wówczas, po obezwładnieniu Rosjan, można byłoby realizować bezpieczniejszą i obliczoną na dłuższy horyzont działań operację „zamknięcia” Rosjan w Zatoce Fińskiej. Tak jak zrobili to Niemcy zarówno w czasie I jak i II wojny światowej. Pytanie tylko czy NATO jest gotowe na rewolucję doktrynalną o tej skali i czy nasi sojusznicy są skłonni uwzględnić w swych kalkulacjach ryzyko eskalacji. Jest ono oczywiste, bo w wyniku pierwszego uderzenie NATO mielibyśmy do czynienia ze znacznymi, liczonymi w dziesiątkach tysięcy, stratami po rosyjskiej stronie i uderzeniem w Petersburg, jedną ze „stolic” Federacji. Uwzględnienie tych czynników powoduje, iż pewność co do wykonania przez siły Sojuszu tego rodzaju operacji nie jest zbyt wielka a to daje pole do działania Rosjanom. Jeśli bowiem w efekcie serii posunięć - począwszy od „rozciągnięcia” sił marynarki wojennej głównych państw europejskiej części NATO, przez operacje sił bezzałogowych skierowane przeciw infrastrukturze wojskowej i komunikacyjnej w zachodniej części Europy (Dania, Belgia, Niemcy, Holandia, Wielka Brytania) Rosjanie będą w stanie ograniczyć możliwości żeglugi na Bałtyku, przeprowadzania przez NATO konwojów czy dyslokacji sił, to tego rodzaju efekt strategiczny „premiuje” ich siły lądowe prowadzące operacje zaczepne przeciw Bałtom czy Finlandii. W dłuższej perspektywie NATO i Rosja będą musiały walczyć o kontrolę nad Bałtykiem, co nie zmienia faktu, iż jej brak w scenariuszu starcia, które będzie trwało dłużej niż miesiąc „premiuje” Rosjan.
Podsumujmy zatem nasze rozważania. Rosjanie przeprowadzili już operację testowania zdolności aktywnego kształtowania teatru działań wojennych w starciu kinetycznym z NATO. Ich celem jest segmentacja i rozdzielenie dwóch teatrów - zachodnioeuropejskiego i na wschodniej flance. Obecnie zwiększają presję, również mającą na celu ograniczenie zdolności marynarek wojennych państw Sojuszu do wygrania wojny na Bałtyku i formowania konwojów. Jeśli „incydenty z dronami” w państwach Europy Zachodniej były pierwszą fazą rosyjskiej wojny z Zachodem, to obecnie znajdujemy się w drugiej, w toku której zwiększa się presję. Testowana jest odporność na wojnę bez wtargnięcia sił lądowych, na dystans, z zastosowaniem dronów i rakiet różnych typów. Czy znajdziemy się w kolejnej III fazie, w której będziemy mieć do czynienia z „mniejszymi wtargnięciami” jest jeszcze sprawą otwartą. W rosyjskiej doktrynie użycie siły militarnej jest narzędziem polityki, a zatem jeśli będzie można osiągnąć zasadnicze cele bez odwoływania się do siły to wojny może w ogóle nie być. Nie zmienia to jednak faktu, że Rosjanie już wykonali kilka znaczących kroków na drabinie eskalacyjnej, analizują nasza odporność i zdolności uczestniczenia w wojnie nowej generacji i może się okazać, że niedługo, znajdziemy się w kolejnej fazie konfliktu, który de facto już się rozpoczął.
Trwa ładowanie...