Dlaczego Islandczycy nie mają nazwisk rodowych

Obrazek posta

Niedawno, po przeczytaniu dwóch rozdziałów mojej nowej powieści, ktoś napisał: Chyba będę musiał sobie zapisywać te imiona, bo inaczej się pogubię. No cóż, coś w tym jest, bo tradycyjne imiona islandzkie, a także islandzki system nazewniczy wydają się nam, wychowanym w kręgu kultury zachodniej, niezwykłe i przede wszystkim trudne do zapamiętania.

Ten system, stosowany w zasadzie nadal, sięga epoki wikińskiej i zasiedlenia Islandii, które rozpoczęło się pod koniec IX wieku, głównie przez osadników z zachodniej Norwegii oraz z nordyckich osad na Wyspach Brytyjskich. Wikińscy osadnicy przynieśli ze sobą staronordycki system patronimiczny, który w reszcie Skandynawii z czasem zanikł, ale na Islandii przetrwał.

Kluczowa zasada odróżniająca Islandię od większości krajów jest taka, że nazwisko nie jest dziedziczone w linii rodowej, lecz tworzone na nowo w każdym pokoleniu na podstawie imienia ojca (patronimik) lub – rzadziej historycznie, ale coraz częściej współcześnie – matki (matronimik). I tak syn Jóna nazywa się Jónsson, córka Jóna – Jónsdóttir. W rezultacie brat i siostra mają różne końcówki nazwiska. i wiemy o nich tylko tyle, że oboje nają za ojca jakiegoś Jona. Ten system patronimiczny opiera się na zasadach z grubsza niezmienionych od ponad tysiąca lat, ponieważ utrwaliły go sagi islandzkie, z ich specyficznym podejściem do rodowodów bohaterów. Gdybym zatem pisała sagę, mogłabym Margret, potomkinię Aud po z grubsza 9 pokoleniach, przedstawić tak:

Aud Głęboko Rozumna zwała się niewiasta, córka Ketila Płaskonosego. Popłynęła na Islandię i osiadła w Hvammur w Dolinach. Synem jej był Torstein Rudy, który poległ w bitwie w Szkocji (co, nawiasem mówiąc, jest jednym z niewielu faktów w tym rodowodzie, za które ręczy więcej niż jedna saga). Torstein pojął za żonę Turidę, siostrę Helgiego Chudego; ich synem był Olaf Wilczek, który wychował się u babki Aud i przejął po niej gospodarstwo w Hvammur. Olaf ożenił się z Alfdisą z Barry, a synem ich był Tord Gellir, wielki możny, gdy kraj podzielono na ćwiartki — i tu, drogi czytelniku, kończy się część udokumentowana, a zaczyna twórcza swoboda autorki.

Tord Gellir pojął Gudrunę Steintorsdottur (istniała naprawdę, choć co robiła później — tego już saga milczy, więc i ja będę milczeć). Ich córką była Tordis Tordardottur, wydana za mąż gdzieś na zachodnich wyspach — bo skoro flota wikińska i tak stale kursowała między Islandią a Hebrydami, czemu by nie. Tordis i jej mąż mieli syna, zwanego Bjorn Skald, który popłynął na Suðreyjar i tam się osiedlił (żaden średniowieczny skryba go nie widział, ale brzmi wiarygodnie). Synem Bjorna był Torgils Bjarnarson, który ożenił się z kobietą z rodu Somerleda, a ich córką była Gudrun Torgilsdottur. Gudrun wróciła na Islandię i tam wyszła za mąż za Sigurda, gospodarza z Dala. Ich córką była Margret Sigurdardottur, zwana Zręczną dla swego kunsztu, i o niej opowiada się dalej.

Nic to, że ten rodowód jest prawdziwy jedynie w pierwszej części; tak czy inaczej pokazuje wyraźnie, jak złożoną i trudną do czytania konstrukcją jest islandzka saga. A że książka ma być o Islandii, Islandczykach i sagach (a jakże, jestem kobietą pracującą i żadnej pracy się nie lękam) pomyślałam, że warto tę tematykę przybliżyć szanownym czytelnikom, inaczej porzucą myśl o czytaniu powieści, zanim ta się naprawdę rozkręci. Co do fikcyjnego rodowodu Margret, to mam nadzieję, że prawdziwa, choć niezwykle odległa w czasie Aud Głęboko Myśląca nie będzie miała mi za złe podczepienia do jej rodowodu mojej Margret, zwłaszcza gdy w toku powieści poznamy ją lepiej. A to — zaręczam — ciekawa i niezwykła osoba.

 

Wracając do patronimików, w Polsce starsze pokolenia miały dość często do czynienia z językiem rosyjskim, a w Rosji patronimik (tzw. otczestwo) przetrwał, ale w innej roli – jako drugi element trzyczłonowego miana. Pamiętam dobrze, jak nauczycielka rosyjskiego kazała mi się przedstawiać całym, trzyczęściowym ciągiem: Elizawieta Alfredowna Meyer. Tak, to nie pomyłka — Elizawieta jest odpowiednikiem Izabelli. Patronimik pełni tu funkcję grzecznościową i tożsamościową, ale obok, nie zamiast dziedzicznego nazwiska. To różni się fundamentalnie od Islandii, gdzie patronimik JEST całym nazwiskiem i nie współistnieje z żadnym nazwiskiem rodowym.

Islandzki system patronimiczny nie identyfikuje osoby jednoznacznie, i to od zawsze był problem. Skalę tego zjawiska dobrze ilustrują dane ze zdigitalizowanego zbioru islandzkich spisów powszechnych z lat 1703–1920. Zbiór obejmuje niemal milion rekordów osobowych z szesnastu kolejnych fal spisowych. Analiza wykazała, że najczęściej powtarzające się zestawienie imienia i patronimika — Jón Jónsson — występuje w tym korpusie 15 599 razy. Taka liczba kolizji nazwisk wymusza sięganie po dodatkowe dane identyfikacyjne — rok urodzenia, miejsce zamieszkania, powiązania rodzinne — by w ogóle móc rozróżnić poszczególne osoby w rejestrach. No cóż, to akurat znamy też z naszego kraju — kto z nas nie musiał podać imienia matki i swojej daty urodzenia w jakimś urzędzie.

Islandczycy podjęli próbę uporania się z tym problemem, kiedy nam się jeszcze nie marzył PESEL (obecny w naszym kraju od 1979 roku), bo w 1953 roku. Od tego czasu mieli już 3 systemy, obecny numer — zwany kennitalą przyjęli w 1987 roku. Kennitala to taki islandzki odpowiednik PESEL-u, i to bardzo bliski: taki sam dziesięciocyfrowy format oparty na dacie urodzenia, taka sama funkcja jednoznacznej identyfikacji obywatela, taki sam centralny rejestr państwowy za tym stojący.

Różnica polega jedynie na tym, jak bardzo jawnie się go używa na co dzień (w Islandii dużo swobodniej niż PESEL w Polsce). To nie znaczy, że nie mają czegoś w rodzaju RODO. Przetwarzanie kennitali jest dozwolone tylko w obiektywnie uzasadnionych celach — czyli gdy inne identyfikatory (imię, adres, numer klienta) są niewystarczające do jednoznacznego rozpoznania osoby. To dokładnie odpowiada temu, o czym już pisałam: skoro patronimik sam w sobie nie identyfikuje osoby jednoznacznie, kennitala jest prawnie uzasadnionym wyjątkiem.


Tyle na dziś. Bardzo chciałam się podzielić z wami tą świeżą dla mnie wiedzą, raz, że zawsze się może przydać, a dwa… Dwa, żeby pokazać, jak pracuję nad moją nową książką. Jako laik, znający Islandię z opowiadań znajomych, książek Laxnessa i kilku nowszych, ale dotyczących polskich emigrantów (m.in. Islandia i Polacy, bardzo ciekawa), muszę się wielu rzeczy douczyć.


To na koniec jeszcze ciekawostka. Halldór Laxness (1902–1998) to jedyny islandzki laureat Literackiej Nagrody Nobla. Otrzymał ją w 1955 roku za żywą siłę epicką, która na nowo obudziła wielką narrację Islandii. Ale, jak się domyślacie, skoro urodził się na Islandii, to musiał mieć swoje -son.

I owszem, urodził się jako Halldór Guðjónsson, syn Guðjóna. Nazwisko Laxness przyjął od nazwy gospodarstwa Laxnes pod Reykjavíkiem, na którym dorastał (nazwa miejscowa: łosoś + przylądek/cypel).

Zobacz również

Margret - powieść z czasów wikingów. Spis rozdziałów
Umowa | Zachodnia Islandia, wiosna 1192 roku
Co cię nie zabije...

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...