Na ratunek

Darmowy!

Na ratunek

2 miesiące temu Brak komentarzy

Właściwie co tydzień w sobotę lub niedzielę wsiadamy z moją żoną Anią i dzieciakami do samochodu i objeżdżamy szeroko rozumiane okolice Puszczy Niepołomickiej. Podczas takich objazdów zawsze zdarzy się coś ciekawego. Myszołów nad resztkami lisa, rudel saren na polach kukurydzy, samotna żołna na drutach... Zawsze coś.

W połowie lutego podczas takiego objazdu nasz wzrok przykuło ptasie poruszenie na (jeszcze wtedy obficie zalegającym na polach) śniegu. Zjechaliśmy więc na pobocze i przez lornetkę zobaczyliśmy dwie wrony siwe skakające obok nieco mniejszego białego ptaka. Po chwili ptakiem tym okazał się perkoz dwuczuby. Perkoz zimujący u nas to niby nic nadzwyczajnego, ale zdziwił mnie fakt, że znalazł się dość daleko od wody. Wrony zaczepiały go, ale nie były to agresywne ataki. Raczej próba zmęczenia go.

 

 

Moją pierwszą reakcją na tego typu sytuacje jest nieingerowanie i obserwacja sytuacji z dystansu; i tak też postąpiliśmy. Po kilku minutach wrony dały sobie spokój i niespiesznie oddaliły się w kierunku niedalekich zabudowań. To dało mi okazję, aby wyjść z samochodui sprawdzić stan perkoza. Nie bez pewnego niepokoju pozwolił mi podejść do siebie na wyciągnięcie ręki. To nie był dobry znak. Ptaki powinny się nas bać. Jedne mniej, drugie bardziej, ale nigdy nie powinny dać się zbliżyć na taką odległość. Ptak ewidentnie potrzebował pomocy.

Po krótkim telefonie do osób, którym ufam w ptasich sprawach, zapadła decyzja: trzeba zawieźć go do weterynarza, bo pewnie jest wyziębiony. Kwestia złapania go nie była tak trudna, jak mi się na początku wydawało: perkoz był na tyle osłabiony, że bez trudu udało mi się podejść go i zarzucić na niego siatkę maskującą (którą zawsze wożę ze sobą). Jest! Siedzi na kolanach u Ani. Krótka wizyta w domu, aby przełożyć ptaka do wygodniejszego kartonu z kocem i jedziemy do weterynarza. Jeszcze przed wyjściem z samochodu ostatni "mek" w moją stronę i jesteśmy w lecznicy. Tam zostaje oddany pod opiekę i mam czekać na kontakt, żeby go wypuścić po badaniach i doprowadzeniu do zdrowia.

 

 

Zawsze w takich sytuacjach zadaję sobie pytanie: gdzie powinna przebiegać granica naszej ludzkiej interwencji w świecie dzikiej przyrody? Czasem na forach przyrodniczych ktoś pisze, że przegonił krogulca, żeby ratować sikorę. A krogulec ma jeść ziarna i jagody, prawda? Albo ktoś znalazł pisklę czy podlota i zabrał do domu, żeby koty nie zjadły. O ile część z kotami rozumiem, to najpierw warto się rozejrzeć, czy nie ma w pobliżu rodziców. Oczywiście jeśli to podlot sowy, to postępowanie jest jeszcze inne. Niestety każda sytuacja jest odmienna i trudno wymagać kompletnej wiedzy od każdego.

Jednak ponieważ lada chwila rozpocznie się na dobre okres lęgowy, warto taką wiedzę propagować. Zawsze możecie znaleźć się w takiej sytuacji, więc warto być gotowym, żeby choć minimalnie pomóc, a przy tym nie zaszkodzić. Dlatego bardzo zachęcam Was to przeczytania więcej na ten temat tutaj:

https://otop.org.pl/ptasie-porady/szukasz-pomocy/ranne-ptaki/

 

 

W przypadku perkoza i wron wydaje mi się, że postąpiliśmy słusznie. Wrony same zrezygnowały z ataków. Na dodatek są one na tyle rezolutnym i wszystkożernym gatunkiem, że z pewnością znalazły wkrótce inne śniadanie. Choć nie powiem, trochę było mi ich szkoda i miałem zamiar zawieźć im flaczki. (To oczywiście żart).

Niestety historia nie będzie miała szczęśliwego zakończenia, bo wczoraj otrzymałem wiadomość, że nasza (jak się okazało) perkozica nie dała rady. Była zbyt wyziębiona, aby dojść do siebie. Nie przeżyła. Wiem, jaka jest natura i mam doczynienia ze śmiercią zwierząt dość często, ale za każdym razem to boli. Tym razem zabolało szczególnie.

Czy żałuję pomocy jej? Ani trochę. Czy zmienia to moje zdanie o sensowności pomagania? Absolutnie nie.

A Wy, jak myślicie?

Ankieta

Jakich treści chciałbyś widzieć więcej na moim profilu?

Zaloguj się, aby móc oddać głos

Trwa ładowanie...