Wojna z Iranem nie pogrąży Trumpa? - James Carafano

Obrazek posta

Wojny rzadko wygrywają wybory. George H.W. Bush zakończył zimną wojnę, odniósł najbardziej zdecydowane amerykańskie zwycięstwo militarne we współczesnej historii, a mimo to przegrał wybory w 1992 roku. Wojny równie rzadko powodują porażkę wyborczą. Dopiero prawdziwa katastrofa, taka jak wojna koreańska dla Trumana czy wojna w Wietnamie dla Johnsona, sprawia, że wyborcy odwracają się od prezydenta z powodu konfliktu zagranicznego. Obecne dane nie wskazują na taki scenariusz. Entuzjazm Republikanów przed wyborami do Kongresu wzrósł w ciągu roku o 15 punktów procentowych. 75 proc. Republikanów utożsamiających się z ruchem MAGA deklaruje, że prawdopodobnie weźmie udział w głosowaniu, a wszyscy 24 kandydaci do Senatu poparci przez Trumpa wygrali prawybory. Sondaże zupełnie pomijają natężenie emocji, a w przypadku tej wojny jest ono bliskie zeru. Nie ma masowych demonstracji, studenckich protestów okupacyjnych ani filmów dokumentalnych.

Tekst został pierwotnie opublikowany na portalu www.19fortyfive.com. Jego polska wersja ukazuje się na naszym portalu w ramach współpracy redakcyjnej.

Czy wojna z Iranem przyniesie Trumpowi sukces w wyborach do Kongresu? Nie. Mimo to nadzieja, że trwający od pięciu miesięcy konflikt doprowadzi Republikanów do wyborczej katastrofy, żywiona zarówno przez amerykańskich Demokratów, jak i ostatniego ajatollaha w Iranie, wydaje się coraz mniej realna. Wojny same w sobie nie zapewniają zwycięstw wyborczych. Aby wyborcy odwrócili się od prezydenta, potrzeba naprawdę ogromnej katastrofy.

Mułłowie zmieleni na miazgę

Amerykanie nie lubią przegrywać. W ostatnich tygodniach wielu dotychczasowych krytyków Trumpa, w tym nawet CNN, przyznało, że Trump wygrywa. Jeszcze niedawno dawaliśmy wiarę całkowicie bezpodstawnym twierdzeniom Iranu, że „ma Amerykanów dokładnie tam, gdzie chce”. Dziś zastanawiamy się, czy reżim w Teheranie zdoła przetrwać. Nawet argumenty, że wojna nie będzie zakończona, dopóki Trump nie doprowadzi do porozumienia albo Iran nie zostanie wyzwolony, przestały przykuwać uwagę wyborców. Biały Dom zwycięża, z porozumieniem czy bez niego.

Wojna i polityka

Oczywiście zwycięstwo na wojnie nie zawsze przekłada się na zwycięstwo wyborcze. Przykładem jest George H.W. Bush, który zakończył zimną wojnę, a podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej poprowadził amerykańskie siły zbrojne do najbardziej zdecydowanego zwycięstwa militarnego we współczesnej historii. Amerykanów zupełnie to nie obeszło. Wybrali na prezydenta mało znanego gubernatora z Partii Demokratycznej, rozgniewani tym, że Bush podniósł podatki, gdy kraj zmierzał ku recesji. Z drugiej strony we współczesnej historii wojny rzadko prowadzą do porażki wyborczej. Konflikt musi zostać odebrany przez zwykłych Amerykanów jako prawdziwa katastrofa, aby rozliczyli przy urnach swoje obawy związane z wojną. Harry Truman nie ubiegał się o kolejną kadencję, ponieważ wiedział, że nie ma szans na zwycięstwo. Wyborcy byli przekonani, że konflikt koreański zamienił się w bagno. Obawiali się również, że Stany Zjednoczone zostaną wciągnięte w trzecią wojnę światową. Wojna w Wietnamie przyczyniła się do pogrzebania nadziei Lyndona Johnsona na kolejną kadencję. Gdy George W. Bush wciągnął Amerykanów w przewlekłe i krwawe konflikty w Iraku oraz Afganistanie, w których nie było widać końca przemocy, trudno było sobie wyobrazić, że którykolwiek Republikanin może wygrać wybory prezydenckie w 2008 roku.

Trump nie boryka się z podobnymi problemami. Jeden z niedawnych sondaży wykazał nieznaczną poprawę oceny jego działań związanych z wojną. Nie ma to jednak znaczenia. Ludzie, którzy podczas prezydentury Trumpa nigdy nie zagłosowaliby na Republikanów, nie zmieniliby zdania nawet wtedy, gdyby Iran skapitulował pierwszego dnia. Osoby, które popierają Trumpa, lecz sprzeciwiają się wojnie, nadal raczej nie przerzucą swoich głosów na kandydata opowiadającego się za otwartymi granicami i wpuszczaniem chłopców do łazienek dla dziewcząt. Pozostali będą kierować się innymi sprawami. Powód jest prosty. Sondaże w ogóle nie oddają siły emocji wyborców wokół tej kwestii, ponieważ jest ona bardzo niewielka. Wystarczy spojrzeć na ulice. Nie ma masowych demonstracji przeciwko wojnie ani studenckich protestów okupacyjnych. Nie wiem, gdzie podziewa się Jane Fonda, ale nie stoi na czele tłumu w różowych czapkach szturmującego Biały Dom. Michael Moore nie bombarduje nas filmami dokumentalnymi. Nawet Dixie Chicks, co dość osobliwe, milczą.

Triumf Trumpa

Tymczasem sierpniowy sondaż Echelon wykazał, że entuzjazm republikańskich wyborców przed wyborami do Kongresu w 2026 roku wzrósł w ciągu roku o 15 punktów. Tym samym niemal dorównał mobilizacji Demokratów, jeszcze zanim po amerykańskim Święcie Pracy wyborcy zaczęli na poważnie interesować się kampanią. Co więcej, lipcowy sondaż pokazał, że Republikanie utożsamiający się z ruchem MAGA, stanowiący najwierniejszy elektorat Trumpa, są najbardziej zmobilizowaną grupą wyborców. Aż 75 procent z nich deklaruje, że prawdopodobnie weźmie udział w głosowaniu. Trump uważa, że wie, z czego to wynika. Decyzja, by nie podporządkowywać sposobu prowadzenia wojny kalkulacjom wyborczym, przyniosła dwa skutki. Po pierwsze, Trump jeszcze wyraźniej pokazał Irańczykom, kto jest w stanie dłużej wytrzymać, przekreślając ich nadzieje, że przetrzymają go w wojnie na wyniszczenie. Po drugie, utrzymująca się presja militarna i gospodarcza sparaliżowała reżim, osłabiając krytykę sposobu, w jaki Trump prowadzi wojnę. Fakt, że nie przegrywa i sprawia wrażenie silnego, z pewnością mu nie szkodzi, zwłaszcza w oczach jego elektoratu.

O pewności siebie Trumpa świadczy plan intensywnego udziału w kampanii wraz z członkami gabinetu, a także przeznaczenie nawet 500 milionów dolarów z jego super PAC na kampanie w poszczególnych stanach. Wiele mówi również to, że praktycznie wszyscy republikańscy kandydaci liczą na wiec z udziałem Trumpa. Trudno się dziwić. To jego drużyna. Część kandydatów na gubernatorów, których poparł w prawyborach, poniosła porażkę, ale w wyborach do Senatu zwyciężyli wszyscy 24 wskazani przez niego kandydaci, a w wyborach do Izby Reprezentantów skuteczność jego rekomendacji wyniosła 98 procent. Ponieważ Kongres ma znacznie większy wpływ na politykę zagraniczną niż gubernatorzy, łatwo zrozumieć, dlaczego Biały Dom bagatelizuje znaczenie wojny dla politycznej pozycji prezydenta, a sam konflikt nazywa nawet „drobnostką”. Jednocześnie Trump podkreśla swoje sukcesy: realizację zobowiązania, zgodnie z którym Iran nie może dysponować bronią jądrową, oraz przejęcie kontroli nad cieśniną Ormuz.

Odpowiedź Demokratów

Większość analityków twierdzi, że w tych wyborach liczy się przede wszystkim to, co James Carville ujął w słynnym haśle, gdy kierował kampanią, która wyniosła mało wówczas znanego Billa Clintona do prezydentury: „Gospodarka, głupcze”. Trump zdaje się traktować tę radę poważniej niż Demokraci. Pomijając ceny paliw, chwali się każdą poprawą wskaźników gospodarczych, jak choćby 162 tysiącami miejsc pracy utworzonych w sierpniu, i konsekwentnie zabiega o politykę sprzyjającą wzrostowi oraz niskim podatkom, między innymi domagając się obniżek stóp procentowych. Choć Demokraci twierdzą, że ich najważniejszym celem jest obniżenie kosztów życia, w mediach mówi się głównie o lewicowych kandydatach, którzy chcą zlikwidować ICE, co stało się już częścią programu Demokratów, powrócić do polityki otwartych granic, doprowadzić Amerykę do bankructwa przez wprowadzenie powszechnej opieki zdrowotnej, ignorować ogromne skandale korupcyjne, bronić udziału mężczyzn w kobiecym sporcie, porzucić Izrael i realizować wiele innych postulatów. Zwykli wyborcy muszą zachodzić w głowę, w jaki sposób te inicjatywy miałyby obniżyć ceny paliw, nie mówiąc już o poprawie losu przeciętnych Amerykanów.

Jakby tego było mało, w ostatnich miesiącach kampanii partia broniła komunizmu, a w Izbie Reprezentantów niemal wszyscy jej członkowie zagłosowali przeciw rezolucji potępiającej socjalizm. Biały Dom skwapliwie to wykorzystał. Nawet gdyby wojna była jednym z najbardziej zapalnych tematów, a polityka gospodarcza Trumpa okazywała się fiaskiem, lewica i tak przez całą kampanię próbowała skierować uwagę wyborców na wszystko poza tymi kwestiami. Najwyraźniej zakładała, że sama niechęć do Trumpa zapewni jej zwycięstwo. Z jakim skutkiem? Wydaje się niemal pewne, że Demokraci stracili już szansę na odzyskanie Senatu, a zdobycie większości w Izbie Reprezentantów również nie jest przesądzone. Gdyby wojna rzeczywiście osłabiała Trumpa, sytuacja wyglądałaby inaczej.

Październikowa niespodzianka

Wciąż aktualna pozostaje jednak irańska groźba zadania upokarzającego ciosu przed listopadowymi wyborami. Nawet gdyby Irańczycy byli do tego zdolni, co budzi coraz większe wątpliwości, taki atak najprawdopodobniej nie wpłynąłby na wynik wyborów. Amerykanie źle reagują na nieprzyjemne niespodzianki. Po ataku na Pearl Harbor nikt nie biegał po kraju, wołając: „Dewey na prezydenta!”. W obliczu przeciwności Amerykanie częściej jednoczą się wokół flagi. Ofensywa Tet z 1968 roku podważyła zaufanie do sposobu, w jaki Johnson prowadził wojnę w Wietnamie, ale nie zrezygnowaliśmy z dalszej walki. Wybraliśmy wręcz prezydenta, który obiecał ją kontynuować. Ameryka porzuciła Wietnam Południowy dopiero w 1975 roku.

Zobacz również

Wszystko, wszędzie na raz. Czyli o trudnościach w zrozumieniu zmian w systemie międzyna...
Zmiana warty na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie XX wieku. Recenzja książki „Władcy ...
Dlaczego misja Witkoffa i Kushnera poniosła fiasko - Andrew Michta

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...