Niemcy na celowniku Rosji. Moskwa wykorzystuje podziały w Niemczech, podważa zaufanie do instytucji i wzmacnia narracje korzystne dla AfD - Mikhail Polianskii
O rosyjskich operacjach wpływu w Niemczech, relacjach Moskwy z AfD oraz kryzysie niemieckiego modelu gospodarczego rozmawiamy z Mikhailem Polianskiim, badaczem specjalizującym się w rosyjskiej polityce zagranicznej w Instytucie Badań nad Pokojem we Frankfurcie (PRIF). Pytamy także o przyszłość AfD, politykę migracyjną i wyzwania związane z radykalizacją.
Paweł Ziorko (Układ Sił): Czy Rosja ma spójną strategię wobec Niemiec? Czy dąży do wpływania na konkretne decyzje, osłabiania instytucji czy przede wszystkim do pogłębiania podziałów społecznych?
Mikhail Polianskii: Takie ujęcie sprawy może być mylące, ponieważ wszystkie wymienione cele są do pewnego stopnia obecne. Osobną kwestią pozostaje to, czy Rosja w ogóle ma jedną, spójną strategię wobec Niemiec. Nie możemy zajrzeć do umysłów ludzi podejmujących decyzje na Kremlu i w rosyjskiej administracji prezydenckiej, gdzie kształtowana jest polityka zagraniczna.
Możemy jednak obserwować jej działania. Niemcy od dawna zajmują szczególne miejsce w rosyjskim myśleniu strategicznym, częściowo ze względu na osobistą historię Władimira Putina. Aleksandr Rahr opublikował przed laty książkę o Putinie zatytułowaną „Niemiec na Kremlu”. W 2001 roku Putin przemawiał w Bundestagu, otrzymał owację na stojąco i mówił o budowie wspólnego europejskiego domu. Niemcy odgrywały w tej wizji wyjątkową rolę, a Nord Stream 2 stał się później jednym z najbardziej symbolicznych projektów w relacjach niemiecko-rosyjskich.
Rosja miała także szczególne znaczenie dla sposobu, w jaki niemieckie środowisko strategiczne postrzegało Europę Wschodnią. Podejście to ma korzenie w zimnej wojnie, kiedy stosunki Niemiec Zachodnich ze Związkiem Radzieckim współkształtowały również ich relacje z Polską, Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią.
Dziś widzimy działania ukierunkowane na wpływanie na decyzje polityczne w Berlinie, tworzenie podziałów w niemieckiej klasie politycznej i społeczeństwie oraz podważanie zaufania do instytucji. W ostatnich latach, a szczególnie w ostatnich miesiącach, rosyjska aktywność w Niemczech coraz częściej jest określana mianem wojny hybrydowej. Można dyskutować, czy termin ten zawsze jest trafny, ale wszedł już do powszechnego użycia.
Dlaczego właśnie Niemcy są dla Moskwy tak ważnym celem?
Warto zrozumieć, jak Rosja uzasadnia te działania. Władimir Putin i jego współpracownicy regularnie twierdzą, że Zachód, wspierając Ukrainę militarnie i finansowo, prowadzi wojnę hybrydową przeciwko Rosji. Z perspektywy Putina Rosja jedynie odpowiada na działania Zachodu, w tym Niemiec.
Kiedy w pierwszej dekadzie XXI wieku dyskutowano o współpracy Rosji z Europą, jej sednem były relacje rosyjsko-niemieckie. Dziś, gdy dominuje konfrontacja, te same relacje ponownie odgrywają kluczową rolę. Niemcy są jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, europejskim celem rosyjskich operacji w szarej strefie.
Wynika to przede wszystkim ze znaczenia Niemiec dla Ukrainy. Po wycofaniu przez Stany Zjednoczone wsparcia dla Kijowa Niemcy stały się pod wieloma względami najważniejszym państwem udzielającym Ukrainie pomocy finansowej i wojskowej. Bez większego zaangażowania Niemiec Ukraina znajdowałaby się dziś w znacznie trudniejszym położeniu. Rosyjskie działania w Niemczech można więc postrzegać jako prowadzoną innymi środkami kontynuację wojny przeciwko Ukrainie.
Jaki jest dziś bezpośredni cel tych działań?
W krótkiej perspektywie głównym celem jest ograniczenie niemieckiej pomocy dla Ukrainy, a w najkorzystniejszym dla Moskwy scenariuszu całkowite jej wstrzymanie. Nie mam co do tego większych wątpliwości. Niemieckie wsparcie ma kluczowe znaczenie dla przebiegu wojny, dlatego Rosja stara się zwiększyć jego polityczny, społeczny i gospodarczy koszt.
Cele długoterminowe są mniej jasne. W Moskwie z pewnością można znaleźć ludzi, którzy chcieliby powrotu do status quo ante, do sytuacji sprzed lutego 2022 roku, a nawet sprzed nielegalnej aneksji Krymu w marcu 2014 roku. Jednocześnie, gdy czytam wypowiedzi komentatorów bliskich rosyjskim elitom, takich jak Siergiej Karaganow czy Dmitrij Trenin, odnoszę wrażenie, że część z nich z zadowoleniem przyjmuje zerwanie stosunków z Zachodem.
Przedstawiają obecny konflikt jako definitywny koniec podejmowanej od czasów Piotra Wielkiego próby skierowania Rosji ku Zachodowi. Ich zdaniem kraj powinien teraz zwrócić się ku Syberii, Eurazji i Chinom. W tej narracji konflikt z Zachodem staje się wręcz pożądanym kierunkiem rozwoju wydarzeń.
Czy taki zwrot ku Eurazji może rzeczywiście zastąpić Rosji relacje z Europą?
Mam co do tego poważne wątpliwości. Około 75 procent Rosjan mieszka w geograficznie europejskiej części kraju. Sam pochodzę z europejskiej części Rosji. Gdyby zapytać mieszkających tam ludzi o ich tożsamość, wielu odpowiedziałoby, że są Europejczykami. Niewielu określiłoby się jako Azjaci czy Eurazjaci. Poza wąskimi debatami intelektualnymi mało kto rozumie, czym właściwie miałaby być Eurazja jako projekt polityczny i cywilizacyjny.
Rosja ma ogromne, bardzo słabo zaludnione terytoria i wielkie zasoby. Wraz ze zmianą klimatu część z nich może stać się łatwiej dostępna. Nadal jednak nie widać przekonującej strategii długoterminowej, poza rosnącym uzależnieniem od Chin, które niepokoi wielu ludzi w Rosji.
Czy osłabienie lub rozpad Unii Europejskiej leżą w interesie Kremla?
Podzielona Unia Europejska zdecydowanie działałaby na korzyść obecnych władz Rosji. Nie potrafię powiedzieć, jak wyglądałaby rosyjska polityka po Putinie, ale dzisiejszej Moskwie znacznie łatwiej byłoby prowadzić rozmowy i interesy osobno z Niemcami, Francją czy Włochami.
Rosja ma dziś mniejsze możliwości niż dawny Związek Radziecki, natomiast Unia Europejska pozwala państwom europejskim nadawać swoim decyzjom większą wagę geopolityczną. Nawet jeśli niewiele osób w Moskwie postrzega Unię jako samodzielnego geopolitycznego giganta, jej przedstawiciele mogą powiedzieć, że stoi za nimi 27 państw, setki milionów ludzi i połączony potencjał ich gospodarek. Jeżeli Unia podejmie decyzję w sprawie sankcji, ograniczeń importu gazu lub działań wymierzonych w rosyjską flotę cieni, poszczególne państwa muszą się do niej zastosować.
Oczywiście nie wszyscy robią to z taką samą determinacją. Możemy dyskutować o podejściu Grecji czy Cypru do sankcji dotyczących floty cieni. Jednak nawet Węgry pod rządami Viktora Orbána wdrażały decyzje przyjęte na szczeblu unijnym.
Gdyby zrealizowano polityczny cel części AfD, a Niemcy opuściłyby strefę euro, a następnie Unię Europejską, Rosji łatwiej byłoby przekonać je do wznowienia importu rosyjskiego gazu lub ponownego rozpatrzenia kwestii gazociągów Nord Stream. Odizolowane Niemcy nie mogłyby w takim samym stopniu korzystać z europejskich mechanizmów solidarności, takich jak import energii elektrycznej z Francji. Moskwie łatwiej byłoby wówczas wpływać na niemiecką opinię publiczną i przedstawiać własną ofertę jako jedyne realistyczne rozwiązanie.
Nie sądzę jednak, aby taki scenariusz ziścił się w najbliższej przyszłości. Powinniśmy również zachować ostrożność wobec prognoz długoterminowych. Politolodzy i badacze innych nauk społecznych znacznie lepiej wyjaśniają, dlaczego doszło do określonych wydarzeń, niż przewidują, co stanie się za kilka lat. Wystarczy przypomnieć, jak wielu ekspertów uważało, że Rosja nie zaatakuje Ukrainy.
Jakimi narracjami Rosja posługuje się obecnie w Niemczech?
W kampanii przed wyborami we wschodnich landach Niemiec dostrzegam trzy główne wątki. Pierwszym jest podział między wschodnimi i zachodnimi Niemcami. Zjednoczenie kraju w 1990 roku doprowadziło do znacznego rozwoju gospodarczego nowych krajów związkowych, ale różnice pozostają widoczne. Co roku 3 października, w Dniu Jedności Niemiec, media publikują zestawienia pokazujące utrzymujące się dysproporcje. Dotyczą one nie tylko dochodów, lecz także niedostatecznej reprezentacji mieszkańców dawnej NRD na stanowiskach kierowniczych i wśród elit w całym kraju.
Rosyjska propaganda nie musi więc wymyślać w tym przypadku całkowicie fikcyjnych problemów. Wykorzystuje realne nierówności, wyolbrzymia je i przedstawia jako dowód, że ludzie na Zachodzie wciąż patrzą z góry na mieszkańców Wschodu. Jednocześnie podobny przekaz kierowany jest do zachodniej części kraju. Wzmacnia tam przekonanie, że mieszkańcy wschodnich landów nieustannie narzekają i oczekują kolejnych pieniędzy. W tym celu odwoływano się między innymi do Solidaritätszuschlag, specjalnej opłaty związanej z finansowaniem odbudowy wschodnich Niemiec. Większość podatników na Zachodzie już jej nie płaci, ale była i nadal pozostaje ważnym symbolem politycznym.
Drugim wątkiem jest próba podważenia pozycji rządu i całego systemu politycznego. Od wyborów federalnych w 2025 roku szczególnie wyraźnie widać wysiłki na rzecz przedstawiania władz jako elity oderwanej od ludzi. W języku niemieckim funkcjonuje określenie die da oben, czyli „ci na górze”. Przekaz głosi, że ludzie w Berlinie nie rozumieją, czego naprawdę chce społeczeństwo, a stolica odpowiada za wszystkie problemy gospodarcze, społeczne i polityczne.
Niemcy są państwem federalnym, a kraje związkowe dysponują dużymi budżetami i szerokimi kompetencjami, między innymi w dziedzinie edukacji i policji. Propaganda wykorzystuje jednak napięcie między szczeblem regionalnym a federalnym. Każdą porażkę można wtedy przypisać Berlinowi.
Trzecim głównym wątkiem jest pomoc dla Ukrainy. Przedstawia się ją jako czarną dziurę pochłaniającą niemieckie pieniądze. Zgodnie z tą narracją Niemcy niepotrzebnie antagonizują Rosję i zwiększają ryzyko szerszej wojny w Europie, a środki wysyłane do Kijowa służą nie obronie, lecz korupcji i osobistemu bogaceniu się ukraińskich władz.
Przekaz jest prosty: system jest zepsuty, a elity działają przeciwko zwykłym ludziom. Dlaczego jest skuteczny?
Dla części wyborców głosowanie na AfD jest, mówiąc bardzo dosadnie, sposobem na pokazanie Berlinowi środkowego palca. Traktują tę partię jak opcję „żaden z powyższych”, spotykaną w niektórych systemach wyborczych. Nie zawsze rozumieją, że głosują na ugrupowanie polityczne o bardzo konkretnym programie. Niektóre jego propozycje zostały przez niemieckie sądy uznane za niezgodne z porządkiem konstytucyjnym.
Tworzy to trudną sytuację. Wyborca chce jedynie ukarać establishment, lecz wzmacnia ugrupowanie dążące do głębokiej zmiany systemu. Propaganda pomaga AfD przedstawiać każdą instytucję jako część skorumpowanego mechanizmu, który należy odrzucić w całości.
Jak rosyjskie metody zmieniły się wraz z rozwojem sztucznej inteligencji i mediów społecznościowych?
Dobrym przykładem jest kampania znana jako Doppelgänger. Rosyjskie sieci botów wykorzystują logotypy i stylistykę uznanych mediów, takich jak Deutsche Welle, „Der Spiegel” czy najważniejsze niemieckie gazety, aby rozpowszechniać całkowicie fałszywe informacje. Wiarygodność rozpoznawalnej marki ma przekonać odbiorców, że oglądają autentyczny materiał dziennikarski.
W ramach jednej z takich kampanii rozpowszechniano fałszywe informacje o polityku Partii Lewicy związanym z uniwersytetem we wschodnich Niemczech. Zarzucano mu między innymi, że celowo wystawiał studentom ze Wschodu niższe oceny niż studentom z Zachodu, a także że był uwikłany w skandale seksualne. Historie te łączyły kilka wcześniej przygotowanych narracji: dyskryminację mieszkańców Wschodu, korupcję elit, upadek moralny oraz tematy społeczne i obyczajowe wywołujące silne emocje.
Sztuczna inteligencja pozwala tworzyć bardzo przekonujące obrazy i nagrania wideo, w tym całkowicie fikcyjne sceny seksualne. Są one projektowane z myślą o algorytmicznym rozpowszechnianiu na TikToku i innych platformach, gdzie materiał musi przyciągnąć uwagę w pierwszej sekundzie. Liczy się mocny obraz, skandal i natychmiastowa reakcja emocjonalna.
W pewnym momencie przestaje mieć znaczenie, czy dana historia jest prawdziwa. Badania nad sposobem przetwarzania informacji wielokrotnie wykazywały, że pierwsza usłyszana wersja wydarzeń szczególnie mocno zakorzenia się w pamięci. Późniejsze jej sprostowanie jest znacznie trudniejsze. Nawet jeśli odbiorcy nie uwierzą we wszystkie zarzuty, może pozostać w nich ogólne wrażenie, że danej osobie nie można ufać.
Czy chodzi więc o zalanie przestrzeni informacyjnej kłamstwami?
Tak. Celem jest przejęcie inicjatywy i zmuszenie przeciwników do ciągłego pozostawania w defensywie. Zamiast rozmawiać z wyborcami o swoich rzeczywistych programach, politycy i instytucje godzinami obalają kolejne fałszywe historie. Muszą wyjaśniać, czego nie zrobili i w jakich wydarzeniach nie uczestniczyli. W ten sposób rosyjskie sieci botów pochłaniają czas i uwagę oraz zajmują przestrzeń medialną.
Moim zdaniem stanowi to bardzo poważną zagraniczną ingerencję w proces demokratyczny. Nie potrafimy jednak precyzyjnie zmierzyć jej wpływu na wynik wyborów. Nikt nie może uczciwie powiedzieć, ile punktów procentowych AfD zawdzięcza rosyjskim botom ani ilu wyborców Partia Lewicy straciła wskutek podobnych kampanii.
Wiemy natomiast, że działa tak zwany efekt iluzorycznej prawdy. Jeśli człowiek wielokrotnie słyszy to samo twierdzenie, zaczyna uznawać je za bardziej prawdopodobne, nawet gdy początkowo wie, że jest fałszywe. Można bez końca powtarzać komuś, że czarne jest białe. Po pewnym czasie zacznie się zastanawiać, czy rzeczywiście wszyscy wokół niego mogą się mylić.
Sprostowanie nie wystarczy, jeśli odbiorcy nie ufają już policji, uniwersytetom ani mediom.
Na tym właśnie polega problem. Policja lub uniwersytet mogą oświadczyć, że konkretna historia jest fałszywa. Jeśli ktoś z góry zakłada, że wszystkie instytucje kłamią, odpowie, że sprostowanie również stanowi część spisku. Podobny mechanizm obserwowaliśmy wśród radykalnych przeciwników szczepień.
W ten sposób atakowane są nie tylko elity polityczne, lecz także naukowcy, lekarze i eksperci. Jeżeli odbiorcy uwierzą, że lekarze są skorumpowani, mogą odrzucać każde sprostowanie jako opłacone kłamstwo.
Tak. Wykorzystywanie logotypów uznanych mediów dodatkowo podważa zaufanie do prawdziwych środków przekazu. Ktoś może ostatecznie zorientować się, że rzekomy materiał „Spiegla” o luksusowych zakupach Wołodymyra Zełenskiego był fałszywy. W pamięci pozostanie mu jednak to, że widział go pod szyldem „Spiegla”. Gdy następnym razem natrafi na prawdziwy artykuł tej redakcji, nie będzie już pewien, czy może mu zaufać.
W przeszłości wielu Niemców oglądało „Tagesschau” o godzinie 20.00 i zakładało, że otrzymali zweryfikowane informacje. Nie musieli poświęcać czasu na samodzielne sprawdzanie każdego doniesienia. Dziś po obejrzeniu głównego wydania wiadomości wiele osób zagląda także na Telegram i TikTok, aby sprawdzić, czy media czegoś przed nimi nie ukrywają. Bez odpowiednich kompetencji i wystarczającej ilości czasu ustalenie prawdy staje się niezwykle trudne. Jest to ogromne wyzwanie dla demokracji, która opiera się na decyzjach każdego wyborcy.
Rosyjska propaganda trafia również na podatny grunt w kwestiach gospodarczych. Jak poważne są problemy niemieckiego modelu gospodarczego?
Nie jest tajemnicą, że niemiecka gospodarka znajduje się w trudnym położeniu. Wzrost w 2025 roku wyniósł zaledwie około 0,2 procent, a prognozy na kolejny rok wskazywały na poziom od 0,5 do 0,8 procent. Nie wiemy jeszcze, jak rozwinie się kryzys energetyczny związany z wojną z Iranem. Niemcy są silnie uzależnione od importu gazu i ropy, dlatego dalsze zakłócenia postawiłyby pod dużym znakiem zapytania nawet te skromne prognozy.
Pierwszym sektorem odczuwającym skutki drogich surowców jest przemysł chemiczny, ponieważ zużywa ogromne ilości energii. Jego przedstawiciele należeli do najważniejszych zwolenników Nord Stream 2.
Popularne jest twierdzenie, że niemiecki cud gospodarczy opierał się na trzech filarach: taniej energii z Rosji, niedrogim, a przez długi czas niemal darmowym bezpieczeństwie zapewnianym przez Stany Zjednoczone oraz ogromnym i dochodowym rynku chińskim. Wszystkie trzy filary są obecnie podważane jednocześnie.
Tania energia z Rosji zniknęła po 2022 roku. Amerykanie domagają się, aby Europa ponosiła znacznie większą część kosztów bezpieczeństwa. Chiny przestały być jedynie rynkiem eksportowym i stały się coraz potężniejszym konkurentem. Rozważają przejmowanie niemieckich fabryk i wykorzystują swoją przewagę w dostawach metali ziem rzadkich. Zarówno niemiecki przemysł motoryzacyjny, jak i sektor obronny, znajdujące się obecnie pod silną presją, są uzależnione od chińskich surowców i ich przetwarzania. Wszystko to tworzy dla Niemiec prawdziwą burzę doskonałą.
Czy po doświadczeniach z Rosją Niemcy nadal wierzą, że handel może stabilizować stosunki polityczne, tym razem z Chinami?
Odnoszę wrażenie, że element takiego myślenia jest nadal obecny. Od lat siedemdziesiątych XX wieku stosunki niemiecko-radzieckie, a później niemiecko-rosyjskie, kształtowała idea Wandel durch Handel, czyli zmiany poprzez handel. Zakładano, że wymiana gospodarcza i współzależność uczynią relacje bardziej przewidywalnymi, ponieważ, mówiąc prosto, partnerzy handlowi nie prowadzą ze sobą wojen.
W relacjach z Rosją koncepcja ta została zdyskredytowana. Kiedy jednak obserwuję wizyty wysokich rangą przedstawicieli niemieckich władz w Chinach, nadal dostrzegam pozostałości przekonania, że kontynuowanie wymiany handlowej może uczynić relacje z Pekinem bardziej przewidywalnymi. Z jednej strony istnieje realna zależność od Chin, z drugiej widać pewien rozdźwięk między wnioskami wyciągniętymi z doświadczeń z Rosją a polityką prowadzoną wobec Pekinu.
Przejdźmy do AfD. Czy istnieją dowody na bezpośrednie związki partii z Rosją?
Do pewnego stopnia pozostaje to pytaniem otwartym, ponieważ nie dysponujemy dowodem, który w literaturze naukowej można byłoby określić mianem smoking gun, czyli dymiącego pistoletu znalezionego na miejscu zbrodni. Nie możemy wskazać sytuacji analogicznej do przypadku Marine Le Pen, która pojechała do Moskwy i otrzymała finansowanie kampanii od banku powiązanego z Rosją.
Jednocześnie wiele faktów wskazuje na rozległe związki między AfD a Rosją. Politycy tej partii odwiedzali Rosję zarówno przed 2022 rokiem, jak i po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny. Między innymi niektórzy wysocy rangą politycy AfD uczestniczyli w tym roku w Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu. AfD bardzo szybko podejmuje narracje rozpowszechniane przez rosyjską propagandę, a czasami może się wydawać, że są one przekazywane partii bezpośrednio.
Rosyjski przekaz, w tym ten przeznaczony dla odbiorców krajowych, przedstawia AfD jako jedyną partię zdolną „uratować Niemcy”. Na kontach osób bliskich rosyjskim władzom regularnie pojawiają się pochwały Alice Weidel i innych polityków AfD, a także materiały pokazujące wzrost poparcia dla partii.
Wskazuje to na bardzo bliskie więzi polityczne i zbieżność narracji. Nadal jednak brakuje dowodu, który sam w sobie mógłby stanowić podstawę postępowania karnego i jednoznacznie pokazywałby, gdzie kończy się polityczna sympatia, a zaczyna nielegalna współpraca. W AfD jest wielu prawników, którzy bardzo dobrze znają granice prawa.
Czy Moskwa i AfD po prostu wykorzystują się nawzajem?
Rosja postrzega AfD jako użyteczne narzędzie, a prawdopodobnie także jako grupę pożytecznych idiotów. AfD z kolei wykorzystuje Rosję, aby przekonywać, że istnieje alternatywa wobec polityki obecnego rządu. Partia przedstawia się jako ugrupowanie mające dobre kontakty zarówno z administracją Trumpa i ruchem MAGA w Stanach Zjednoczonych, jak i z Moskwą. Ma to dowodzić, że potrafiłaby skuteczniej przeprowadzić Niemcy przez okres rywalizacji wielkich mocarstw.
Istnieje jednak jeden obszar wyraźnego napięcia. Część AfD relatywizuje okres nazistowski, wychwala niemiecką historię wojskową i przedstawia III Rzeszę jako krótki, mało znaczący epizod w wielkiej historii Niemiec. Kłóci się to z rosyjskim kultem zwycięstwa nad nazizmem i pamięcią o wojnie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Poza tą kwestią polityczne korzyści płynące ze wzajemnego wsparcia przeważają jednak nad różnicami.
Czy AfD może wygrać następne wybory federalne?
Nie chcę stawiać prognozy, ponieważ przed wyborami może wydarzyć się bardzo wiele. AfD prowadzi obecnie w większości sondaży. Pojawiają się spekulacje, że dobre wyniki partii w nadchodzących wyborach regionalnych na Wschodzie mogą doprowadzić do upadku rządu i przedterminowych wyborów federalnych. Gdyby odbyły się one wkrótce, AfD miałaby szansę osiągnąć wynik zbliżony do obecnych notowań. Trzeba jednak pamiętać, że sondaże i rzeczywiste wyniki wyborów często znacznie się od siebie różnią.
Nie wiemy również, jak będzie wyglądała sytuacja za dwa lub trzy lata. Nie wiemy, czy Putin nadal będzie rządził Rosją, co wydarzy się w Stanach Zjednoczonych ani jakie decyzje Xi Jinping podejmie w sprawie Tajwanu. Każdy z tych czynników może poważnie zmienić otoczenie międzynarodowe i sytuację wewnętrzną Niemiec.
Czy Brandmauer, czyli zasada, zgodnie z którą pozostałe partie nie wchodzą w koalicję z AfD, zostanie utrzymana?
Powinienem podkreślić, że obserwuję niemiecką politykę przede wszystkim jako badacz Rosji, a nie specjalista od wewnętrznej polityki partyjnej. Moim zdaniem formalna zasada niewchodzenia w koalicję z AfD prawdopodobnie utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Gdyby jednak partia zdobyła bezwzględną większość w jednym ze wschodnioniemieckich landów, nie potrzebowałaby partnera koalicyjnego.
Kolejnym problemem jest współpraca poniżej poziomu formalnej koalicji. Obejmuje ona konsultacje, wspólne głosowania lub opieranie się na głosach AfD w konkretnych sprawach, szczególnie dotyczących migracji. W tej dziedzinie, zwłaszcza wśród części chadeków, pojawiają się niepokojące sygnały. Niedawno miał miejsce przypadek, w którym polityk CDU miał przekazać AfD darowiznę w wysokości 20 tysięcy euro. Takie przypadki można postrzegać jako pierwsze pęknięcia w zaporze oddzielającej AfD od innych partii, a w szczególności od CDU, którą AfD uważa za naturalnego partnera koalicyjnego.
Dopuszczenie AfD do udziału w komisjach, konsultacjach i innych elementach systemu mogłoby również dodatkowo legitymizować jej przekaz. Jej politycy mogliby mówić: „Jesteśmy wewnątrz i widzimy, jak bardzo zepsuty jest system w Berlinie”. Zyskaliby oficjalną pozycję, z której mogliby formułować te same oskarżenia, ale z większym autorytetem.
Odnoszę wrażenie, że większość przedstawicieli berlińskiej klasy politycznej nie wie obecnie, jak postępować z AfD. Niektórzy nadal mówią o możliwości delegalizacji partii, inni twierdzą, że stała się już zbyt duża, aby takie rozwiązanie było wykonalne. Nie widzę spójnej strategii. Wyniki wyborów we wschodnich Niemczech mogą okazać się punktem zwrotnym.
Niektórzy politycy uważają, że należy pozwolić AfD rządzić, aby wyborcy mogli się przekonać o jej niekompetencji. Czy taki scenariusz jest realistyczny?
Każdą porażkę można wytłumaczyć stwierdzeniem, że ktoś inny uniemożliwił realizację programu. AfD może powiedzieć: „Zrobilibyśmy to lepiej, gdyby inne partie, rząd federalny lub instytucje nie związały nam rąk”. Kolejny komunikat będzie brzmiał: „Dajcie nam więcej władzy”.
Jest to klasyczny mechanizm dochodzenia do władzy przez partie populistyczne i skrajnie prawicowe. Podobne procesy widzieliśmy we Włoszech, na Węgrzech Viktora Orbána oraz w ruchu MAGA. Donald Trump był początkowo outsiderem wyśmiewanym wewnątrz Partii Republikańskiej. Jeśli jednak ugrupowanie polityczne dysponuje odpowiednimi narzędziami, rozumie działanie algorytmów i korzysta ze skutecznych konsultantów politycznych, może osiągnąć wynik, który wcześniej niemal wszyscy uważali za niemożliwy. Kampania przed referendum w sprawie brexitu była pierwszym znaczącym przypadkiem, który wyraźnie pokazał wagę takich metod.
Czy AfD przygotowuje już kadry urzędnicze do przejęcia administracji?
Nie badam tej kwestii na tyle dokładnie, aby formułować definitywne oceny. Z tego, co widzę, partia spodziewa się jednak, że wkrótce może mieć do obsadzenia dużą liczbę stanowisk politycznych, lecz obecnie brakuje jej wystarczającej liczby odpowiednio wykwalifikowanych ludzi.
Dochodziło do skandali związanych z zatrudnianiem przez parlamentarzystów AfD krewnych, sióstr, siostrzenic lub innych członków rodzin. Można to postrzegać jako korupcję i zapewnianie dobrze płatnych stanowisk bliskim osobom. Uważam jednak, że znaczenie ma również niedobór wykwalifikowanych ludzi gotowych pracować dla partii. Jeden z europosłów AfD przez wiele miesięcy szukał na przykład pracowników skłonnych przenieść się do Brukseli i dołączyć do jego zespołu.
Dlatego doniesienia, że partia intensywnie zajmuje się szkoleniem nowych elit, brzmią wiarygodnie. AfD może wykorzystać trudniejszą sytuację na rynku pracy i powiedzieć młodym ludziom: „Jeśli chcecie zaangażować się politycznie, zdobądźcie odpowiednie przygotowanie, a będziecie mogli pracować dla legalnie wybranego rządu landowego”. Po objęciu władzy partia będzie mogła obsadzić wiele stanowisk w administracji landowej, w tym stanowiska oferujące bardzo silną ochronę zatrudnienia, w niektórych przypadkach dożywotnią, w ramach statusu Beamte. W ten sposób może pozostawić w systemie ślad wykraczający daleko poza jedną kadencję.
Jak mogłaby wyglądać polityka zagraniczna AfD wobec Francji i Polski?
Dysponujemy bardzo bogatym materiałem pozwalającym analizować stanowisko AfD wobec Rosji. W przypadku Polski i Francji muszę zachować znacznie większą ostrożność, ponieważ nie jest to mój główny obszar badawczy.
Wiemy, że relacje między Marine Le Pen a AfD są bardzo trudne. Francuska skrajna prawica doprowadziła do usunięcia niemieckiej partii ze wspólnej frakcji w Parlamencie Europejskim. Jedną z głównych przyczyn były wypowiedzi przedstawicieli AfD dotyczące II wojny światowej, nazizmu i ówczesnych działań Niemiec we Francji.
W szerszym ujęciu AfD może przedstawiać dojście partii nacjonalistycznych do władzy w Polsce lub Francji jako dowód erozji liberalnego porządku międzynarodowego. Jej wizja zakłada ograniczenie roli Unii Europejskiej, a nawet wystąpienie Niemiec ze struktur europejskich, tak aby każde państwo mogło prowadzić własną politykę.
Moim zdaniem byłby to przepis na katastrofę. Współpraca między partiami nacjonalistycznymi wygląda dobrze jedynie na bardzo ogólnym poziomie. Gdy pojawiają się konkretne spory historyczne, terytorialne i gospodarcze, interesy niemieckich, polskich i francuskich nacjonalistów zaczynają się ze sobą zderzać.
Podobna sprzeczność występuje w relacjach AfD z ruchem MAGA. W końcu „America First” nie oznacza „Germany First”.
Te związki są rzeczywiste. Tino Chrupalla uczestniczył w inauguracji Donalda Trumpa, a Alice Weidel została zaproszona przez Elona Muska do udziału w publicznej rozmowie. Jednocześnie przedstawiciele AfD potrafią krytykować Trumpa, gdy jego decyzje kolidują z ich własnym przekazem. Chrupalla skrytykował rozpoczęcie wojny z Iranem, wskazując, że ruch MAGA obiecywał niewszczynanie nowych wojen, podczas gdy Trump chwalił się zakończeniem kilku konfliktów i zabiegał o Pokojową Nagrodę Nobla.
Realia społeczne i gospodarcze Niemiec oraz Stanów Zjednoczonych bardzo się różnią. Uważam, że niemiecki system jest bardziej odporny na dojście do władzy polityka będącego dokładnym odpowiednikiem Trumpa. Te same strategie i metody mogą jednak przynosić znaczące rezultaty. Ruch MAGA, AfD i inne prawicowo-populistyczne partie mają wiele wspólnych cech zarówno w codziennej działalności, jak i w sposobie budowania poparcia.
Amerykańskie cła uderzają jednak w Unię Europejską i niemiecki przemysł. Jak AfD godzi ten fakt ze swoim poparciem dla ruchu MAGA?
AfD odpowiada, że Niemcy powinny więcej produkować we własnym kraju. Uzależnienie niemieckiej gospodarki od eksportu jest jednak ogromne. Mniej więcej co czwarte miejsce pracy zależy od rynków eksportowych. Volkswagen, Porsche i Mercedes już redukują zatrudnienie, ponieważ ich działalność w Chinach przynosi coraz słabsze wyniki. Gdyby Niemcy próbowały przestawić produkcję i konsumpcję głównie na rynek krajowy, a nawet wyłącznie na rynek europejski, gospodarka ucierpiałaby jeszcze bardziej.
Przez lata AfD niemal zmonopolizowała kwestię migracji. Czy obecny rząd przejmuje jej język i propozycje?
Do pewnego stopnia tak. Przez długi czas AfD twierdziła, że jest jedyną partią zdolną rozwiązać problem migracji. Samo poruszenie tej kwestii często wystarczało, aby ktoś został określony mianem skrajnie prawicowego. CDU próbuje teraz przesunąć debatę o migracji z powrotem do centrum politycznego spektrum.
Owszem, metody stosowane w tym procesie są dyskusyjne. Jako osoba mieszkająca w Niemczech, ale nieposiadająca niemieckiego obywatelstwa, obawiam się kierunku, w którym rozwinie się nowa polityka, oraz jej wpływu na cudzoziemców.
Jednocześnie, zgodnie z dostępnymi danymi, napływ migrantów się zmniejszył. Osobnym problemem pozostaje integracja ludzi, którzy już mieszkają w Niemczech. Rząd ogranicza finansowanie kursów językowych i integracyjnych. Uważam, że jest to błąd. Można również zapytać, czy współpraca z talibami przy deportowaniu obywateli Afganistanu jest etyczna. Zarazem przywrócenie migracji jako normalnego tematu debaty publicznej było konieczne.
O islamizmie i zagrożeniu zamachami terrorystycznymi coraz częściej mówi się otwarcie w debacie publicznej. Co państwo może zrobić w sprawie radykalizacji?
W PRIF działa duża grupa badaczy zajmujących się radykalizacją i jej zapobieganiem, dlatego nie jestem najlepszym specjalistą w tej dziedzinie. Jako uważny obserwator widzę jednak, że minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt nadał tej kwestii wysoki priorytet. Jednym z działań jest zapewnienie, aby imamowie pracujący w niemieckich meczetach byli kształceni w Niemczech zgodnie z obowiązującym porządkiem konstytucyjnym, a nie w zagranicznych instytucjach pozostających poza kontrolą państwa.
Trwałą poprawę można jednak osiągnąć przede wszystkim poprzez integrację, naukę języka i zapewnienie ludziom rzeczywistych możliwości uczestnictwa w życiu społecznym. Wszystko to kosztuje. Jednocześnie rząd musi finansować obronność i wiele innych pilnych potrzeb, dlatego nie może osiągnąć wszystkich celów naraz. Ograniczanie wydatków na integrację może jednak w dłuższej perspektywie zaostrzyć problemy, zamiast je rozwiązać.
Demokratyczne państwo nie może przecież zatrzymać człowieka tylko dlatego, że podejrzewa go o możliwość popełnienia przestępstwa.
Zatrzymanie musi mieć podstawę prawną. Jeśli jej nie ma, jedynym rozwiązaniem pozostaje obserwowanie podejrzanej osoby, a to wymaga czasu, personelu i pieniędzy.
Jeśli służby bezpieczeństwa obserwują setki podejrzanych, skala problemu staje się jeszcze większa.
W przypadku niedawnego zamachu w Berlinie szczególnie niepokojące były doniesienia, że sprawca wcześniej chciał dołączyć do Państwa Islamskiego, wyjechał na Bliski Wschód, został zatrzymany przez tamtejsze służby bezpieczeństwa i odesłany do Niemiec. Niemieckie władze wiedziały więc o jego zamiarach i objęły go obserwacją, mimo to nadal mógł swobodnie się poruszać. Szczegóły tej sprawy trzeba oczywiście dokładnie zbadać. Pokazuje ona jednak, jak trudno pogodzić ochronę praw jednostki ze skutecznym zapobieganiem przemocy.
Jeśli ktoś uległ już głębokiej radykalizacji, możliwości interwencji są bardzo ograniczone. Dlatego ważne jest zarówno podejmowanie działań integracyjnych, jak i uniemożliwianie wjazdu do kraju osobom, o których wiadomo, że stanowią zagrożenie.
Jak kwestia migracji i rosyjskich wpływów wiąże się z ewolucją AfD?
Na samym początku AfD koncentrowała się nie na migracji, lecz na euro i kryzysie strefy euro z lat 2009–2011. Do partii należało wielu byłych chadeków, profesorów oraz osób z doktoratami z ekonomii. Byli sceptyczni wobec sposobu, w jaki rozwiązano kryzys w strefie euro, zwłaszcza wobec roli odegranej przez Niemcy. Nie wszyscy odrzucali integrację europejską jako taką. Ich krytyka skupiała się przede wszystkim na wspólnej walucie.
Później, wraz z każdym kolejnym kryzysem, AfD przesuwała się coraz bardziej na prawo. W 2015 roku podjęła temat migracji. Podczas pandemii przyciągnęła przeciwników szczepień. Za każdym razem wybierała kwestię wywołującą silny sprzeciw i wokół niej budowała poparcie. Bardziej umiarkowani działacze byli stopniowo wypychani z partii, dlatego większość osób, które zakładały AfD, już dziś do niej nie należy.
Kolejne etapy jej radykalizacji można prześledzić bardzo wyraźnie. Otwarte pozostaje pytanie, czy proces ten będzie trwał nadal. Wiele zależy od reakcji pozostałych partii, instytucji państwowych i samych wyborców. Dziś jednak trudno dostrzec w Berlinie przekonującą, wspólną odpowiedź.
rozmawiał Paweł Ziorko
Trwa ładowanie...