Arturek miał 4,5 roku. Sąd zlekceważył ryzyko. Nie żyje otruty przez ojca. Miał obowiązek kontaktu z ojcem

Obrazek posta

(Risk assessment)

To tragiczna dla pani Justyny, jej dzieci i najbliższych historia o tym, ile kosztuje ignorancja, wadliwe prawo, szkolenia i decyzje sądów rodzinnych. Brak ich kontroli. Brak odpowiedzialności. 

Mąż pani Justyny miał postawione prokuratorskie zarzuty o nękanie rodziny i porwania rodzicielskie.

Mimo olbrzymiego ryzyka decyzją sądu rodzinnego mógł się on widywać z dziećmi. I nadzór kuratora nie zapobiegł śmierci dziecka. 

Tragedia 4,5-rocznego Arturka z warszawskiego Bemowa – którego otruł własny ojciec podczas kontaktu w obecności kuratora – na skutek wadliwej decyzji sądu rodzinnego to nie przerażający przypadek ani nieprzewidywalny afekt.

Makabra wydarzyła 25 listopada 2018 roku w Warszawie. Tego dnia, 35-letni Tomasz M. odbywał kontakt w sali zabaw na warszawskim Bemowie z dwójką potomstwa. Zgodnie z postanowieniem sądu nadzorował go kurator będący policjantem. Ojciec dzieci udał się do toalety z synem - Arturkiem. Po dłuższej chwili zaniepokojony kurator, postanowił wejść do łazienki. W pomieszczeniu znalazł nieprzytomne dziecko, a po wyważeniu kolejnych drzwi – jego ojca.  Dzieciobójca najpierw podał chłopcu cyjanek, a następnie sam go zażył. Nie udało się ich uratować. 

To jeden z wielu drastycznych dowód na systemową ślepotę polskich sądów rodzinnych, które sygnały alarmowe dotyczące przemocy, uzależnień i zaburzeń psychicznych uporczywie kwalifikują jako „zwykły konflikt okołorozwodowy”.

O “prawa ojca” zadbano. Otrzymał prawo kontaktu. 

Pozostaje pytanie o fundamentalne prawa Arturka: prawo do życia i prawo do ochrony. Arturek nie padł ofiarą „konfliktu rodziców”, lecz rażącej ignorancji sędziego, który wydał orzeczenie mimo licznych „czerwonych flag”. 

 

 

"Przez dziewięć lat byli z żoną zgodnym małżeństwem, między nimi zaczęło się psuć po narodzinach syna – tak mówi pani Justyna. „Jakby się zmienił. Skupił się tylko na synku. Zaczął z nim spać”. Mężczyzna w programie zarzucił pani Justynie, że była zazdrosna o to, że dzieci bardziej się do niego przywiązują, nie potrafił jednak określić, jak ta zazdrość się przejawiała. On sam zabierał chłopca, gdy ten próbował iść do mamy, nie dopuszczał do sytuacji, by pani Justyna sama zostawała z synkiem w domu. Na pytanie dziennikarki, czy to prawda, że wykazywał szczególne zainteresowanie młodszym dzieckiem, mężczyzna odpowiedział, że i tak, i nie." (https://kobieta.onet.pl/porywal-chlopca-byl-zaborczy-nie-mogl-pogodzic-sie-z-decyzja-sadu-ktory-ustalil/qk70f36?hl=pl-PL#:~:text=To%20celowe%20dzia%C5%82anie%2C%20maj%C4%85ce%20na%20celu%20sprowokowanie,poprawy%20tej%20sytuacji.%20Ka%C5%BCdy%20z%20Pa%C5%84stwa%20po)

Pani Justyna odeszła od koersywnego partnera. wniosła o rozwód. 

"Sąd zadecydował, że mąż pani Justyny może widywać się z dziećmi jedynie w obecności kuratora, a prokuratura dodatkowo wydała zaraz zbliżania się mężczyzny do żony i dzieci poza ustalonymi terminami spotkań

Wyjątek stanowiły dwa tygodnie wakacji.

Mąż odwiózł dzieci dzień po zakończeniu wakacji, w samochodzie nagrał filmik, na którym pokazywał, że dzieci nie chcą wyjść z auta. Ostatecznie wysiadła córka pani Justyny, a z synem mąż się zamknął i odjechał. Dziewczynka powiedziała później mamie, że bali się wysiąść, bo tata im mówił, że prędzej się zabije, niż ich odda, a przecież oni słuchają się taty.

Nie wiadomo, dlaczego sąd rodzinny cofnął nakaz spotkań w obecności kuratora. Wówczas mężczyzna ponownie porwał chłopca. Tym razem pojechał z nim do Wrocławia. Po tym, jak poinformował swoją matkę, że jest z synem na dachu jakiegoś budynku, miejscowa policja zaczęła poszukiwania. Pojawiło się podejrzenie, że mężczyzna będzie chciał popełnić samobójstwo. Znaleźli ojca z synem w samochodzie, on nie chciał oddać chłopca, nie chciał rozmawiać. Wiadomo, że był pod wpływem alkoholu."

 

"W niedzielę ojca i syna, pomimo obecności kuratora z warszawskiej sali zabaw, zabrała karetka. Mężczyzna otruł siebie i dziecko. Zmarli w szpitalu"

Dlaczego sędzia zlekceważył czynniki ryzyka? Kto odpowiada za szkolenie sędziów przed rozpoczęciem orzekania? Kto monitoruje treść tych szkoleń? Kto kontroluje skutki orzeczeń? 

Sprawa ta ukazuje mechanizmy i czynniki ryzyka zignorowane przez wymiar sprawiedliwości oraz obnaża brak przygotowania sędziów rodzinnych do wykonywanej pracy – w tym brak umiejętności oceny zagrożenia życia i zdrowia najsłabszych przy podejmowaniu decyzji o pieczy i kontaktach.

 

Ale – aby być sprawiedliwym – wadliwe jest również samo prawo. Przewiduje ono obowiązek kontaktów dziecka z rodzicem. Brakuje w nim jasnych zapisów o obowiązku ochrony przed przemocą w postępowaniach o kontakty i opiekę, precyzyjnej definicji dobra dziecka, obowiązku oceny ryzyka oraz odpowiedzialności sędziów za brak zapewnienia ochrony.

Żaden kurator nie powinien być narażany na odpowiedzialność za ryzyko śmierci dziecka z rąk sprawcy podczas pozorowanego kontaktu, wynikającego z wadliwej decyzji sądu. Aż 98% zespołów kuratorskich zbadanych przez Instytut Wymiaru Sprawiedliwości zgłasza problemy z realizacją orzeczeń dotyczących kontaktów. To powinno dać do myślenia.

Anatomia narastającej tragedii była wyraźna.

Tomasz M. od dawna wysyłał jasne komunikaty wskazujące na rosnący poziom obsesyjnej potrzeby kontroli oraz skłonności do przemocy.

 

Sąd dysponował szeregiem przesłanek, z których każda indywidualnie – a co dopiero wszystkie razem – powinna natychmiast zapalić czerwoną lampkę:

 

Zaborczość, obsesja i przemoc psychiczna przejawiające się w izolowaniu chłopca od matki tuż po urodzeniu, zabieraniu go, gdy próbował się do niej zbliżyć, a także w spaniu z nim i niedopuszczaniu matki do własnego dziecka.

Wielokrotne uprowadzenia rodzicielskie i szantaż emocjonalny – wywiezienie dziecka do Monachium, ponowne porwanie chłopca sprzed domu i wyrywanie go matce, a także groźby samobójcze („prędzej się zabiję, niż ich oddam”) kierowane do dzieci w samochodzie.

Porwanie dziecka do Wrocławia, wejście na dach budynku w ramach ostentacyjnej groźby samobójczej oraz przebywanie z dzieckiem w samochodzie pod wpływem alkoholu.

Publiczne groźby i manifestacja desperacji poprzez przedstawianie się w mediach społecznościowych jako „ofiara (rzekomej) dyskryminacji”, kwestionowanie decyzji sądu o ograniczeniu kontaktów i jawne ostrzeganie, że działania wymiaru sprawiedliwości stanowią „celowe działanie mające na celu sprowokowanie do desperacji”.

 

Mimo trwającego śledztwa prokuratorskiego, zarzutów nękania i zakazów zbliżania się, sąd regularnie bagatelizował te czynniki.

 

Pomiędzy kolejnymi epizodami posuwał się nawet do znoszenia obecności kuratora przy kontaktach. 

 

Najbardziej bulwersujący w tej sprawie jest sposób, w jaki przedstawicielki wymiaru sprawiedliwości wypowiadające się w mediach po tej tragedii próbują zrzucić odpowiedzialność za bezpieczeństwo dziecka na matkę – kobietę, która sama padła ofiarą przemocy i nękania.

 

„W trakcie sprawy rozwodowej powoływani byli specjaliści, którzy nie stwierdzili, by Tomasz M. stanowił zagrożenie dla dzieci. Matka nie wnosiła o zakaz kontaktu w sądzie” – wynika z informacji przekazanych przez rzeczniczkę Sądu Okręgowego we Wrocławiu, Sylwię Jastrzemską. Z kolei Dorota Trautman z warszawskiego sądu powiedziała, że zebrany dotychczas materiał nie wskazuje, by ze strony kuratora nastąpił błąd."

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018-11-27/sad-po-tragedii-w-warszawie-nie-bylo-podejrzenia-ze-ojciec-stanowi-zagrozenie-dla-dzieci

 

„Nieprawidłowości, które podnosiła mama, dotyczyły dwóch sytuacji, które miały miejsce jednego dnia. Ojciec dzieci miał wyjść na dach z synem, a następnie spożywać alkohol w samochodzie. Sąd nie może opierać się na relacji jednej strony, jeżeli strony są w konflikcie. Obowiązkiem sądu jest w sposób obiektywny dokonać kontroli podnoszonych zarzutów. I sąd został poinformowany przez policję, że policja zatrzymała pana na stacji benzynowej, że spożywał alkohol w stojącym samochodzie. Mężczyzna został przewieziony do szpitala psychiatrycznego, ale lekarz stwierdził brak podstaw, żeby go w tym szpitalu zostawić” – podała sędzia Jastrzemska.

 

Obie panie sędzie są członkiniami Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych i zasiadają w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Rodzinnego w Ministerstwie Sprawiedliwości. Obie mają bezpośredni wpływ na kształt reformy prawa rodzinnego.

 

Wypowiedzi wymienionych sędzi zaprezentowane w mediach po tragedii stanowią podręcznikowy przykład braku elementarnej wiedzy, nieznajomości prawa, obowiązków, jakie spoczywają na sądzie, systemowej defensywy i umywania rąk. 

 

Podnoszenie argumentu, że „matka nie wnosiła o zakaz kontaktu w sądzie” czy sprowadzanie jej relacji o zagrożeniu życia jedynie do „konfliktu stron”, w którym sąd nie może opierać się na relacji jednej ze stron, to rażące przekroczenie granic absurdu.

 

Obowiązek ochrony spoczywa na państwie i sądzie, a nie na matce.

 

Oczekiwanie, że zastraszona, terroryzowana i bezradna w starciu z przemocowym i niestabilnym psychicznie partnerem matka ma przejąć na siebie ciężar procesowy i prawny ochrony dziecka przed śmiercią, w sposób rażący sprzeciwia się podstawowym zadaniom państwa. Dowodzi to braku znajomości podstaw prawa regulującego obowiązki ochronne.

 

Sąd rodzinny nie jest neutralnym arbitrem w „sporze o miedzę” – jego ustawowym i moralnym obowiązkiem jest ochrona życia i zdrowia małoletniego oraz drugiego rodzica. Zrzucanie tej odpowiedzialności na matkę jest niedopuszczalne i narusza standardy ochrony ofiar, w tym dyrektywę o prawach ofiar przestępstw. Jest to również rażąca dyskryminacja.

 

Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPC) – w tym kluczowe wyroki dotyczące art. 2 (prawo do życia) i art. 8 (prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego) Konwencji – jednoznacznie nakłada na sądy i organy państwowe obowiązek ciągłej, dynamicznej i obiektywnej oceny ryzyka (risk assessment) w sprawach, w których pojawiają się zarzuty przemocy domowej.

 

ETPC wielokrotnie podkreślał, że prawo do kontaktu nie ma charakteru bezwzględnego i zawsze ustępuje przed obowiązkiem zapewnienia dziecku bezpieczeństwa fizycznego i psychicznego.

 

Organy państwa mają obowiązek działać z urzędu i z najwyższą ostrożnością, jeśli istnieją wiarygodne sygnały ryzyka ze strony sprawcy przemocy. A w tej sprawie takie sygnały istniały – sąd po prostu postanowił nie zwrócić na nie uwagi.

 

Wszelkie uzasadnione podejrzenie przemocy powinno skutkować natychmiastowym przyznaniem priorytetu ochronie zdrowia i życia nad dążeniem do utrzymywania mitycznej „więzi” z biologicznym rodzicem.

 

Podobne wnioski płyną z raportów GREVIO (Grupy Ekspertów ds. Działań przeciwko Przemocy wobec Kobiet i Przemocy Domowej). 

Eksperci jednoznacznie wskazują, że priorytetowe traktowanie „prawa do kontaktów” bez uprzedniej weryfikacji poziomu ryzyka i historii przemocy w rodzinie bezpośrednio naraża dzieci oraz ich matki na ponowne skrzywdzenie lub śmierć.

 

Tragedia na Bemowie jest bezpośrednim skutkiem powszechnej w polskich sądach doktryny, że “dziecko ma prawo do wychowywania przez oboje rodziców”, utrzymywania kontaktów za wszelką cenę – wynikającej z wadliwego zapisu w art. 113 k.r.o. o „obowiązku kontaktów” – oraz skrajnego braku odpowiednich szkoleń sędziów rodzinnych.

 

Sędziowie oraz biegli powoływani w sprawach nie analizują czynników ryzyka, mechanizmów przemocowej kontroli, zaborczości czy taktyk przemocy postrelacyjnej (np. instrumentalnego wykorzystywania dzieci do dalszego terroryzowania matki).

 

Sygnały o groźbach samobójczych, porwaniach i niestabilności psychicznej są rutynowo wrzucane do jednego worka z napisem „złośliwość stron w trakcie rozwodu”. To zabójczy w skutkach błąd.

 

Dopóki w polskim prawie rodzinnym będzie obecny bezwzględny obowiązek kontaktu dziecka z rodzicem, a prawo rodzica do kontaktu będzie stawiane ponad bezpieczeństwem i kompleksową oceną ryzyka, dopóty – bez gruntownego przeszkolenia sędziów ze standardów ochrony ETPC i aktów normatywnych dotyczących praw ofiar przemocy – śmiertelne skutki tej systemowej ślepoty będą się powtarzać.

 

Za błędy w orzekaniu i ignorowanie faktów najwyższą cenę płacą bowiem najbardziej

bezborni – dzieci. Nikt jednak nie ponosi za to odpowiedzialności.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zobacz również

Raport rządowy do Rady Europy: danych brak, sądy rodzinne ślepe na przemoc
IWS: Najczęstszym porywaczem jest ojciec
Kinga miałaby dziś 17 lat. Sąd rodzinny nie uwierzył molestowanej nastolatce. Zlekceważ...

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...