Widmo nowej Jałty - Marek Stefan

Obrazek posta

Możliwe listopadowe spotkanie przywódców Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji, przywołało widmo “nowej Jałty”. Porównania do niegdysiejszych spotkań liderów mocarstw alianckich, w wyniku których świat został podzielony na strefy wpływów po zakończeniu II wojny światowej, stały się elementem powszechnej narracji zachodnich mediów. Warto jednak zastanowić się nad tym, czym realnie mogłoby skutkować takie spotkanie i czy porównywanie go do krymskiej konferencji z lutego 1945 roku jest uzasadnione.

 

Motywacje i oczekiwania

 

“Teraz mogę z całą pewnością stwierdzić, że Moskwa, Pekin i Waszyngton są zasadniczo gotowe do jego zorganizowania [trójstronnego spotkania – red.], a przygotowania do niego już się rozpoczęły” -  stwierdził Jurij Uszakow doradca Władimira Putina do spraw polityki zagranicznej. To właśnie Moskwa jest najbardziej zainteresowana doprowadzeniem do rozmów między przywódcami trzech mocarstw. Dlaczego? Po pierwsze, podkreślałoby to międzynarodową pozycję Rosji i samego Putina. Rozmawiając jak równy z liderami dwóch superpotęg militarnych i gospodarczych, gospodarz Kremla mógłby przedstawiać się opinii publicznej w kraju, ale też na arenie międzynarodowej, jako element nowego globalnego “koncertu mocarstw”, który miałby decydować o kolejnym światowym porządku. Po drugie, każde spotkanie z prezydentem Stanów Zjednoczonych, a już szczególnie z udziałem przywódcy Chin, pogłębia i tak już poważną nieufność między Ameryką i jej transatlantyckimi sojusznikami. Wbijanie klina między partnerami w NATO również wpisuje się w długoletnią strategię Rosji wobec Zachodu. Oczywiście nie każde spotkanie liderów tych trzech mocarstw musiałoby wiązać się z takimi konsekwencjami. Wszak w przeszłości, szczególnie pod koniec zimnej wojny, bezpośrednia dyplomacja między Stanami Zjednoczonymi i ZSRS utorowała drogę do zakończenia trwającej kilka dekad niebezpiecznej dwubiegunowej rywalizacji.

 

Kontekst ma jednak znaczenie. Stosunki transatlantyckie znajdują się w najgorszym kryzysie od lat, za sprawą napięć handlowych, gróźb Trumpa pod adresem sojuszników w NATO i rozbieżności w kwestii podejścia do wojny rosyjsko-ukraińskiej, a także różnic na tle ideologicznym. Wszystko to sprawia, że obecne okoliczności każdego ewentualnego szczytu przywódców USA, Rosji i Chin mogą przywoływać skojarzenia z tymi momentami z ubiegłego wieku, kiedy liderzy wielkich mocarstw decydowali o losach świata, depcząc interesy mniejszych graczy. 

 

Co z kolei może motywować Donalda Trumpa do bezpośrednich rozmów z liderami Rosji i Chin? Prezydent Stanów Zjednoczonych, nie ukrywa osobistych powodów zaangażowania w zakończenie wojny rosyjsko-ukraińskiej i związanych z tym oczekiwań na upragnioną pokojową nagrodę Nobla. Włączenie Chin do rozmów z Rosją mogłoby być traktowane przez Biały Dom, jako forma nacisku na Moskwę, której wysiłek wojenny w znaczącym stopniu opiera się na wsparciu ze strony chińskiej bazy przemysłowej. Po trzecie, Waszyngton nie ukrywa chęci podjęcia rozmów zarówno z Rosją jak i z Chinami na temat kontroli zbrojeń strategicznych.

 

Pekin do tej pory nie był zainteresowany dyskusją na ten temat twierdząc, że jego arsenał nuklearny jest znakomicie mniejszy niż te w posiadaniu Rosji i Stanów Zjednoczonych. Jeśli Chiny utrzymają tempo jego rozbudowy, to osiągnie porównywalny poziom za około dekadę. Tym niemniej Trump wydaje się być dość konsekwentny w podnoszeniu spraw równowagi nuklearnej, jako jednej z podstawowych kwestii w relacjach między trzema potęgami.

 

Choć Chiny wydają się na tle Rosji i Ameryki, najmniej zmotywowane do uczestnictwa w trójstronnym szczycie, to można jednak wyróżnić przynajmniej dwa powody, które sprawiają, że zaangażowanie Xi-Jinpinga w takie wydarzenie będzie służyło strategicznym interesom jego kraju.

 

Po pierwsze, ChRL lubi przedstawiać się jako mediator w poważnych konfliktach międzynarodowych. Kilka lat temu Pekin z powodzeniem zaangażował się w czasowe odprężenie dyplomatyczne na linii Arabia Saudyjska - Iran i kilkakrotnie wychodził z propozycjami zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej. Pozycjonowanie się w roli rozjemcy i “brookera pokoju”, ma budować wiarygodność dyplomatyczną i wizerunek Chin w oczach Globalnego Południa, o którego serca, umysły i portfele toczy się jedna z najważniejszych rozgrywek w obecnym geopolitycznym rozdaniu. Spotkanie liderów trzech mocarstw na marginesie szczytu APEC (Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku), które w tym roku odbędzie się w Chinach, tylko umocniłoby przekaz ChRL o zajęciu pozycji “odpowiedzialnego mediatora”.

 

Świat “jałtański”, a obecna rzeczywistość geopolityczna

 

Jednakże poza PR i przebijaniem się do świata z własną narracją, trudno oczekiwać, żeby możliwe spotkanie Trumpa, Putina i Xi-Jinpinga w Chinach przyniosło jakieś przełomowe rozstrzygnięcia w kwestii wojny rosyjsko-ukraińskiej, kontroli zbrojeń, czy globalnego zarządzania AI. Może być ono jednak początkiem serii kolejnych szczytów w tym gronie, co jest o tyle prawdopodobne, że wszystkim trzem liderom bliska jest koncepcja świata, w którym o najważniejszych sprawach globu decyduje wąska grupa najpotężniejszych mocarstw. Tu jednak należy postawić zasadnicze pytanie, czy podobnie jak w 1945 roku wielkie mocarstwa mogą skutecznie podzielić świat na strefy wpływów i wytyczyć kierunek dalszych relacji?

 

Zasadnicza różnica między obecną rzeczywistością międzynarodową, a sytuacją globalną pod koniec II wojny światowej jest, taka, że wówczas przewaga gospodarcza i militarna Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego nad innymi państwami w systemie międzynarodowym, była tak znacząca, że pozwoliło to bez większych przeszkód Rooseveltowi i Stalinowi narzucić światu własne rozstrzygnięcia geopolityczne. Podstawą amerykańskiej dominacji była przyćmiewająca wszystko przewaga gospodarcza. Dość powiedzieć, że w 1945 roku Ameryka odpowiadała za połowę światowej produkcji przemysłowej, która utrzymywała nie tylko wysiłek wojenny USAi na dwóch teatrach strategicznych w Eurazji, ale ponadto stanowiła “linię życia” także dla gospodarek państw alianckich, w tym przede wszystkim ZSRR i Wielkiej Brytanii. Natomiast niewątpliwą przewagą ZSRR w tamtym czasie było posiadanie największej armii świata, liczącej prawie 12 mln żołnierzy. Siła ta metodą “faktów dokonanych” wyznaczyła sowiecką strefę wpływów w Europie.

 

W tym sensie decyzje, które zapadły podczas konferencji w Jałcie, były przede wszystkim usankcjonowaniem ówczesnego układu sił. Zarówno Stany Zjednoczone jak i ZSRR posiadały zdolność do wytyczenia i wyegzekwowania siłą uzgodnionych w Teheranie i Jałcie stref wpływów. Ten ostatni aspekt stanowi zasadniczą różnicę między między tamtą i obecną rzeczywistością międzynarodową.

 

Obecnie Rosja, Stany Zjednoczone i Chiny borykają się z poważnymi problemami, które mogą uniemożliwić działania na podobieństwo tych podejmowanych przez wielkie mocarstwa w ubiegłych stuleciach.

 

Zostawmy na boku Chiny, które przynajmniej w aspekcie rozstrzygnięć terytorialnych i statusu bezpieczeństwa poszczególnych części Europy nie będą miały prawdopodobnie decydującego głosu. Zacznijmy od problemów Ameryki. Administracja Trumpa uwikłała się w kolejną kosztowną i przedłużającą się wojnę na Bliskim Wschodzie, której końca nie widać, a już za kilka tygodni może rozpocząć ciągnącą się do końca kadencji batalię prawno-polityczną z Kongresem wokół kwestii uprawnień prezydenta, jeśli Demokratom uda się zdobyć w nim przewagę w parlamencie w wyniku wyborów “połówkowych”.

 

Również niezdolnosć do narzucenia swojej woli Teheranowi ujawniła słabości amerykańskiej potęgi, a obecnie sytuacja w tym regionie może zmierzać ponownie w kierunku eskalacji. W rejon Zatoki Perskiej zmierza kolejna grupa bojowa lotniskowca (łącznie będzie ich w regionie 3) oraz dodatkowe siły Korpusu Piechoty Morskiej. Ponowne zaognienie konfliktu pozbawi Stany Zjednoczone nie tylko kolejnych coraz bardziej deficytowych zasobów, ale także odciągnie uwagę i zdolności wojskowe od innych teatrów strategicznych. Dotychczasowy przebieg konfliktu w Zatoce Perskiej nie buduje wizerunku potęgi potrafiącej skutecznie narzucić swoją wolę przeciwnikowi. Dokładnie tę samą słabość w przypadku Rosji obnaża jej wojna z Ukrainą.

 

Federacja Rosyjska, jako najsłabsza z trzech światowych potęg, uwikłała się w postimperialną wojnę, której nie potrafi rozstrzygnąć na swoją korzyść ponosząc straty największe od czasów II wojny światowej. Konflikt ten wpędził Moskwę w poważną zależność gospodarczą i technologiczną od Chin, pozbawiając ją istotnego pola manewru geoekonomicznego. Straty wojenne przyśpieszają natomiast nadejście negatywnych konsekwencji fatalnych trendów demograficznych, pozbawiając Rosję jej atutu, który uczynił z niej między XVIII a XX wiekiem wielkie mocarstwo. Brak sukcesów na polu militarnym w starciu z Ukrainą Moskwa próbuje sobie powetować w domenie dyplomatycznej. Ostatnie zbliżenie między administracją Trumpa i Kremlem potwierdza, że Rosja wciąż jest zainteresowana rozmową o przyszłej architekturze bezpieczeństwa w całej Europie.

 

Jak informuje „The Telegraph”: “Putin prawdopodobnie będzie żądał zmniejszenia obecności NATO w Europie do poziomu sprzed 1997 r., zanim kraje byłego bloku wschodniego zaczęły przyłączać się do Sojuszu”. Moskwa po ro kolejny potwierdza, że jej wojna z Ukrainą to tylko element szerszej rozgrywki o przywrócenie Rosji trwałego wpływu na system bezpieczeństwa całego kontynentu. Tego typu informacje przywołują “ducha Jałty”, tym bardziej, że jak stwierdził doradca Kremla Uszakow: “Europa powinna uczestniczyć w negocjacjach między przedstawicielami Rosji, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych, ponieważ kontynent ten będzie miał kluczowe znaczenie dla osiągnięcia porozumienia”. To ciekawa zmiana tonu Kremla wobec Europy, bowiem do tej pory Moskwa specjalnie ignorowała państwa europejskie w rozmowach wokół wojny z Ukrainą, koncentrując się wyłącznie na dyplomacji ze Stanami Zjednoczonymi.

 

Z czego zatem wynika zmiana w tej postawie? Można postawić hipotezę, że jest to komunikat skierowany przede wszystkim do możliwych nowych decydentów politycznych w państwach Europy Zachodniej, którzy w wyniku szeregu elekcji w przyszłym roku, już za kilka miesięcy mogą objąć stery rządów w swoich krajach. Państwa Europy Zachodniej, pogrążające się w problemach wewnętrznych związanych z rosnącymi kosztami utrzymania, stanem instytucji publicznych, wysokimi cenami energii i poważnym zadłużeniem, mogą być już wkrótce ponownie otwarte na poszukiwanie kompromisu z Rosją, tak jak po pierwszej fazie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w 2014 i 2015 roku, kiedy doszło do podpisania tak zwanych  porozumień mińskich.

 

Test naszej podmiotowości

 

W tym kontekście wróćmy do rozważań o zdolności Rosji do ustanowienia i wyegzekwowania własnej strefy wpływów. W przeciwieństwie do sytuacji z końca drugiej wojny światowej Moskwa obecnie takich zdolności nie posiada. Tym niemniej, potencjalną umową ze Stanami Zjednoczonymi, przy pewnym udziale Europy Zachodniej, może stworzyć pozory jej powstania. Nie można jednak zapominać, że potęga jest wartością względną i obecnie między Europą Zachodnią i Rosją rozciąga się pas formalnie niepodległych państw, które łączy podobne doświadczenie i podejście do polityki Moskwy. Rosja, zdając sobie z tego sprawę, może dążyć do przesilenia konfliktu z europejską częścią NATO, koncentrując się na kampanii działań hybrydowych wobec państw północnej i wschodniej flanki sojuszu, sygnalizując tym samym, że bez uwzględnienia jej interesów pozostanie trwałym czynnikiem destabilizującym bezpieczeństwo na kontynencie.

 

Ameryka Trumpa, zainteresowana wynegocjowanym jakiejś formy zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej i rozpoczęciem procesu normalizacji relacji z Rosją, może wkrótce znaleźć partnerów w szeregu państw europejskich, na czele z Francją, którzy w porównaniu do obecnych liberalnych elit mogą wykazywać się niezbędną “elastycznością” dyplomatyczną w kontaktach z Moskwą.

 

Zarówno Stany Zjednoczone jak i Rosja nie są już potęgami cieszącymi się taką dominacją w systemie międzynarodowym jak w połowie XX wieku. Wciąż jednak pozostają na tyle silne, żeby swoimi poczynaniami destabilizować całe regiony, z czego chętnie korzysta już nie tylko Moskwa, ale także Waszyngton. Zdolność do zakłócania regionalnych układów równowagi sił, nie jest jednak tożsama z możliwością tworzenia względnie trwałych stref wpływów na podobieństwo tych uzgodnionych w Teheranie i Jałcie, które przetrwały niemal kolejne pół wieku. Tworzy to zarówno wyzwania jak i szanse dla państw średnich o trudnym położeniu geopolitycznym, takim jak Polska.

 

Przyszły rok może przynieść prawdziwy test podmiotowości państw naszej części Europy. Ukraina, pozbawiona przewidywanego wsparcia w postaci transferów uzbrojenia i finansów z Europy Zachodniej, znajdzie się prawdopodobnie pod największą presją polityczną od momentu rozpoczęcia tej fazy wojny w lutym 2022 roku. Natomiast kraje “korytarza północno-wschodniego” mogą doświadczyć największego od zakończenia zimnej wojny presji geopolitycznej ze strony Rosji, a także Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej.

 

W tym miejscu warto postawić pytanie, czy w momencie możliwego krystalizowania się porozumienia bezpieczeństwa między Rosją, Stanami Zjednoczonymi i Europą Zachodnią, państwa naszego regionu będą w stanie wspólnie oprzeć się presji zewnętrznej i zademonstrować Waszyngtonowi i Moskwie, że ich wpływ na sytuację bezpieczeństwa “pomostu bałtycko-czarnomorskiego”, jest znacznie mniejszy niż w minionych dekadach? Czy może po raz kolejny ta część Starego Kontynentu potwierdzi swój przedmiotowy status w rozgrywkach sił zewnętrznych, które naszym kosztem będą próbowały kupić sobie spokój?

Zobacz również

Biały dom pod presją Kongresu - Rafał Michalski
Polska szuka swojej szansy w Indiach - Stanisław Kopyta
Generał i rozczarowani wyborcy - Kacper Moskalczyk

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...