Czy Berlin odstraszy Moskwę - Mikhail Polianskii
4 sierpnia na lotnisku Lipsk/Halle odkryto drona z ładunkiem wybuchowym w pobliżu ukraińskich samolotów transportowych Antonowa. Lotnisko jest węzłem obsługującym logistykę wojskową Niemiec i ich sojuszników z NATO oraz operacje wsparcia Ukrainy. W kolejnych tygodniach śledczy znaleźli w okolicy następne obiekty wstępnie uznane za drony, a także pojemnik z silnymi materiałami wybuchowymi (RDX i PETN, określonymi jako semtex), często wykorzystywanymi przez rosyjską armię.
W ostatnich latach Rosja wielokrotnie podejmowała próby sabotażu niemieckiej infrastruktury wojskowej. Dotychczas jednak, gdy dochodziło do podobnych zdarzeń, takich jak pożar w obiekcie Bundeswehry czy pojawienie się drona nad koszarami, przedstawiciele władz zwykle mówili o „niejasnych przyczynach”. Po szczególnie bulwersujących incydentach, takich jak ukrycie bomby w paczce na pokładzie samolotu towarowego DHL, niemieckie służby wywiadowcze niekiedy informowały, że prawdopodobnie stała za nimi Rosja. Robiły to jednak dopiero wtedy, gdy niemal wszyscy zdążyli już o sprawie zapomnieć.
Pozostawiając takie sprawy specjalistom ze służb wywiadowczych, niemiecki rząd unikał eskalacji w relacjach z Rosją, a zarazem uspokajał własnych obywateli. W istocie przekaz brzmiał: „Nie ma powodów do niepokoju, zajmują się tym profesjonaliści”. Ten niepisany podział ról służył kolejnym niemieckim rządom przez lata, jeśli nie dekady: służby wskazywały sprawcę, politycy unikali jednoznacznych deklaracji, a społeczeństwo zachowywało spokój.
Berlin wyraźnie zaostrzył stanowisko 1 września 2026 roku. Tego dnia minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt, występując w Berlinie u boku szefa dyplomacji Johanna Wadephula, oświadczył dziennikarzom, że „ustalenia policyjnych śledztw, schematy działania sprawców oraz informacje wywiadowcze potwierdzają odpowiedzialność Rosji za próbę ataku na lotnisku w Lipsku”. Rosję wskazano więc jako sprawcę już po kilku tygodniach od incydentu. Rząd zapowiedział także zamknięcie rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn oraz wypowiedzenie obowiązującej od dziesięcioleci umowy regulującej działalność Rosyjskiego Domu „Nauki i Kultury” w Berlinie. Wielu przedstawicieli niemieckich służb bezpieczeństwa od dawna podejrzewało, że ta wywodząca się z czasów zimnej wojny instytucja służy również działalności szpiegowskiej i propagandowej.
Zgodnie z oczekiwaniami Moskwa odpowiedziała w ciągu kilku dni. Zapowiedziała zamknięcie niemieckiego konsulatu w Petersburgu i zamknęła wszystkie działające jeszcze w Rosji ośrodki kulturalne Instytutu Goethego. Władimir Putin, przemawiając niedługo później na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Biszkeku, uznał przedstawione przez Niemcy dowody za sfabrykowane i oskarżył kanclerza Friedricha Merza o zorganizowanie ataku w obliczu gwałtownego spadku notowań jego partii. Był to wyjątkowo osobisty atak, wymierzony w kanclerza tuż przed wyborami do parlamentu Saksonii-Anhalt, które odbyły się w następny weekend.
Dlaczego publiczne wskazanie sprawcy ma większe znaczenie niż zamykanie konsulatów
Same działania odwetowe Niemiec były jednak dość skromne: w odpowiedzi na odkrycie drona z bombą przy obiekcie wojskowym zdecydowano o zamknięciu jednego konsulatu i jednego ośrodka kultury. W dodatku oficjalna obecność Rosji w Niemczech już wcześniej się kurczyła. Konsulat w Bonn był ostatnim działającym spośród pięciu rosyjskich konsulatów generalnych w tym kraju, a działalność Rosyjskiego Domu znacznie ograniczono po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę.
Po 2022 roku, gdy Niemcy wydaliły większość rosyjskich oficerów wywiadu działających pod przykryciem dyplomatycznym, Moskwa dostosowała metody prowadzenia operacji do nowych warunków. Nadal planuje je centralnie, lecz ich wykonanie coraz częściej powierza lokalnie działającym agentom „niższego szczebla” lub „jednorazowego użytku”. Pozwala jej to zachować dystans wobec wykonawców i zaprzeczać własnej odpowiedzialności, nawet gdy dla analityków wywiadu wydaje się ona oczywista. Takie podejście jest skrajnie nieodpowiedzialne: oznacza powierzanie cywilom operacji o charakterze wojskowym i może wiązać się z akceptacją znacznych strat ubocznych.
Nowe podejście Berlina do wskazywania sprawców ataków jest odpowiedzią na tę zmianę rosyjskiej strategii. Kanclerz Merz już 25 sierpnia sygnalizował, że Niemcy mierzą się z „bardzo realnymi zagrożeniami”, a ktokolwiek za nimi stoi, „zapłaci za to”. Tym razem sprawy nie pozostawiono więc wyłącznie służbom działającym dyskretnie w tle. Choć Merz nie wymienił wówczas Rosji z nazwy, coraz wyraźniej było widać, że Berlin jest gotów otwarcie wskazać Moskwę.
Zerwanie z dotychczasowym schematem z pewnością nie było łatwe. Niemiecki rząd znalazł się jednak pod presją, która wymuszała reakcję. Jednym z głównych powodów był moment przeprowadzenia ataków hybrydowych: nastąpiły bezpośrednio przed wyborami do parlamentów krajów związkowych we wschodnich Niemczech. Można i należy więc uznać je za rażącą ingerencję w proces demokratyczny. Ograniczona skala szkód w Lipsku nie zmniejszała pilnej potrzeby politycznej reakcji. Incydent stał się okazją, by rząd pokazał wyborcom, Putinowi, a przede wszystkim samemu sobie, że takie ataki nie mogą stać się częścią codzienności. Nawet socjaldemokraci, tradycyjnie ostrożni w konfrontacji z Moskwą, poparli publiczne wskazanie Rosji jako sprawcy.
To może być dopiero początek
Niewiele wskazuje na to, by utrata konsulatu i ośrodka kultury miała odstraszyć Moskwę. Wkrótce po tym, jak niemiecki rząd przypisał Rosji odpowiedzialność za incydent w Lipsku, władze poinformowały o kolejnych próbach sabotażu. W Monachium znaleziono ładunek zapalający przy budynku, w którym mieści się firma produkująca sprzęt wojskowy. W chwili pisania tego tekstu nie ustalono jeszcze ostatecznie sprawców tych ataków. Incydenty mogą jednak świadczyć o rozszerzaniu się kampanii wymierzonej w niemiecką infrastrukturę. Pokazują zarazem, że publiczne wskazywanie i piętnowanie sprawcy może nie wystarczyć do zasadniczej zmiany sytuacji.
Możliwości bardziej stanowczej reakcji Niemiec na działania Rosji pozostają w najbliższym czasie ograniczone. Bundestag pracuje wprawdzie nad od dawna potrzebną reformą przepisów regulujących działalność niemieckiego wywiadu zagranicznego, która prawdopodobnie wejdzie w życie w styczniu 2027 roku. To krok zasługujący na uznanie. Jednak po dekadach stosunkowo defensywnego podejścia odbudowa zdolności niemieckiego wywiadu do równorzędnej konfrontacji z rosyjskimi służbami zajmie zapewne miesiące, jeśli nie lata. Dotyczy to nawet działań na własnym terytorium.
Nawet sprawniejsze służby bezpieczeństwa raczej nie skłonią Putina do rezygnacji z takich prowokacji. Wielokrotnie przedstawiał on zachodnią pomoc wojskową i finansową dla Ukrainy, w tym pomoc niemiecką, jako element szerszej kampanii Zachodu, której celem jest osłabienie, a ostatecznie zniszczenie Rosji. Według Putina ukraińskie uderzenia na terytorium Rosji to „hybrydowa wojna Zachodu przeciwko Rosji”. Wobec tych ataków nasila on uderzenia na ukraińskie miasta i operacje w szarej strefie w Europie. Z punktu widzenia Kremla, skoro Zachód już prowadzi wojnę z Rosją za pośrednictwem Ukrainy, rozszerzenie działań sabotażowych na Europę jest logiczne i konieczne.
Wojna bez nazwy
W tych warunkach Niemcy są już w konflikcie z Rosją, choć ich politycy wciąż powtarzają, że to „ani wojna, ani pokój”. Konfrontacja w coraz większym stopniu toczy się w szarej strefie, poniżej progu ataku konwencjonalnego. Jej polityczna stawka rośnie jednak szybciej, niż niemieccy decydenci są gotowi przyznać. Ataki nie ustaną w najbliższym czasie, ponieważ Putin doskonale wie, że pojedynczy dron wypełniony materiałami wybuchowymi nie skłoni Berlina do zabiegania o uruchomienie art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego ani unijnej klauzuli wzajemnej obrony zapisanej w art. 42 Traktatu o Unii Europejskiej.
W dającej się przewidzieć przyszłości ta rozgrywka nadal będzie miała charakter hybrydowy. Dotychczas taka forma konfrontacji sprzyjała Putinowi. Rosja będzie więc nadal wykorzystywać niepewność wywoływaną przez ataki. W demokracji niepewność zwykle sprzyja bowiem politykom obiecującym proste i szybkie rozwiązania, takie jak uszczelnienie granic czy wycofanie się z zaangażowania w obronę Ukrainy. W Niemczech jednym z głównych beneficjentów tych nastrojów stała się przyjazna Rosji AfD. Dla Kremla to dodatkowa korzyść.
Publiczne przypisanie Rosji odpowiedzialności za próbę ataku na lotnisku Lipsk/Halle oznacza rzeczywistą zmianę tonu Berlina. Tym razem sprawa nie pozostała wyłącznie w gestii służb wywiadowczych. Trudniej ocenić, czy za tą decyzją kryje się trwała zmiana niemieckiego podejścia do reagowania na działania wojenne w szarej strefie. Kolejny incydent, do którego zapewne niedługo dojdzie, pokaże, czy Berlin będzie konsekwentnie wskazywał Rosję jako sprawcę ataków, czy też obecna reakcja okaże się wyjątkiem, po którym wróci dawna ostrożność.
Trwa ładowanie...