Zmiana warty na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie XX wieku. Recenzja książki „Władcy Pustyni” Jamesa Barra - Maksymilian Skrzypczak
Po II wojnie światowej Wielka Brytania nie zamierzała dobrowolnie zrezygnować ze swoich wpływów na Bliskim Wschodzie, ale coraz częściej musiała ustępować rosnącej potędze Stanów Zjednoczonych. We „Władcach Pustyni” James Barr pokazuje, że zmiana dominującego mocarstwa nie była uporządkowanym przekazaniem odpowiedzialności, lecz pełną napięć rywalizacją sojuszników o ropę, strategiczne szlaki i przyszły kształt regionu.
Po dwóch wojnach światowych Wielka Brytania nie była w stanie dłużej utrzymywać swojego imperium. Zejście z dawnej pozycji i zastąpienie jej przez wzrastającą potęgę Stanów Zjednoczonych było nieuniknione. Przynajmniej do takiego wniosku dochodzimy patrząc na dynamikę występującą w połowie XX wieku. Tymczasem Londyn miał inny plan: utrzymanie wpływów na Bliskim Wschodzie traktował jako potrzebne i możliwe w realizacji. Skazało to przygasającą potęgę brytyjską na konkurowanie z rozpychającymi się w regionie Amerykanami.
Tę rywalizację - sojuszniczą, aczkolwiek miejscami zaciętą - opisuje James Barr w książce “Władcy Pustyni”. To świetna kontynuacja “Linii na piasku”. Obie pozycje opowiadają historię politycznej ewolucji Bliskiego Wschodu, przyjmując za punkt odniesienia konkurencję między dwoma mocarstwami. W przypadku pierwszej połowy XX wieku były to Wielka Brytania i Francja, a drugiej - Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.
Lata 40.: Amerykanie wchodzą na scenę
Jeszcze gdy losy II wojny światowej pozostawały nierozstrzygnięte, między Rooseveltem a Churchillem pojawiły się istotne różnice w podejściu do ładu bliskowschodniego. W sierpniu 1941 roku przywódcy podpisali Kartę Atlantycką, symbol geopolitycznego konstruktu Zachodu. Jak tłumaczy Barr, dwa filary tej deklaracji, czyli samostanowienie narodów oraz wolny handel, Churchill postrzegał jako śmiertelne zagrożenie dla systemu imperialnego. Dokument dawał legitymizację ruchom niepodległościowym, które pragnęły wolności od brytyjskiego patrona. Z kolei wolny handel odebrał metropolii przywileje ekonomiczne w kontaktach z koloniami, za to otworzył je na penetrację towarami największej potęgi przemysłowej tamtego okresu - Stanów Zjednoczonych. Churchill najchętniej odmówiłby podpisania Karty, ale czuł, że nie ma wyboru. W sierpniu 1941 roku III Rzesza kontrolowała niemal całą Europę kontynentalną, a jej zagony pancerne wchodziły w Związek Radziecki jak w masło. Rok wcześniej udało się odeprzeć niemieckie przygotowania do inwazji na wyspy, znane jako Bitwa o Anglię, jednak premier wiedział, że na dłuższą metę jego kraj nie przetrwa bez Stanów Zjednoczonych. Już kwestia Karty Atlantyckiej, poruszona w pierwszym rozdziale, dobrze oddaje istotę całej książki.
Różnice w podejściu do Arabii Saudyjskiej i Jordanii
Do generalnych reguł, które zapanowały po II wojnie światowej, dochodziły konkretne tematy, co do których Amerykanie i Brytyjczycy mieli nie po drodze. Jednym z nich była rywalizacja między Jordanią a Arabią Saudyjską. W Jordanii rządził król Abdullah z dynastii Haszymidów, wygnanej z terenów Arabii. Nie tylko uważał Saudów za uzurpatorów, ale także zagrażał ich pozycji w świecie arabskim, firmując projekt “Wielkiej Syrii”; pragnął federacji obejmującej Jordanię, Syrię, Palestynę i być może Irak.
Dla Brytyjczyków był to wygodny partner: nie był skrajnym nacjonalistą, pozwalał Londynowi utrzymać wpływy wojskowe w kraju leżącym w strategicznym miejscu. Utrzymanie kontroli nad szlakiem przez Kanał Sueski do Indii pozostawało celem Wielkiej Brytanii jeszcze po wojnie, a obecność w Jordanii miała to ułatwić. Natomiast Stany Zjednoczone coraz mocniej angażowały się w relacje z Arabią Saudyjską. Po pierwsze, z powodu zasobów ropy naftowej, której potrzebowała prężnie rozwijająca się gospodarka amerykańska. Drugi powód był znacznie ciekawszy i mniej znany. Lotnisko w Dhahranie stanowiło kluczowy węzeł komunikacyjny, pozwalający Amerykanom na przerzut sił między Europą a Azją. Co więcej, dostęp do lotniska umożliwiał cywilnej branży lotniczej szerszą ekspansję, bez zależności od brytyjskich baz. Arabia Saudyjska dawała więc USA jeden z najważniejszych “punktów wejścia” do Eurazji. Król Abdullah zginął w 1951 roku, a rywalizacja saudyjsko-jordańska osłabła. Stawianie na przeciwne strony uwidoczniło jednak odmienne interesy regionalne dwóch anglojęzycznych potęg.
Wyrzucenie Brytyjczyków z Palestyny
Lata 40. upłynęły pod znakiem jeszcze jednego spornego tematu: kwestii państwa żydowskiego w Palestynie. Wielka Brytania oficjalnie wspierała ruch syjonistyczny od czasu deklaracji Balfoura w 1917 roku. W 1939 roku zmieniła front, pomimo stłumienia arabskiej rewolty uznała, że osiedlanie się Żydów stwarza zbyt wiele problemów i opublikowała “Białą Księgę”, drastycznie ograniczającą kwoty imigracyjne. Odcięcie Palestyny - dla wielu Żydów ostatniej deski ratunku - w momencie ekspansji III Rzeszy na Europę pomogło Hitlerowi posłać miliony z nich do komór gazowych. Tak postrzegali to liderzy ruchu syjonistycznego, którzy wszczęli partyzanckie działania zbrojne na terytorium mandatowym. Ich cel był jasny: wyrzucić Wielką Brytanię, założyć państwo i otworzyć je na przyjazd uchodźców z Europy.
Ambicje syjonistów w końcu zostały spełnione. Stwierdzenie, że żydowska partyzantka wyrzuciła Brytyjczyków z Palestyny, jest nieco na wyrost, gdyż po utracie Indii w 1947 roku ich motywacja kontrolowania terytorium spadła (do tego wciąż mieli silne wpływy w Jordanii i Egipcie). Tym niemniej działalność Hagany, Irgunu i pozostałych żydowskich milicji z pewnością pomogła im podjąć decyzję o zakończeniu okresu mandatowego. W czasie walki z tymi organizacjami istotną rolę na niekorzyść Wielkiej Brytanii odegrały Stany Zjednoczone. W 1944 roku Roosevelt wygrał wybory prezydenckie, opowiadając się za nieograniczoną imigracją Żydów do Palestyny i utworzeniem tam dla nich państwa. Po jego śmierci podobną politykę prowadził Truman, który m.in. nakazał przygotowanie raportu na temat sytuacji ocalałych Żydów w Europie. Był to słynny raport Harrisona, który dokumentował fatalne warunki życia i brak perspektyw dla byłych więźniów obozów koncentracyjnych, w tym ok. 140 tys. Żydów.
Gdy Truman zapoznał się z wynikami prac swojego wysłannika, zaczął naciskać na brytyjski rząd premiera Attlee, żeby wydał dodatkowe 100 tys. pozwoleń na pobyt Żydów w Palestynie. Napięcia dyplomatyczne rosły, a część brytyjskich polityków obawiała się, że USA postawią na ostrzu noża wielomiliardowe pożyczki powojenne. W końcu Attlee zgodził się przystać na warunki Trumana, ale pod warunkiem, że rozbrojone zostaną wrogie Wielkiej Brytanii żydowskie milicje. To w końcu nie nastąpiło, bowiem Hagana, Irgun i Gang Sterna wciąż stawiały opór, a uchodźcy zaczęli spływać do Palestyny dopiero po proklamacji niepodległości przez Izrael w 1948 roku. Jak na ironię, miesiąc po powstaniu tego państwa Stany Zjednoczone złagodziły własne kwoty imigracyjne - czyli dokładnie wtedy, kiedy opcja emigracji do Ameryki straciła znaczenie dla ocalałych z Holokaustu.
Większy wpływ na wyrzucenie Brytyjczyków z Palestyny miało bierne przyzwolenie administracji Trumana na prywatne inicjatywy, zbierające fundusze na rzecz imigracji żydowskiej. Do takich organizacji należała Amerykańska Liga Na Rzecz Wolnej Palestyny (American League for a Free Palestine). Rząd USA nie odebrał ALFP i innym grupom statusu organizacji charytatywnych, co ułatwiało im finansowanie przez odpisy od podatku. Jak wyjaśnia Barr, Amerykanie dodatkowo przymykali oko na faworyzowanie takich grup przez syjonistycznych urzędników, a największe wsparcie dla Irgunu płynęło właśnie z USA.
Część, a być może większość tych działań, nie wychodziła bezpośrednio od administracji i nie wynikała z chłodnej kalkulacji geostrategicznej. Często przeważały osobiste sympatie. Przedstawiciel administracji amerykańskiej przy Komisji Energii Atomowej ONZ, Bernard Baruch, miał powiedzieć do jednego z liderów grupy: “Jestem po waszej stronie (...) uważaj mnie za jednego ze swoich żydowskich bojowników z długą bronią wśród wysokich traw”. Baruch zagroził wahającej się Francji i krajom Beneluksu, że brak poparcia dla słynnej rezolucji dzielącej Palestynę pozbawi ich amerykańskich pożyczek na odbudowę powojenną. Nie jest wiadome, czy działał w zgodzie z Trumanem, czy na własną rękę. Sam Truman uznał Izrael kilkanaście minut po proklamacji niepodległości, po czym… nałożył na nowe państwo embargo zbrojeniowe i to w momencie, gdy szanse na jego upadek były największe. Jak na ironię podczas wojny w 1948 roku premiera Ben Guriona i innych uratował Stalin, nakazując wysyłkę sprzętu Izraelowi przez Czechosłowację.
Wymienione i rozwinięte powyżej kwestie dotyczyły lat 40. To jednak tylko pierwsza część książki. Mimo ciosów, jakie przyjęło imperium brytyjskie, jeszcze kilka dekad zajęła mu rezygnacja z walki o wpływy na Bliskim Wschodzie.
Amerykanie coraz mocniej wchodzą do regionu
Część druga książki opowiada o latach 1947-1953. Zaostrzyła się wtedy rywalizacja na linii Rijad-Amman, a w dodatku Wielka Brytania zaczęła aktywnie szukać ropy na obszarach Półwyspu Arabskiego o nieuregulowanych granicach. Jej konkurencją byli Saudowie, niezbyt skorzy do dzielenia się zasobami naturalnymi. W tej części przeczytamy także o różnicach w kwestii zmiany reżimu w dwóch krajach: Iranie i Egipcie.
Premier Iranu Mohammad Mosaddegh domagał się hojniejszego podziału zysków z ropy przez Anglo-Iranian Oil Company (A-IOC). Oznaczałoby to złamanie brytyjskiej dominacji w krajowym przemyśle energetycznym. Dlatego Londyn bardzo wcześnie snuł plany zamachu stanu. Waszyngton pozostawał sceptyczny, a nawet rozważał wsparcie Mosaddegha w rozmowach podkopujących pozycję Wielkiej Brytanii. Dopiero gdy USA dostrzegły w Teheranie zagrożenie komunistyczne, przystały na plan brytyjski.
Pucz Wolnych Oficerów w Egipcie w 1952 roku nie był (z tego co wiadomo) operacją anglosaskich służb, ale szybko pojawiły się spory o współpracę z nową władzą. Londyn chciał zachować wiele elementów starego porządku imperialnego, zwłaszcza obecność wojskową. Tymczasem dla USA brytyjska obecność sama w sobie stała się problemem, ponieważ napędzała egipski nacjonalizm. Zdaniem Amerykanów lepiej byłoby wycofać Brytyjczyków i spróbować wciągnąć nowy egipski reżim do zachodniego systemu bezpieczeństwa. Warto wspomnieć, że spośród puczystów w 1952 roku najlepiej zaznajomiony z amerykańskimi służbami był Gamal Abdel Nasser. Z kolei obalenie starej władzy ogłaszał przez radio rodakom nie kto inny, jak jego późniejszy następca, Anwar Sadat.
Symboliczne przejęcie bliskowschodniej pałeczki: Kryzys Sueski
Trzecia część książki jest poświęcona drodze “w stronę kryzysu sueskiego”. To wydarzenie, rozumiane jako nacjonalizacja kanału i interwencja zbrojna, nastało nagle, ale jego przyczyny sięgały głębiej niż sam nacjonalizm oraz panarabizm Nassera. Kolejne rozdziały wyjaśniają złożoną grę dyplomatyczną z udziałem wielu graczy. Jeden pokazuje, jak Brytyjczycy i Amerykanie sondowali nawet możliwość podpisania pokoju z Izraelem przez Egipt. Inne tłumaczą, że Kair pragnął zbliżenia z Zachodem, a relacje z Moskwą traktował jako budowanie pozycji negocjacyjnej. Dopiero nerwowy ruch aliantów w postaci wycofania finansowania dla tamy w Asuanie skłonił Nassera do drastycznego posunięcia, jakim była nacjonalizacja Kanału Sueskiego.
W drodze do kryzysu również występowały tarcia, a przynajmniej różnice w interesach między USA a Wielką Brytanią. Najważniejszy rozłam (obok Karty Atlantyckiej być może główny temat rywalizacji opisanej w książce) zarysował się jednak po operacji zbrojnej Francji, Izraela i Wielkiej Brytanii. Pod presją ZSRR, Amerykanie, chcący też ocieplenia relacji z państwami arabskimi, wymusili na sojusznikach ustąpienie i de facto akceptację osiągnięcia celów przez Nassera. Wtedy ostatecznie stało się jasne, że Stany Zjednoczone również w praktyce (a nie tylko na papierze) są supermocarstwem dysponującym realnym prawem weta wobec posunięć Francji czy Wielkiej Brytanii. Jak w "Dyplomacji" pisze Henry Kissinger, o ile Paryż na wydarzenia z 1956 roku zareagował dystansowaniem się od USA, Londyn właśnie wtedy zaakceptował status "junior partnera" i postawił na zbliżenie.
Utrzymanie resztek wpływów
Część czwarta skupia się na próbie zachowania przez Brytyjczyków pozostałości po dawnej pozycji i ostatnich dużych operacjach w regionie. Przykładem jest zaangażowanie w wojnę domową w Omanie po stronie władz centralnych. Walczyły one z autonomicznym regionem, który sprzeciwiał się centralizacji władzy, w tym rozwojowi przemysłu naftowego pod dyktando stolicy. Stany Zjednoczone nie były skłonne poprzeć Londynu militarnie ani dyplomatycznie, ponieważ nie chciały narażać relacji z wspierającą rebelię Arabią Saudyjską. W tej kwestii akurat Brytyjczycy postawili na swoim. USA też bardzo pobieżnie interesowały się sytuacją w Iraku na przełomie lat 50. i 60. Wielka Brytania martwiła się o możliwość irackiej inwazji na Kuwejt, a zapobieżeniu takiemu rozwojowi wydarzeń poświęcała sporo energii w regionie. Gdy zagrożenie nieco zelżało, a stało się jasne, że reżim iracki jest słaby przez kurdyjską rebelię, CIA zwietrzyła okazję i pomogła partii Baas obalić rząd w zamian za rozprawę z irackimi komunistami.
Problem z książkami Barra i dlaczego mimo wszystko warto po nie sięgnąć
Ogólna ocena tej lektury jest podobna do mojej opinii na temat “Linii na piasku”. Przystępny język i spójna narracja nie zawsze wystarczają, żeby ułatwić odbiór książki. Historia nowożytnego Bliskiego Wschodu sama w sobie jest złożona, a Barr dodatkowo świadomie wzbogaca ją o liczne szczegóły. Obok szerokiej perspektywy pojawiają się anegdoty, sylwetki drugoplanowych postaci i poboczne epizody. Taka konstrukcja może być problemem dla czytelnika, któremu trudniej ocenić wagę poszczególnych informacji i dostrzec główną oś wydarzeń. Przydałoby się wyraźniejsze rozgraniczenie tego, co kluczowe, od tego, co pełni jedynie funkcję uzupełniającą.
Zarazem dzięki przeplataniu się głównych wydarzeń ze szczegółami, można lepiej pojąć zaplątanie i swego rodzaju “mgłę dyplomacji”, w jakiej decydentom przychodzi dokonywać wyborów. Daje to również wgląd w nieuchwytne elementy, takie jak kultura polityczna obowiązująca na Bliskim Wschodzie, co trudno jest poznać tylko przez znajomość suchych faktów lub analizę geopolityczną. I to jest wielki plus książki, może nawet większy niż jej czysto merytoryczna warstwa: poznać uwarunkowania bliskowschodnie na poziomie rozumowania to jedno, ale je poczuć to wyższa szkoła jazdy. W tym James Barr i jego publikacje stanowią nieocenioną pomoc.
Trwa ładowanie...