Wszystko, wszędzie na raz. Czyli o trudnościach w zrozumieniu zmian w systemie międzynarodowym - Marek Stefan
Obecną rzeczywistość międzynarodową wyróżnia kolaż elementów różnych systemów znanych z przeszłości. W obecnym geopolitycznym chaosie widoczne są zarówno cechy epoki dwubiegunowej z jej blokową konfrontacją supermocarstw, tym razem z Chinami zamiast Związku Radzieckiego, jak i cechy świata wielobiegunowego z emancypującymi się od wpływów wielkich potęg państwami średnimi. Wreszcie spektakularny wzrost potęgi amerykańskich korporacji cyfrowych (BigTechów) i przekształcanie się ich w aktorów geopolitycznych przywołują obrazy z odległych epok, w których podmioty niepaństwowe, jak zakony rycerskie czy kompanie handlowe budowały własne imperia.
Jeśli spojrzymy na współczesną geopolitykę globalną przez pryzmat rywalizacji technologicznej, to szybko dostrzeżemy, że ma ona cechy nowej dwubiegunowości.
Technoimperializm
Jeśli wziąć pod uwagę największe światowe firmy technologiczne oraz produkty związane ze sztuczną inteligencją, szybko dostrzeżemy, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny deklasują pod tym względem resztę świata. Według Epoch AI między 80 a 90% globalnych mocy obliczeniowych jest zlokalizowanych w obu mocarstwach.
AI i związane z nią technologie, takie jak najbardziej zaawansowane chipy, stały się potężnymi dźwigniami geopolitycznymi, po które coraz częściej sięgają zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny.
Przypomnijmy tylko wprowadzony pod koniec kadencji Joe Bidena podział świata na trzy strefy technologiczne, gdzie w pierwszym zbiorze państw znalazło się tylko kilkunastu partnerów Waszyngtonu, którzy mieli mieć nieograniczony dostęp do najbardziej zaawansowanych akceleratorów AI. W drugiej grupie znalazły się kraje „mniej zaufane”, jak Polska, które już musiały się liczyć z limitami ilościowymi w zakresie nabywania tych technologii, a trzecią stanowiły państwa zakwalifikowane przez Biały Dom jako przeciwnicy Ameryki, z Chinami, Rosją i Iranem na czele. Choć te regulacje zostały później cofnięte przez Donalda Trumpa, to stosowane przez niego podejście do polityki zagranicznej i handlowej, w którym niejednokrotnie groził aliantom i partnerom Ameryki sankcjami, wskazuje, że Stany Zjednoczone mogą nie cofnąć się przed stosowaniem sankcji technologicznych nawet wobec swoich sojuszników lub wprowadzaniem drastycznych kontroli eksportowych, które mogą nagle odciąć ich od amerykańskiej technologii.
Powyższą tezę zdają się potwierdzać dwa przykłady.
Nicolas Guillou, francuski sędzia Międzynarodowego Trybunału Karnego, rok temu został objęty amerykańskimi sankcjami za udział w wydaniu nakazów aresztowania premiera Izraela Binjamina Netanjahu i byłego ministra obrony Joawa Galanta. Guillou opisywał później, że sankcje praktycznie wykluczyły go z dużej części systemu bankowego i usług kontrolowanych przez amerykańskie przedsiębiorstwa, m.in. płatności kartami oraz wielu platform cyfrowych. Natomiast prokurator tegoż Trybunału w związku z powyższą sprawą miał zostać pozbawiony dostępu do usług Microsoftu.
Innym przykładem, nieograniczającym się do pojedynczych jednostek, jest decyzja administracji Trumpa sprzed kilku tygodni, która nagle i bez ostrzeżenia wprowadziła surową kontrolę eksportu modeli Fable 5 i Mythos od Anthropic, ograniczając możliwość korzystania z nich nawet obcokrajowcom znajdującym się na terenie Stanów Zjednoczonych.
Z dnia na dzień wiele podmiotów na całym świecie zostało pozbawionych dostępu do kluczowej technologii, bo rząd Stanów Zjednoczonych tak zdecydował, kierując się względami „bezpieczeństwa narodowego”.
Powyższe działania kolejnych amerykańskich administracji w zestawieniu z nieukrywanym przez obecną ekipę w Białym Domu dążeniem do uzależnienia świata Zachodu od amerykańskiego „stosu technologicznego” w celu wzmocnienia swoich dźwigni politycznego nacisku na partnerów i sojuszników zdają się potwierdzać, że mamy do czynienia z niczym innym jak technologicznym imperializmem w wydaniu Stanów Zjednoczonych.
Z drugiej strony Chiny również coraz częściej sięgają po zakrojone na coraz szerszą skalę kontrole eksportu, wykorzystując swoją dominację w łańcuchach dostaw surowców krytycznych i metali ziem rzadkich, niezbędnych do rozwoju zaawansowanych technologii.
Oba mocarstwa dążą do tworzenia własnych inicjatyw międzynarodowych, których celem jest promocja ich własnych standardów technologicznych.
Na przykład wspierana przez USA organizacja Pax Silica obejmuje Unię Europejską oraz około dwudziestu innych członków, podczas gdy zainicjowana niedawno przez Chiny Światowa Organizacja Współpracy w dziedzinie Sztucznej Inteligencji obejmuje 40 przede wszystkim niezachodnich państw, jak Rosja i Mjanma. Przypomina to podziały geopolityczne istniejące w dekadach zimnej wojny, w których ówczesny świat został zdominowany przez wrogie sobie bloki skupione wokół dwóch supermocarstw.
Jak pisze Daniel Ten Kate na portalu Bloomberg: „To, czy świat ostatecznie podzieli się na dwa odrębne łańcuchy dostaw sztucznej inteligencji, pozostaje otwarte. Jak dotąd najwyraźniejszą linią podziału jest sprzęt (hardware), a Stany Zjednoczone wywierają presję na sojuszników i partnerów, aby uniemożliwili Chinom dostęp do najbardziej zaawansowanych chipów. Pekin przeciwdziała amerykańskim ograniczeniom w rozwoju mocy obliczeniowych, wprowadzając tańsze i bardziej dostępne modele o otwartej architekturze, pomagając podmiotom takim jak Alibaba Group Holding Ltd. i Moonshot AI zdobyć użytkowników na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, Europie i Indiach”.
Na dzień dzisiejszy ucieczka od dominującej roli amerykańskich technologii staje się prawie niemożliwa w świecie Zachodu, co daje Waszyngtonowi olbrzymią dźwignię nacisku na swoich partnerów i sojuszników, którzy, równocześnie nie mając zaufania do chińskich alternatyw technologicznych, stają się łatwymi celami politycznej presji ze strony Białego Domu.
BigTechy jako podmioty geopolityczne
Z drugiej strony od czasów średniowiecza i początków ery nowożytnej nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy rola prywatnych podmiotów była tak duża i widoczna w światowej geopolityce.
Produkty i usługi dostarczane przez takie podmioty jak Google, Apple, Meta, Microsoft, Amazon czy Nvidia stały się niezbędne do funkcjonowania wielu sfer współczesnych gospodarek. Na przykład amerykańscy dostawcy kontrolują ponad 70% europejskiego rynku chmurowego, a nieodzowność usług świadczonych przez podmioty zza oceanu jest jeszcze lepiej widoczna na przykładzie znaczenia SpaceX Elona Muska. Trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby Ukraina mogła dziś skutecznie bronić się przed Rosją bez możliwości korzystania z systemu łączności satelitarnej Starlink.
Jak dotąd siły zbrojne Ukrainy mogły korzystać z tej technologii wyłącznie na terytorium swojego kraju oraz okupowanych przez Rosję ukraińskich regionów, ale nie nad obszarem Rosji właściwej, gdzie Kijów coraz częściej prowadzi operacje powietrzne wymierzone w rosyjską infrastrukturę krytyczną. Ewentualna zgoda Muska na wykorzystanie przez Ukrainę jego technologii do ataków na terytorium przeciwnika umożliwiłaby operatorom dronów nieprzerwaną możliwość sterowania bezzałogowcami w czasie rzeczywistym od startu aż po trafienie.
Historia to dobrze obrazuje, do jakiej roli urósł prywatny podmiot z Doliny Krzemowej, którego dobra wola może wprost przekładać się na sukcesy lub porażki danego państwa w konflikcie zbrojnym.
Rosnąca rola BigTechów w amerykańskiej przestrzeni publicznej i ich wpływ na politykę Białego Domu sprawiają, że pytania o rolę tych podmiotów w kształtowaniu polityki przez Waszyngton zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym stają się coraz poważniejsze.
Nawet jeśli przyjąć, że mamy obecnie do czynienia z początkiem kolejnej ery dwubiegunowej, to rola i znaczenie amerykańskich korporacji cyfrowych w światowej polityce sprawiają, że stosowanie porównań do ery zimnej wojny wydaje się nietrafione. Gołym okiem widać bowiem, jak realna władza zaczyna przeciekać rządowi federalnemu w Waszyngtonie przez palce, a zaczyna być kumulowana w Dolinie Krzemowej, która między innymi metodą szantażu wobec elit politycznych zapewnia sobie status wręcz nietykalności. Ich przekaz pod adresem Kongresu i Białego Domu jest prosty: „Nie możecie nie uwzględniać naszego zdania i ograniczać naszych ambicji, bo od naszego stabilnego wzrostu zależy pomyślność coraz większej części amerykańskiej gospodarki oraz sukces w rywalizacji z Chinami, które skorzystają z każdej okazji, by wyprzedzić Amerykę w wyścigu technologicznym”.
I choć nie jest to narracja niemająca pokrycia w rzeczywistości, bo sektor cyfrowy to około 10% amerykańskiego PKB i zapewnia około 6% zatrudnienia, a także odpowiada za blisko jedną trzecią wartości największych spółek giełdowych, to jednocześnie obawy przed transferem władzy do prywatnych podmiotów, pozbawionych realnej kontroli państwa, wyglądają na uzasadnione.
Tak naprawdę jesteśmy dopiero na początku kolejnej wielkiej rozgrywki o władzę w świecie Zachodu między Kapitałem a Państwem, której głównym polem będą Stany Zjednoczone. Spory Pentagonu z Anthropic w kwestii tego, kto może ostatecznie decydować o przeznaczeniu technologii (jej dostawca czy może klient, w tym wypadku Departament Wojny) oraz wspomniane decyzje administracji Trumpa w sprawie blokady eksportu modeli AI tejże firmy pokazują, że rywalizacja ta jest daleka od rozstrzygnięcia. Tym niemniej pozycji i roli amerykańskich BigTechów nie sposób ignorować, analizując ewolucję systemu międzynarodowego.
Wielobiegunowość i państwa średnie
Jeśli jednak spojrzymy na zmiany w globalnym układzie sił przez pryzmat wyłącznie geopolityki, to moglibyśmy dojść do wniosku, że system międzynarodowy zmierza w kierunku nowej wielobiegunowości. Ameryka przedefiniowuje swoją rolę w świecie i najwyraźniej chce ograniczyć swoją rolę przywódczą do świata Zachodu, ale na swoich „drapieżnych” zasadach. Partnerzy i sojusznicy Stanów Zjednoczonych szukają form zabezpieczenia się przed nieprzewidywalnością Waszyngtonu i coraz wyraźniejszym nadmiernym imperialnym rozciągnięciem sił militarnych Ameryki, które podważa wiarygodność jej gwarancji bezpieczeństwa. O ile do niedawna polityka dążności do strategicznej samodzielności i balansowania między największymi mocarstwami była domeną przede wszystkim państw Globalnego Południa, takich jak Indie, Indonezja czy Pakistan, o tyle obecnie coraz większa część krajów Zachodu zwraca się ku tej strategii. Trend ten napędza zjawisko niezrównoważonej wielobiegunowości, w której w pewnych dziedzinach, takich jak najwyższe technologie, dominują dwa supermocarstwa, czyli Stany Zjednoczone i Chiny, ale równocześnie państwa średnie zaczynają przyspieszać działania na rzecz wywikłania się ze zbyt wielu strategicznych zależności od mocarstw, chcąc w ten sposób poszerzyć sobie pole politycznego manewru.
Wszystko to sprawia, że obecna faza międzyepoki, globalnego bezładu, charakteryzuje się pewną mozaikowością. Obecne są w niej wciąż elementy starego porządku liberalnego, jak instytucje międzynarodowe budowane w najlepszych czasach amerykańskiego prymatu, które wciąż działają, choć odgrywają coraz mniejszą rolę. Ci, którzy szukają w obecnych czasach kolejnej zimnej wojny i konfrontacji geopolitycznych bloków na wzór tej z XX wieku, również mogą znaleźć potwierdzenie swoich intuicji. Nawet w polityce administracji Trumpa widać próby budowania wraz z sojusznikami inicjatyw mających na celu ograniczenie wpływów Chin, jak wspomniany już wyżej projekt Pax Silica. Natomiast wszyscy głoszący nadejście nowej wielobiegunowości także znajdą przekonujące argumenty za tym, że właśnie w tę stronę zmierza system międzynarodowy.
W zależności od tego, z jakiej perspektywy spojrzymy na zachodzące zmiany w światowym układzie sił, możemy dojść często do odmiennych wniosków, które wcale nie muszą się wykluczać.
Trwa ładowanie...