Dlaczego „Yesteryear” uwiera czytelnika bardziej, niż chcemy się przyznać?

Obrazek posta

Ten wpis pojawił się na stronie www.intensywni.pl w lipcu 2026 i dla Waszej wygody pojawia się także w Patronite.

 

Zacznę od czegoś, co w odniesieniu do „Yesteryear” pewnie zostanie ze mną na zawsze. Jedna z instagramerek opisująca tę powieść napisała - The people criticizing “Yesteryear” are just clutching their pearls. (Ludzie krytykujący “Yesteryear” po prostu ściskają swoje perły.)

I nie chodzi tu dosłownie o panie w rozkloszowanych sukienkach, które z rozpaczą i determinacją ściskają sznur pereł na własnej szyi, wyrażając zgorszenie lub przestrach. Chociaż… prawie o to.

To wyrażenie o ściskaniu pereł to idiom i oznacza przesadne, teatralne wręcz oburzenie moralne, pruderyjność i staroświeckie zgorszenie. Ta instagramerka, i inne zresztą też, w ten sposób broniły całej powieści, wskazując, że jej negatywne recenzje nie wynikają ze słabości fabuły, sposobu budowania bohaterów czy dziur w opowieści. One podkreślały, że ta książka dotyka konserwatywnych wartości i kwestii religijnych i w niektórych odzywa się silna potrzeba ich obrony, fanatyczna wręcz. I nie próbują spojrzeć na ten tekst szerzej i głębiej. Coś ich uwiera, coś ich drażni, więc krytykują całość i rzucają się do walki o wartości. Tylko moim zdaniem tu nikt nie krytykuje tradycji czy religii jako takich. Krytykowane jest ich wypaczanie, ich niewłaściwe wykorzystywanie, nadużywanie jako wymówek czy usprawiedliwień dla działań czy słów.

Czy mnie coś w tej książce uwiera? Tak, ale nie skłania mnie to do walki o cokolwiek, raczej dało mi do myślenia. Kazało się zatrzymać i zastanowić, jak wygląda moje „bycie w sieci”. Na pewno nie wywołało we mnie potrzeby skrytykowania powieści. O nie! Powieść moim zdaniem jest genialna. Odziera z glorii i chwały wiele uświęconych elementów rodziny i małżeństwa. Pokazuje, że ma się co najmniej dwie twarze, a czasami i więcej, bo człowiek potrafi mieć maski na każdą okazję i czasami gubi się w tym, komu którą prezentuje. I w końcu pozwala zobaczyć, że nawet te największe perfekcjonistki, które pokazują spokojną, zadbaną, idealną twarz żony i matki, we wnętrzu potrafią wyć, krzyczeć, skowyczeć i wyobrażać sobie bóg wie, jakie tortury zadawane innym. Dlaczego? Bo rzeczywistość już dawno je przerosła, ale przecież nie mogą się przyznać.

To już wiecie, że ja jestem zachwycona, a teraz porozmawiajmy o szczegółach.

Opinię o „Yesteryear” wyraża chyba każdy, kto po książkę sięgnął. I nie przez przypadek piszę „sięgnął”, a nie „przeczytał”, bo tych, którzy twierdzą, że tego się nie da czytać i porzucają lekturę po kilku rozdziałach jest mnóstwo. Ich argumenty? Te o atakowaniu wartości.

Studia filmowe biły się o prawa do ekranizacji, bo czują, że to będzie film o takiej tematyce, która mocno spolaryzuje widzów, więc będzie o tym filmie głośno. Dlaczego? Bo Caro Claire Burke napisała o jednym z najgłośniejszych trendów współczesnego internetu – trad wife.

Czym jest „trad wife” i dlaczego budzi takie skrajne emocje? Trad wife to skrót od „traditional wife” i jest trendem w social mediach, może nawet szerzej - ruchem, który zaczyna zdobywać popularność wśród młodych osób, które świadomie rezygnują ze zwyczajowo pojmowanej kariery zawodowej na rzecz tradycyjnego modelu małżeństwa. W tym świecie rządzi pieczenie chleba na zakwasie, sprzątanie, dbanie o dom i absolutne oddanie mężowi i dzieciom. Profile w social mediach takich osób pokazują drewniane blaty stołów, ładne ściereczki i uśmiechnięte kobiety w sukienkach, otoczone dziećmi i wydające się być spokojne, spełnione i zadowolone z tego, jak wygląda ich życie. Jeśli taka rodzina mieszka jeszcze na farmie, to mamy wszystkie elementy układanki.

Ten trend budzi skrajne emocje. U mnie? Nie. Ale to jest „nie” z pewnymi zastrzeżeniami. Od bardzo dawna mam jedną zasadę - jeśli ktoś jest dorosły, sam podejmuje jakieś decyzje i w związku z nimi nikomu nie dzieje się krzywda, to mnie nic do tego. Nie mam prawa oceniać. Mogę się zastanowić, czy ja bym tak chciała i tyle. Każdy ma prawo szukać swojego szczęścia po swojemu.

Ale tu się na chwilę zatrzymajmy. Socjologia w tym trendzie widzi tęsknotę za prostotą, w przebodźcowanym, chaotycznym i za szybko pędzącym świecie. A w przypadku kobiet także sposób na ucieczkę przed rynkową, wszechobecną presją sukcesu. Według zwolenników tego ruchu, tu nie ma wyścigu szczurów i wpływu korporacji na całe życie rodziny, tu jest domowe ognisko, zapach chleba i spełnianie się w roli żony i mamy, celebrując w ten sposób swoją kobiecość.

I dokładnie taki obraz dostajemy na kontach w social mediach kobiet, które do tego ruchu należą, które ten trend wybrały jako swój sposób na życie. Ale psycholog zwróci od razu uwagę na coś innego, na drugie i to bardzo niebezpieczne dno – ta perfekcyjnie wyreżyserowana estetyka social mediów bywa tylko maską, pod którą kryją się lęki, poczucie braku kontroli nad własnym losem i potrzeba pokazywania czegoś idealnego, kiedy rzeczywistość taka idealna nie jest.

I Burke właśnie ten aspekt tak genialnie opowiada. Ona wskazuje na to, że socialmedialna trad wife ma trzy twarze. Pierwszą pokazuje w social mediach i na niej zarabia. Drugą pokazuje najbliższym i to nie jest już taka perfekcja, tu pojawia się walka i mnóstwo pęknięć. I w końcu trzecia, czyli ta, która czasami wychodzi spod innych masek, w środku nocy, kiedy nikt nie widzi i jest zapłakana, przestraszona, przyparta do muru i szukająca sposobu ucieczki, którego nie ma, może tylko starać się bardziej i uśmiechać szerzej.

Główną bohaterką książki jest Natalie Heller Mills – influencerka idealna. Ma rustykalny dom, farmę, przystojnego męża, gromadkę dzieci i miliony obserwujących na Instagramie. Jej codzienność to ciepłe kadry, domowy chleb i sielanka. Jej zdjęcia wywołują w jej obserwatorkach zachwyt i cichą zazdrość. One też tak chcą. Ale Natalie nikomu nie pozwoli zobaczyć, że za tą perfekcją stoi sztab ludzi. Wielki! Są zawodowi producenci, para niań, a kuchnia to nie rustykalne nawiązanie do absolutnej tradycji, bo za drzwiami, gdzie nikt nie widzi, jest też nowoczesna kuchnia i to warta fortunę.

Wszystko zmienia się w ułamku sekundy. Pewnego ranka Natalie budzi się... w XIX-wiecznej, surowej rzeczywistości. Znika nowoczesny sprzęt, znikają nianie, a zostaje brutalna, fizyczna harówka od świtu do nocy i zerowa niezależność. Czy to reality show? Mistyfikacja? Sen? Kara? Natalie też tego nie wie, ale jedno jest pewne, to już nie jest jej idealny świat i musi zrobić wszystko, by uciec.

Oczywiście nie zdradzę Wam, jak Natalie znalazła się w XIX wieku, ale przyznam się Wam, że po skończeniu powieści długo chodziło mi po głowie, czy pomysł autorki podoba mi się bardzo czy tylko trochę. I im więcej o tym myślę, tym bardziej go doceniam i tym właściwszy mi się wydaje.

To, co mnie w tej powieści absolutnie i totalnie zachwyciło, to fakt, że „Yesteryear” to tak naprawdę fascynujące studium psychologiczne młodej kobiety. Natalie to postać postawiona wobec gigantycznej presji i wszechobecnych oczekiwań – społecznych, własnych, ale również tych, jakie wyrażała wobec niej matka i siostra, a później teściowie. Każda z tych osób czegoś oczekiwała, coś było dla nich oczywiste i do tego oni nie oferowali wsparcia w zdobywaniu tych „odznak dobrej żony i matki”. Oni mieli tylko dobre rady, krytykę w ilościach nieograniczonych oraz informację, że „inni są jacyś”, „innym się to po prostu udaje”, więc czemu jej nie. I żebyście nie mieli wątpliwości, to stado arbitrów i sędziów samo cnotliwe ani idealne nie było.

I tu pojawia się to, co ważne. Natalie nie wymyśliła sobie bycia tradwife. Nie wymarzyła sobie prowadzenia farmy i pokazywania idealnego życia w internecie w wersji rustykalno-rolniczej. Ona miała zupełnie inne marzenia. Ale sytuacja w zasadzie wymusiła na niej taką decyzję. A później już można było tylko brnąć dalej i liczyć na cud.

Mnie Natalie nie zdenerwowała. Nie miałam potrzeby pukania w jej ładne czółko i krzyczenia: „Co ty robisz, dziewczyno?!”. Mnie jej było szkoda. Nawet kiedy robiła lub mówiła rzeczy drastyczne lub takie, które robiły z niej cyniczną bizneswoman zarabiającą na swoich dzieciach, to z tyłu głowy wszystko krzyczało we mnie, że bezradność tej kobiety zaczyna przeradzać się w agresję. I to jest w tej książce najbardziej przerażające, bo psychologicznie „Yesteryear” to ocean przykładów na to, jak funkcjonuje człowiek pod presją oczekiwań, bezradny i poddany ciągłemu stresowi. I jak kończy się taka historia, kiedy w końcu przychodzi załamanie.

I zakończę to bardzo subiektywnie i możecie ze mną dyskutować. Sięgając po „Yesteryear”, zapomnijmy o internetowych wojnach ideologicznych dotyczących tej książki i nie „łapmy się za perły”. Ta powieść to nie jest tani atak na tradycyjne wartości, bo „kontrowersje się lepiej sprzedają” – to fascynujący, głęboki dramat psychologiczny, który pod płaszczykiem satyry dotyka czegoś, z czym mierzy się dziś wielu z nas: skrajnego przebodźcowania, bezradności i presji bycia idealnym. Natalie może się wtedy okazać po prostu kobietą w stanie ostrego kryzysu psychicznego, a sama powieść – genialnym, choć przerażającym studium tego, co dzieje się z ludzkim umysłem, gdy poziom stresu i tłumionych emocji ostatecznie rozsadza bezpieczne granice.

Ach i jeszcze jedno! Wiele osób zastanawia się, na ile prawdziwa trad wife, Hannah Neeleman, prowadząca instagramowe konto @ballerinafarm, była baletnica, mama w tej chwili chyba dziewiątki dzieci była inspiracją do stworzenia postaci Natalie. Caro Claire Burke nie ukrywa, że była znaczącą inspiracją, ale powieściowa bohaterka nie jest jej kopią, nie jest nią. Jednak jeśli chcecie obejrzeć, jak wygląda konto w social mediach kogoś, kto na byciu trad wife zarabia i to dużo, to zajrzycie na konto Hannah. A wnioski wyciągajcie sami, a że będziecie mieli wnioski, to jestem pewna.

A jeśli ruch trad wife Was zainteresował, to przejrzyjcie zasoby sieci, jest kilka genialnych reportaży go opisujących i coraz więcej analiz socjologicznych i psychologicznych, które wyjaśniają, dlaczego jest on tak popularny i nie zawsze bezpieczny.

 

Aga J. Mackiewicz, przewodniczka po dobrych i mądrych historiach

 

Trwa ładowanie odtwarzacza Audio...

 

Zobacz również

Dlaczego czasami warto złamać linijkę i zrezygnować z „prostych” celów na rzecz wektoró...
Zapraszam do Nigerii, bo tam dobrze piszą!
Od paryskiej kawiarni do nigeryjskiej maskarady, czyli kiedy możliwa jest śmierć autora

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...