Margret - pierwsze problemy
Czytelnik często nie zdaje sobie sprawy, jak dziwne problemy napotyka pisarz.
Kiedy zaczęłam zbierać info do "Margaret", bardzo przeszkadzała mi pisownia nazw i imion islandzkich ich rodzimym alfabetem. Po pierwsze, jestem leniwa. Nie chciało mi się zaprzątać głowy pismem, którego - myślałam - nie będę używać. Bo chciałam wszystko spolszczyć i uprościć. Myślałam, że to będzie ukłon w stronę czytelnika. Tknęło mnie jednak coś i postanowiłam zapytać potencjalnych czytelników. Wrzuciłam pytanie na Substack i Patronite. Na tym drugim mam jednego Patrona, który jeszcze nie zabrał głosu, ale na Substacku mam sporą grupę obserwatorów. I ci drudzy się odezwali. Z kilku wypowiedzi wynika, że woleliby tak egzotycznie, po islandzku, jak w sagach.
Pomyślałam o przystępności tekstu dla czytelnika i wtedy przypomniały mi się dwie historie z mojego życia tłumacza. Ponieważ jednak wymagają one pewnej pracy, na którą dziś nie mam czasu, opowiem je kiedy indziej - na Substack i, oczywiście, tutaj. Dziś tylko zaznaczę, że w obu przypadkach to ja, tłumaczka, walczyłam o nieupraszczanie tekstu. W obu miałam rację i w obu redakcja postąpiła wbrew moim zaleceniom. W jednym wypadku zażądałam, aby usunęli moje nazwisko - nie chciałam tego firmować. I tak się stało.
Trwa ładowanie...