Więcej broni nie wystarczy | Europa ma zasoby, by odstraszyć Rosję, lecz potrzebuje politycznej jedności, sprawnej logistyki i wspólnego planu obrony | Max Mutschler
Rosja nie zajmie państw bałtyckich w kilka dni, jeśli Europa przygotuje obronę, logistykę i wspólną odpowiedź polityczną. Max Mutschler z Bonn International Centre for Conflict Studies mówi o granicach ataków z powietrza, ryzyku eskalacji, kontroli zbrojeń i odpowiedzialności za użycie sztucznej inteligencji. Wyjaśnia też, dlaczego same zakupy broni nie zastąpią strategii.
W niemieckich mediach powraca scenariusz, w którym Rosja zajmuje państwa bałtyckie w kilka dni. Jak powinna wyglądać obrona przed takim atakiem?
Nie uważam tego scenariusza za realistyczny w takiej prostej postaci. Do szybkiego natarcia Rosja potrzebowałaby jednocześnie masy i zaskoczenia. Te warunki trudno połączyć. Im więcej wojsk gromadzi się do ataku, tym łatwiej zauważyć przygotowania. Po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę europejskie państwa NATO obserwowałyby je znacznie uważniej. Rosji byłoby dziś trudniej podjąć taką próbę niż przed 2022 rokiem.
Wojna w Ukrainie pokazuje też, że dobrze przygotowanego obrońcę trudno szybko przełamać. Opanowanie większego terytorium wymaga czasu i bardzo dużych sił. Do państw bałtyckich prowadzi ponadto niewiele dróg i linii kolejowych, którymi Rosja mogłaby przemieszczać wojska. W czasie wojny takie punkty można stosunkowo szybko zniszczyć. Dlatego scenariusza marszu na Wilno w trzy dni nie traktowałbym jak opisu rzeczywistego przebiegu wojny.
Opowiadam się za odstraszaniem przez uniemożliwienie przeciwnikowi osiągnięcia celu, czyli deterrence by denial. Jeżeli Rosja chciałaby zająć terytorium, trzeba od początku to uniemożliwiać albo przynajmniej maksymalnie spowalniać działania i podnosić ich koszt. W praktyce oznacza to przygotowaną obronę, bunkry, zapory przeciwpancerne i obecność wojsk lądowych. Bałtycka linia obrony wpisuje się w tę logikę. Tak samo rozmieszczenie niemieckiej brygady pancernej na Litwie. Same umocnienia nie zatrzymają natarcia, dlatego potrzebne są również wojska.
Liczy się też możliwość szybkiego przerzutu żołnierzy, amunicji i innych potrzebnych zasobów. Każda strategia odstraszania zawiera przy tym pewien element groźby odwetu. Główny ciężar powinien jednak spoczywać na skutecznej obronie. Odstraszanie przez karę szybko zbliża NATO i Rosję do progu nuklearnego. Model oparty na uniemożliwieniu ataku jest skuteczniejszy i niesie mniejsze ryzyko eskalacji.
Co ta strategia oznacza dla zakupów wojskowych i wniosków z wojny w Ukrainie?
Najpierw sięgnąłbym po to, co jest łatwo dostępne i najbardziej potrzebne. Potrzebujemy wystarczających zapasów amunicji, odpowiedniej liczby żołnierzy, części zamiennych, sprawnej logistyki i możliwości przerzutu sił. Dodałbym do tego uzbrojone drony. Samoloty bojowe i czołgi także są niezbędne, ale nie zawsze są tym, czego najbardziej potrzeba do obrony wschodniej flanki. Wiele podstawowych braków można usunąć stosunkowo łatwo.
Każda wojna ma własne cechy, więc nie można po prostu przygotowywać się do powtórzenia poprzedniej. Pewne lekcje są jednak wyraźne. Na poziomie taktycznym uczymy się znaczenia dronów. Zwiększamy produkcję, rozwijamy badania i środki przeciwdronowe. Ten proces trwa.
Na początku inwazji Rosja miała pewien element zaskoczenia. Jeśli obrońca jest przygotowany, dysponuje rozpoznaniem i widzi ruchy wojsk, przewaga przechodzi na jego stronę. Atakujący potrzebuje wtedy wielkiej masy, aby przełamać obronę. To właśnie daje szansę strategii opartej na uniemożliwieniu zajęcia terytorium.
Gorzej wygląda poziom strategiczny. Dobrze przygotowany obrońca ma przewagę, lecz w niemieckiej debacie wciąż za dużo mówi się o tym, który system kupić i ile samolotów, okrętów, czołgów albo dronów zgromadzić. Ważniejsze jest to, czy mamy spójną strategię, szybkie rozpoznanie sytuacji, gotowe dowództwo i polityczną koordynację. Strategia jest ważniejsza od samych systemów uzbrojenia.
Wojna nie kończy się na linii frontu. Co uderzenia dalekiego zasięgu pozwalają osiągnąć i jakie tworzą ryzyko?
Obie strony mogą przeprowadzać precyzyjne uderzenia w głębi terytorium przeciwnika, także w infrastrukturę krytyczną. W tym obszarze bardzo trudno przewidzieć czerwone linie. Rosja nie znałaby reakcji NATO na określony atak, a NATO nie mogłoby pewnie przewidzieć rosyjskiej reakcji na uderzenia w cele położone głęboko w Rosji.
Szczególnie niebezpieczne są ataki na systemy rozpoznania, dowodzenia i wczesnego ostrzegania związane z bronią nuklearną. Wczesne ostrzeganie przed atakiem, także nuklearnym, opiera się w dużej mierze na rozpoznaniu satelitarnym. Dotyczy to zarówno Stanów Zjednoczonych i NATO, jak i Rosji. Zniszczenie satelity mogłoby zostać odczytane jako przygotowanie do pierwszego uderzenia, choć sprawca chciałby tylko zademonstrować siłę albo ograniczyć rozpoznanie przeciwnika. Tak może rozpocząć się eskalacja, której nikt nie planował. Powinniśmy więc wykorzystywać również kontrolę zbrojeń, aby trzymać się z dala od takiego ryzyka.
Wojna Stanów Zjednoczonych z Iranem przypomina zarazem o ograniczeniach ataków z powietrza. Na poziomie technicznym pocisk ma przewagę nad obroną przeciwrakietową. Znacznie trudniej trafić pocisk w locie niż nieruchomy cel na ziemi, więc skuteczna obrona wymaga większych nakładów. Tak było już podczas zimnej wojny. Iran ma ograniczone możliwości, ale koncentrując ataki na słabiej chronionych punktach, w tym w państwach Zatoki, które początkowo dysponowały słabszą obroną niż Izrael, może wyrządzić poważne szkody.
W szerszym obrazie strategicznym przewagę ma jednak obrońca. Z powietrza można zniszczyć wybrane obiekty i zabić przywódców. Znacznie trudniej doprowadzić w ten sposób do zmiany reżimu, kontrolować to, co wydarzy się później i osiągnąć trwały cel polityczny. W wojnie asymetrycznej silniejsza strona musi wygrać, a słabszej często wystarczy nie przegrać. Stany Zjednoczone błędnie założyły, że bombardowania i uderzenie w najwyższe szczeble irańskich władz przyniosą szybkie zwycięstwo. Wysłanie wojsk lądowych groziłoby uwikłaniem podobnym do Wietnamu. Z dystansu można niszczyć i zabijać, ale nie można w ten sposób wygrać pełnoskalowej wojny.
Czy Europa potrafiłaby obronić się bez Stanów Zjednoczonych?
Dziś prawdopodobnie nie, przynajmniej nie skutecznie. W ciągu kilku lat mogłaby, jeśli podjęłaby właściwe kroki. Najważniejszym z nich jest jedność polityczna.
Można wyobrazić sobie ograniczony rosyjski atak na jedno z państw bałtyckich. Po zajęciu części Estonii Moskwa mogłaby ogłosić, że jest to już terytorium rosyjskie, a kontratak będzie oznaczał atak na Rosję, i zagrozić eskalacją nuklearną. Wtedy pojawiłoby się pytanie, czy Europejczycy są gotowi bronić części małego państwa bałtyckiego. Taki scenariusz mógłby podzielić Europę i podważyć wiarygodność NATO. Mówi o nim wielu analityków bezpieczeństwa. Carlo Masala z Monachium szczególnie mocno wprowadził go do debaty, ale nie jest jedynym, który to zrobił.
W obronę musiałyby się zaangażować nie tylko Polska i Niemcy, lecz także Francja, Wielka Brytania, Włochy i Hiszpania. Europejskie państwa NATO mają dość zasobów finansowych, wojskowych i ludzkich, by skutecznie odstraszyć Rosję, jeśli połączą je i wykorzystają z wyprzedzeniem. Nie potrzebujemy do tego europejskiej armii. Taki projekt byłby dziś nierealny.
Potrzebujemy jednak solidarności, planów i systemu pozwalającego przemieścić siły tam, gdzie będą potrzebne. Czołgi w Hiszpanii lub we Włoszech nie pomogą państwom bałtyckim, jeśli nie da się ich szybko dostarczyć na miejsce. Musimy też przezwyciężyć narodowy egoizm, przez który każde państwo nadal prowadzi własną politykę.
Czy europejska autonomia wymaga wspólnych systemów kosmicznych i podziału kompetencji w przemyśle obronnym?
Systemy kosmiczne są bardzo ważne dla rozpoznania, więc inwestowanie w nie ma sens. Europa jest w tej dziedzinie zbyt zależna od Stanów Zjednoczonych. Przy mniejszej gotowości administracji Trumpa do wspierania sojuszników, ale także z powodów wykraczających poza tę administrację, większa autonomia jest potrzebna.
Krytycznie oceniam prowadzenie takich programów osobno przez Niemcy, Francję czy Polskę. Powinniśmy robić to wspólnie w Europie. Satelity są kosztowne i podatne zarówno na fizyczny atak, jak i zakłócanie. Nie należy opierać rozpoznania wyłącznie na nich. Potrzebujemy kilku rodzajów systemów, również tańszych platform, takich jak drony latające na dużych wysokościach. Zakłócanie satelitów nie wymaga ich fizycznego zniszczenia, a możliwości walki elektronicznej są szerokie. Budowa wielu różnych zdolności rozpoznawczych jest kosztowna, co dodatkowo przemawia za koordynacją na poziomie europejskim.
Problem polega na tym, że każdy rząd chce chronić własny przemysł obronny. Wszyscy popierają współpracę, dopóki krajowa firma nie ma przegrać z lepszym konkurentem z innego kraju. Wtedy pojawiają się lobbyści i nacisk, żeby zachować narodowe zdolności. To jedna z przyczyn problemów programu FCAS, choć nie jedyna.
Europa powinna dzielić kompetencje i zaakceptować wzajemną zależność. Dziś można przegrać w jednej dziedzinie, a jutro wygrać w innej. Niektóre firmy mogą zniknąć, jeśli są zbyt słabe. Francja albo Polska będzie wtedy zależna od niemieckich zdolności w jednym obszarze, a Niemcy od ich zdolności w innym. W ten sposób Europa jako całość zachowuje niezależność. Autonomia państwa średniej wielkości jest iluzją. Próba odtworzenia jej na poziomie narodowym byłaby skrajnie kosztowna i nieefektywna.
Narodowy egoizm nie dotyczy jednego kraju. Widzę go we Francji i w Niemczech, a choć nie jestem ekspertem od Polski, zdziwiłbym się, gdyby nie występował także tam. Europejczycy są bardziej przyzwyczajeni do współpracy niż wiele innych państw, lecz w obronności wciąż pozostaje dużo do zrobienia. Rządy skrajnej prawicy dodatkowo wzmacniają ten problem.
Jak zwycięstwo skrajnej prawicy we Francji lub Niemczech wpłynęłoby na bezpieczeństwo Europy?
Nie potrafię dokładnie przewidzieć polityki takiego rządu we Francji. Pogłębiłby jednak problemy, które już istnieją. Europa nadal nie ma jasnej strategii wykorzystania francuskich zdolności nuklearnych we wspólnym odstraszaniu. Sam nie jestem zwolennikiem opierania bezpieczeństwa na odstraszaniu nuklearnym. Więcej uwagi poświęciłbym integracji sił konwencjonalnych i obronie uniemożliwiającej zajęcie terytorium. Rząd skrajnej prawicy wzmocniłby narodowy egoizm i utrudnił współpracę.
Udział AfD w rządzie jednego lub dwóch wschodnich landów nie powinien sam w sobie wywołać dużej zmiany w niemieckim wsparciu dla Ukrainy. Władza na poziomie federalnym byłaby inną sytuacją. Znaczące frakcje w tej partii są przychylne Rosji i sceptyczne wobec pomocy dla Ukrainy. Niemcy mogłyby wtedy ograniczyć wsparcie i prowadzić politykę bliższą rosyjskim interesom. Nie przewiduję takiego scenariusza w najbliższej przyszłości, ale trzeba rozumieć jego konsekwencje.
Bardzo wysokie wydatki wojskowe mogą ułatwić prawicowym populistom zdobywanie poparcia. W Niemczech ludzie słyszą, że państwa nie stać na obecny system zabezpieczenia społecznego, emerytury, ochronę klimatu, szkoły czy wsparcie dla dzieci. Jednocześnie widzą miliardy przeznaczane na wojsko. Dla AfD jest to prezent, bo może powiedzieć, że rząd ma niewłaściwe priorytety.
Wyobraźmy sobie Europę, która doskonale odstrasza Rosję przed atakiem na NATO, ale w wielu państwach wybiera rządy przychylne Moskwie i rezygnuje ze wsparcia dla Ukrainy. Rosja osiągnęłaby wtedy swoje cele bez ataku na NATO. Dlatego potrzebujemy bardziej efektywnej polityki zbrojeniowej i rozsądnego poziomu wzajemnego odstraszania. Kontrola zbrojeń służy naszym własnym interesom bezpieczeństwa. Pozwala utrzymać wydatki na rozsądnym poziomie i ograniczyć wyścig zbrojeń, który mógłby stać się zbyt niebezpieczny. Zwolenników kontroli zbrojeń przedstawia się czasem jako ludzi przychylnych Rosji. Odrzucam takie podejście. Nadal musimy inwestować w wojsko, ale na poziomie, który nie pochłania innych budżetów i nie prowadzi do niekontrolowanej eskalacji.
W sprawach migracji partie centrum próbowały już osłabić AfD, przesuwając się w jej kierunku. Jak dotąd to nie zadziałało. W polityce bezpieczeństwa nie widzę jeszcze podobnego ruchu w stronę bardziej ugodowej polityki wobec Rosji.
AfD nadal nie ma, w mojej ocenie, rozwiniętej strategii polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Partia się jednak profesjonalizuje. Przypuszczam, że będzie nad taką strategią pracować, zwłaszcza jeśli poważnie myśli o przejęciu władzy.
Czy przemysł obronny może uratować niemiecką gospodarkę i sektor samochodowy?
Tylko częściowo. Przemysł samochodowy, nawet osłabiony, nadal jest znacznie większy od sektora obronnego. Nie widzę możliwości, by produkcja uzbrojenia zrekompensowała każde miejsce pracy utracone w motoryzacji. Istnieje jednak pewien potencjał, a część firm już przygotowuje takie plany. Dotyczy to również sztucznej inteligencji, robotyki i optyki.
Nie powinniśmy uzależniać polityki gospodarczej od stale wysokich wydatków wojskowych. Ich obecny poziom i dalszy wzrost mogą się okazać niemożliwe do utrzymania politycznie i ekonomicznie. Jeśli środowisko bezpieczeństwa się poprawi, popyt na uzbrojenie spadnie. Może też zostać ograniczony przez kryzys gospodarczy albo zmianę polityczną. Nawet jeśli poprawa sytuacji bezpieczeństwa nie nastąpi, sprzeciw wyborców wobec rządu lub dalsze osłabienie gospodarki mogą sprawić, że tak wysokie budżety przestaną być możliwe.
Obecnie w Niemczech cięcia obejmują inne dziedziny, podczas gdy budżet obronny rośnie. Obawiam się, że obecny rząd najpierw ograniczałby niemal wszystkie inne wydatki, zanim zacząłby ciąć obronę. Jeśli jednak zapowiadany wzrost gospodarczy nie nadejdzie, może pojawić się moment, w którym państwo uzna, że nie stać go na taki poziom wydatków.
Przemysł obronny jest ważny dla niektórych regionów Niemiec, na przykład tam, gdzie działa przemysł stoczniowy na wybrzeżu, a także w części regionów na południu. Nie ma jednak dziś kluczowego znaczenia dla całej gospodarki. Nadmierna zależność od niego mogłaby w przyszłości doprowadzić do poważnego spadku aktywności gospodarczej. Bezpieczniejsza jest współpraca europejska, wspólne wykorzystanie kompetencji i podział produkcji.
Czy rozwój dronów dalekiego zasięgu zwiększa bezpieczeństwo i jakiej kontroli zbrojeń Europa będzie potrzebowała po wojnie?
To zależy od rodzaju systemu i sytuacji. Drony rozpoznawcze oraz uzbrojone systemy krótkiego i średniego zasięgu dobrze pasują do strategii skutecznej obrony. Ich produkcja i zakup mają sens, choć smutne jest to, że musimy iść w tym kierunku.
Drony dalekiego zasięgu i pociski są inną kategorią, bo mogą atakować infrastrukturę wojskową lub cywilną głęboko na terytorium przeciwnika. Takie systemy mogą szybko podnieść poziom eskalacji. Ukraina prowadzi już pełnoskalową wojnę, więc ma powody, żeby je rozwijać i wykorzystywać przeciwko Rosji. W czasie pokoju należałoby próbować ograniczać te zdolności za pomocą porozumień obejmujących obie strony. Jeśli to się nie uda, pojawi się presja na rozwój własnych systemów dla zachowania równowagi. Porozumienie musi ograniczać obie strony. Jednostronne wyrzeczenie się tych zdolności jest ryzykowne.
Dopóki wojna w Ukrainie trwa, zaufanie polityczne jest zbyt niskie, by oczekiwać poważnych porozumień między europejskimi państwami NATO a Rosją. Po zawieszeniu broni częścią lokalnych ustaleń mogłyby być strefy wokół linii rozgraniczenia, w których nie rozmieszcza się ciężkiego uzbrojenia.
Na szerszym poziomie należałoby ograniczyć systemy dalekiego i pośredniego zasięgu, zwłaszcza zdolne przenosić głowice nuklearne. Warto próbować wrócić do logiki traktatu INF i nie rozmieszczać takich systemów w Europie. Rosja musiałaby współpracować, ale może mieć w tym własny interes, jeśli Europa zacznie skuteczniej łączyć zasoby.
Udane porozumienie zmniejszyłoby bezpośrednie zagrożenie rosyjskimi pociskami i zależność Europy od systemów amerykańskich. Gdyby odstraszanie zawiodło, mniejsza liczba takich systemów oraz ich mniejsze możliwości ograniczyłyby skalę zniszczeń, przynajmniej na początku wojny.
Czy tanie drony można jeszcze objąć kontrolą zbrojeń?
Na poziomie państw jest już za późno. Technologia się rozpowszechniła, jest stosunkowo prosta i korzystają z niej również niepaństwowe grupy zbrojne, między innymi Państwo Islamskie i inne podmioty niepaństwowe działające w Afryce. Musimy rozwijać obronę przeciwdronową, ale na poziomie taktycznym atakujący ma przewagę. Obrona jest znacznie droższa. Wobec grup niepaństwowych pozostają kontrola rynku, kontrola eksportu i inne narzędzia nieproliferacji, które mogą przynajmniej podnieść koszt zdobycia technologii. Ostatecznie najskuteczniejsze pozostaje polityczne ograniczanie konfliktów i powodów, dla których państwa lub grupy zbrojne rozpoczynają wojnę.
Jak pogodzić rozwój przemysłu obronnego z ochroną praw człowieka i odpowiedzialną polityką eksportową?
Bardzo krytycznie oceniam niemiecką politykę eksportu uzbrojenia, podobnie jak w pewnym stopniu politykę europejską. Wspólne stanowisko Unii Europejskiej i niemieckie regulacje pozostawiają margines interpretacji, ale w przypadku Izraela widzę wyraźną podstawę, żeby nie eksportować systemów, które mogą zostać użyte w Strefie Gazy. Naruszenia praw człowieka podczas tej wojny są przerażające. Z mojej perspektywy niemiecki rząd nie stosuje własnych reguł tak, jak powinien.
Badaliśmy także działania Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Jemenie. Widzieliśmy ataki precyzyjną bronią na cele cywilne, w tym studnie i łodzie rybackie. Trudno uznać je za przypadkowe szkody uboczne. Chodziło o wywołanie kryzysu humanitarnego, głodu i zmuszenie ludzi do opuszczenia określonych regionów. Dostarczaliśmy broń używaną w tej wojnie. Jeśli polityk albo menedżer firmy zbrojeniowej zna te fakty, uczestniczy w decyzjach eksportowych i jednocześnie mówi o znaczeniu praw człowieka, brzmi to dla mnie cynicznie.
Trzeba jednak rozróżniać mechanizmy prowadzące do śmierci cywilów. Rosyjskie ataki na cywilów i infrastrukturę cywilną w Ukrainie są prowadzone na dużą skalę i celowo. Atak na irańską szkołę dla dziewcząt, zgodnie z moim rozumieniem tego zdarzenia, był raczej skutkiem złego rozpoznania, być może także błędu technicznego. Nadal był zbrodnią wojenną i tragedią dla ofiar, ale miał inną skalę i inny charakter.
W Jemenie działania Arabii Saudyjskiej i Emiratów miały charakter strategicznego, celowego krzywdzenia ludności cywilnej. W przypadku Izraela rezultat jest podobny: śmierć wielu cywilów i katastrofa humanitarna. Mechanizm strategiczny widzę jednak nieco inaczej. Celem jest zabicie bojowników Hamasu przy akceptacji bardzo wysokiej liczby ofiar cywilnych. Akceptuje się nawet śmierć stu lub dwustu cywilów, aby zabić dwóch lub trzech bojowników albo dowódców Hamasu. To również jest zbrodnia wojenna i wymaga potępienia, choć stoi za nią inny mechanizm strategiczny niż w Jemenie.
Czy człowiek może zachować rzeczywistą kontrolę nad użyciem AI podczas wojny?
Na całkowity zakaz tak zwanych robotów zabójców jest prawdopodobnie za późno, bo takie systemy już istnieją. Jeszcze większe obawy budzi używanie sztucznej inteligencji w procesie decyzyjnym i przy wyborze celów. Potrzebujemy regulacji, które przełożą zasady międzynarodowego prawa humanitarnego na wykorzystanie AI. Nie mam gotowej odpowiedzi, jak dokładnie powinny wyglądać.
Decyzję o użyciu śmiercionośnej siły powinien podejmować człowiek działający w jasnym łańcuchu dowodzenia i odpowiedzialności. Powinno być możliwe ustalenie, czy odpowiada dowódca na miejscu, jego przełożeni, czy kierownictwo polityczne, które wydało określone polecenia. Samo pozostawienie człowiekowi ostatniego kliknięcia nie rozwiązuje jednak problemu.
Jeżeli sztuczna inteligencja wybrała już cel, przygotowała ocenę i pokazała zielone światło, operator działa pod presją czasu. Otrzymuje kolejne cele, dron jest w locie, a ilość informacji przekracza jego możliwości sprawdzenia. Formalnie może odmówić, ale potem będzie musiał wyjaśnić, dlaczego nie zaatakował wskazanego bojownika. W takiej sytuacji trudno mówić o w pełni ludzkiej decyzji.
Według doniesień izraelskie oprogramowanie dopuszczało bardzo wysokie ryzyko ofiar cywilnych. Operator mógł otrzymać zgodę na atak mimo niepewności, czy w budynku znajduje się dziesięć, czy sto pięćdziesiąt osób, jeśli system rozpoznał tam jednego bojownika Hamasu. Mówienie, że człowiek pozostaje w procesie, może wtedy służyć jedynie za zasłonę. Odpowiedzialność nie spoczywa wyłącznie na żołnierzu lub oficerze w centrum operacyjnym. Obejmuje wyższe szczeble dowództwa i polityków, którzy zdecydowali o zakupie, konfiguracji i użyciu takiego systemu. Sam wybór tego oprogramowania oraz wprowadzenie go do działań wojennych były przecież decyzjami podjętymi przez ludzi.
Czy przywiązanie do zasad humanitarnych osłabia Europę wobec Rosji?
Nie jestem tego pewien. Nie wiemy, jak sami zachowalibyśmy się podczas pełnej eskalacji. Prawdopodobnie część względów humanitarnych także zostałaby odrzucona. Widać jednak, że Ukraina walczy inaczej niż Rosja. Nawet gdy atakuje cele w głębi terytorium przeciwnika, większość tych uderzeń nadal ma cele wojskowe i strategiczne. Różnica jest również związana z dostępnością technologii i systemów uzbrojenia.
Rosja nie dba ani o życie przeciwnika, ani o życie własnych żołnierzy. Wysyłała ich do walki źle przygotowanych, ze starym sprzętem i bez wystarczającego rozpoznania. Ukraina postępuje inaczej. Zmieniano tam dowódców, gdy uznano, że nie chronili żołnierzy dostatecznie. Mimo ilościowej przewagi Rosji Ukraina nie walczy przez to gorzej.
W średnim i długim okresie troska o ludzkie życie może być źródłem siły. Dlatego powinniśmy utrzymywać wysokie standardy przy użyciu AI i eksporcie uzbrojenia. Współpraca z Izraelem przynosi korzyści dla bezpieczeństwa, ale ma też cenę. Moim zdaniem nie powinniśmy jej płacić w ten sposób.
Max Mutschler jest badaczem Bonn International Centre for Conflict Studies (BICC). Zajmuje się kontrolą zbrojeń, eksportem uzbrojenia i polityką bezpieczeństwa.
Trwa ładowanie...