List do Syna
Ewa Anna Michalska
List Do Syna czyli kulisy
gabinetu oficera UB
Ridero
2018
© Ewa Anna Michalska, 2018
ISBN 978-83-8104-825-5
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero
Wracanie do przeszłości jest jak grzebanie widelcem w świeżo zagojonej
ranie. Tak samo absurdalne, bolesne i niepotrzebne. Najpierw odczuwa się
niepokój, pewien dyskomfort spowodowany przeczuciem bólu, wnętrzności
skręcają się w napięciu, chcemy się cofnąć, uciec przed operacją, ale w końcu
decydujemy się na pierwszy krok.
Pole wokół rany jest przestrzenią prób, dotykamy więc delikatnie
i sprawdzamy stopień odczuwania bólu i własną wytrzymałość. Można się
kierować w stronę rany pomaleńku, odsłaniając kolejne warstwy opatrunku,
sprawdzając na jaki ból możemy się narazić i czy jesteśmy w stanie bądź
chcemy go znieść. Można też na tym etapie jeszcze podjąć próbę odstąpienia
od eksperymentu, założyć nowy, świeży opatrunek, nie zaglądać pod niego
zbyt często i nie podrażniać rany aż do momentu zagojenia, nie biorąc pod
uwagę oczywiście, że może się wywiązać jakiś stan zapalny, a nawet zakażenie,
i że otoczenie zacznie zwracać uwagę na rannego z wielu przyczyn, i nie
zawsze będą to momenty miłe.
Zwolennicy chirurgii doradzają radykalne oczyszczanie rany, założenie
szwów i zaakceptowanie blizny. Każda blizna jest znacznikiem jakiejś przebytej
walki, niektórzy nawet je kolekcjonują i chwalą się nimi. Ja mam na
przykład bliznę po postrzale. Lubię czasem na nią patrzeć, bo przypomina
mi pewne zdarzenie z przeszłości, o którym opowiem za chwilę.
Istnieją również masochiści uwielbiający długi proces gojenia, ból, celebrują
zmianę opatrunków, nie dają ranie się zabliźnić tylko dlatego, by emanować
swoim cierpieniem, męczyć innych i zmuszać ich do bezustannej opieki
i pielęgnacji oraz szczególnej uwagi. Nienawidzę tego typu osobników.
Człowiek powinien być twardy, męski, a nie rozmazany jak małe dziecko.
Jest to równie bezsensowne jak na wstępie wymieniona czynność, bo po
co rozraniać na nowo blizny? Czasem jednak podejmujemy próbę pozbycia
się blizny, decydujemy się na wprowadzenie radykalnych zmian w naszym
organizmie, który szwankuje, nie działa na tyle prawidłowo abyśmy mogli
zaznać błogiego stanu całkowitego pogodzenia się z życiem i zaakceptowania
toru, którym podąża nasz los.
3
Podjęcie się takiej operacji na własnych uczuciach spowodowało poczucie
kresu mojej ziemskiej wędrówki. Musiałem zakończyć sprawę zaczętą
przed 50 laty, kiedy to poczułem się całkowicie we władzy złego, a radość
doznana z tego powodu wypełniła mnie niemal erotyczną rozkoszą.
Wiedziałem, że szatan chcący zawładnąć moim umysłem żąda całkowitego
podporządkowania i uznałem, że jest to jedyna władza, której jestem
w stanie być podległy. Teraz nadszedł czas, by zakończyć spektakularnie
sprawę Tura, a nawet odwrócić role, bym na koniec życia ja stanął przed
okiem kamery i został gwiazdą szatańskiego spektaklu. Dopracowałem już
scenariusz w każdym szczególe, używając różnych narzędzi i ludzi, wystarczyło
go tylko zapisać i rozdzielić role.
Codziennie patrzyłem na swoją twarz w lustrze, obserwując znaki nałożone
przez upływający czas. Z lustra patrzył na mnie płonącymi ponuro
oczami stary, siwy mężczyzna. Badałem tę twarz centymetr po centymetrze,
przyglądałem się każdej zmarszczce, obserwowałem ze złością zniszczenia,
jakich dokonały upływające lata. Nie podobało mi się to. W duszy nadal byłem
tym młodym czarnowłosym chłopakiem, zwinnym i bystrym. Patrząc na
swoje odbicie w łazienkowym lustrze czułem się karykaturą samego siebie,
jakimś idiotycznym sobowtórem. Każdy poranek wiązał się z wykonaniem
mnóstwa osobistych zabiegów, o których kiedyś nawet nie miałem pojęcia.
Już samo mycie i wkładanie w usta protez napawało mnie obrzydzeniem.
A cóż dopiero inne zabiegi, oglądanie zwiotczałego ciała; siwe włosy na mojej
klatce piersiowej wyglądały żałośnie. Kiedyś miałem piękną posturę
i czarne sobole na piersiach. Teraz moje piersi przypominały piersi starej Indianki,
dawna muskulatura zmieniła się w jakieś kobiece wypukłości, zwiędłe,
opierające się niemal na wypukłym brzuchu. Nogi paradoksalnie zrobiły
się szczupłe, po dawniej zarysowanych mięśniach pozostało wspomnienie,
jak dwa patyki unosiły pękaty korpus. Sam przed sobą wstydziłem się własnego
wyglądu.
Obraz w lustrze budził we mnie niechęć, a nawet wściekłość. Trudno
jest pogodzić się z nieuchronnym zbliżaniem się do kresu życia, ze starością
i rożnymi dolegliwościami z nią związanymi. Czasem nienawidziłem siebie,
uderzałem dłonią w zimną taflę lustra, ale nic to nie zmieniało, obraz był cały
czas taki sam. Wygląd był jednakże tylko czubkiem lodowej góry.
4
Dopadły mnie starcze dolegliwości. To już odbierałem jako cios poniżej
pasa. Nie dość, że człowiek wygląda źle, to jeszcze źle się czuje, w dodatku
wszystko to miało wspólny mianownik — skrępowanie. Musiałem uważnie
obserwować okolice mojego rozporka, gdyż utraciłem zdolność
kontrolowania własnego pęcherza. Było to powodem pewnej krępującej
sytuacji, kiedy nie zauważyłem powiększającej się plamy i zwrócono mi uwagę.
Dyskretnie wprawdzie, ale zawsze miało to miejsce. Nigdy nie pozwolę
by taka sytuacja się powtórzyła.
Wszystkie życiowe sukcesy bladły i stawały się mało ważne wobec widoku
młodych, roześmianych twarzy; zazdrość pożerała moją duszę pomału
i boleśnie, a ona codziennie odradzała się jak wątroba Prometeusza i męce
nie było końca.
Byłem całkiem sam. Potęgowało to moją złośliwość i jadowity stosunek
do ludzi. Nie mogłem jednak przemóc się i nawet nie chciałem dążyć by tę
sytuację zmienić. Czasami bawiła mnie myśl, że inni postrzegają mnie jako
sąsiada, życzą dobrego dnia lub nocy (w zależności od pory dnia, w której
mieli okazję mnie spotkać), i nie mają pojęcia kim jestem naprawdę. Uważają
mnie za miłego staruszka, któremu czasem trzeba pomóc wnieść zakupy
po schodach. I bardzo dobrze, nie musiałem się niczym męczyć, inni robią
dużo za mnie, całkiem za darmo. Nikt nie domyślił się, że byłem samotną,
siedzącą w jamie własnego domu bestią, krwiożerczym monstrum, które kolejny
raz szykowało się do ataku.
Zostało mi tylko nadanie odpowiedniego tytułu mojemu spektaklowi.
Czułem znów to zapomniane już nieco drżenie we wnętrzu mego starego
ciała, ogarniające mnie podniecenie kazało usiąść przy biurku i zacząć pisanie
scenariusza. Moja ostatnia rola wyznaczona przez mojego osobistego
diabła miała mieć tytuł, który krążył w mojej podświadomości, ale nie umiałem
go jeszcze sprecyzować. Męczyłem się, pisanie na siłę nie przynosiło żadnego
pozytywnego skutku. Żaden tytuł nie wydawał mi się odpowiedni, był
zbyt pretensjonalny, albo jakiś łzawy, zupełnie jakby to miał być jakiś romans.
W końcu porzuciłem to zajęcie, zdając się na pomoc mojego opieku-
5
na, który nakazał mi ze znużonym westchnieniem zabrać się do pracy. Był
to najwyższy już czas, gdyż o wydarzeniach, które za chwilę opiszę zaczęto
ponownie mówić, rozpatrywać je, musiałem więc podjąć odpowiednie kroki,
by uchronić się od kary, a sprawę zakończyć raz na zawsze sukcesem.
Tego dnia usiadłem do biurka a diabeł podyktował mi głosem ciepłym
i stanowczym, głosem dobrego cierpliwego nauczyciela:
,,List do syna” *
Później pisałem już samodzielnie.
6
**********
Miałem opowiedzieć o tym, dlaczego lubię moją bliznę. Otóż jej nabycie
wiąże się z pewnym zdarzeniem z dość już odległych czasów, jednak niezwykle
ważnych dla mnie.
Obudziłem się z uczuciem ogromnego ciężaru we wszystkich członkach
ciała. Nie mogłem otworzyć zaschniętych ust, zasklepiły się z pragnienia
tworząc bolesną bruzdę na mojej twarzy. Spuchnięty język wypełniał całą jamę
ustną, a ślina spieniła się w kącikach warg. Ohydny smak w ustach sprawiał
mdłości. Byłem ranny. Jakieś litościwe dłonie wyrwały mnie śmierci,
pielęgnowały i wróciły światu. W nieznajomej izbie pachniało prasowanym
płótnem i moczem. Za oknem krakała wrona, a gałąź niecierpliwie stukała
w okno. W głębi domu słychać było zwykły gospodarski codzienny gwar.
Dźwięki, których nie słyszałem tak dawno, że stały się zupełnie niemal obce,
dawały chociaż poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Leżałem na łóżku w nieznanym
pokoju, nade mną rozpościerał się drewniany, malowany na biało
sufit. Poczułem na rozpalonym gorączką czole chłodną drobną dłoń, sprawiło
mi to ulgę, ukoiło. Nie mogłem swobodnie oddychać, gdyż byłem spowity
płóciennym bandażem, a każdy nawet minimalny ruch powodował przeraźliwy
ból, tak przeszywający, że nie byłem w stanie nawet określić, w którym
miejscu przeszyła mnie kula.
Bolało mnie po prostu wszystko, nawet oddychać musiałem krótkimi
delikatnymi wdechami, z czego wywnioskowałem, że najprawdopodobniej
mam uszkodzone postrzałem płuca. Chciałem pić, błagałem myślą o kroplę
wody, a nie mogłem wypowiedzieć słowa, osłabienie pozbawiło mnie możliwości
wydania jakiegokolwiek dźwięku. Powieki opadły mi i zapadłem
w sen, który był ostatnim w moim życiu snem spokojnym i odżywczym.
**********
7
Sprawcą mojego postrzału był niemiecki żołnierz. Zwykła sprawa na
wojnie — w każdej chwili można było pożegnać się z życiem, szczęściarzom
takim jak ja udawało się czasem uciec spod kosy, wylizać rany i później dalej
bawić się ze śmiercią w kotka i myszkę. Bezsens tej idiotycznej igraszki polegał
na tym, że śmierci podstawiało się głowę w imię sprawy przegranej i zamiast
przejść do nowego porządku bawiliśmy się w wojsko. Taka zabawa dla
dużych chłopców, z użyciem całej technologii mordowania pod szyldem patriotyzmu.
Było to modne w pewnych kręgach w owym czasie, mówi się
o tym do dziś, wydawane są książki i inne publikacje. Nie ma to żadnego
sensu, ale nie będę się tym zajmował, gdyż z reguły nie lubię się zajmować
rzeczami bez znaczenia. Czas płynie szybko i jest na tyle cenny, że nie wolno
go marnować, szczególnie w moim wieku staje się to bardzo oczywiste.
Postanowiłem osobiście wykonać wyrok na mordercy, któremu nie udało
się zamordować mnie. Dzień zapowiadał się fantastycznie, słońce dopiero
rozpoczęło swoją podróż po niebie. Dom, w którym zajmował mieszkanie,
miał nieduży taras wychodzący na wschód, trochę ukryty wśród krzewów.
Nie czekałem długo. Chwilę po tym, gdy zająłem odpowiednie dla
mnie stanowisko pojawił się na tarasie. Był rozespany, nieuważny, czuł się
bezpiecznie, nawet nie podejrzewał, że zaraz jego głowa rozpadnie się na kawałki.
Postawił na stoliczku filiżankę z kawą i rozpoczął poranną prasówkę.
Ugniatał spokojnie tytoń trzymanego między palcami papierosa, delektując
się widocznie miłym porankiem i myślą o zapaleniu, o wciągnięciu w płuca
dawki dymu przepełnionego dającymi poczucie relaksu toksynami. Zadanie
moje nie było trudne, ściągnąłem delikatnie spust celując w jego głowę.
Wtedy też poczułem, jak jakaś zimna dłoń silnie opuszcza lufę, a głos wewnętrzny
każe mi wykonać dwa strzały. Pierwszy by sprawić ból, zranić,
by Niemiec męczył się, wykrwawiał, by śmierć nie nadeszła zbyt szybko.
Wtedy jeszcze udało mi się sprzeciwić temu wezwaniu, zabiłem go rozwalając
czaszkę jednym celnym strzałem.
Rozprysnęła się jak skorupa jajka, odrzucając korpus z zabawnie drgającymi
członkami jakieś dwa mery od krzesła, na którym siedział jeszcze chwilę
wcześniej. Na stoliku stała parująca kawa, wyglądało jakby na chwilę odszedł
od niego, popielniczka z dymiącym papierosem podwajała to uczucie
chwilowego porzucenia porannej czynności.
8
Poczułem się mocny, wszechwładny, pan życia i śmierci. Byłem bogiem,
decydowałem o przebiegu życia, przynajmniej (na razie!) w obrębie mojej
osoby. Ten jeden strzał pozbawił mnie tego, co w moim życiu było zupełnie
niepopłatne — wrażliwości, a dał mi to, za co jestem wdzięczny — moc i pewność
siebie. Byłem już kimś innym, nie chłopakiem z miasta, nie żołnierzykiem
w czapeczce z orzełkiem. Od tej chwili byłem mordercą, lubiłem zabijać,
a zapach krwi powoduje do dziś drżenie wszystkich wnętrzności, uczucie
rozkoszy, jakiego doznajemy wkładając do ust pierwszą łyżeczkę lodów
w upalny dzień, lub wypijając jednym haustem szklankę piekącego bimbru.
Na zewnątrz byłem spokojny, ofiara nie może wiedzieć co ją czeka, nie powinna
być w żaden sposób przygotowana, bo ważne jest zaskoczenie w jej
oczach. Zabijać można na wiele sposobów i tylko od mojej wyobraźni zależy
w jaki sposób moja ofiara odda duszę panu, któremu cale życie biła pokłony.
Z każdym dniem udoskonalałem moją technikę, szlifowałem umiejętności,
a prócz tego ćwiczyłem sztukę kamuflażu i manipulowania. Miałem do
tego doskonałe warunki, ponieważ wstąpiłem w szeregi oficerów UB. Brałem
udział w różnych szkoleniach, nawiasem mówiąc nie miały zbyt dużego
stopnia trudności. Niezwykle cenna była możliwość nauki odpowiedniego
postępowania z ludźmi, długofalowej strategii; popatrywałem z zachwytem
na praktyki stosowane podczas śledztw, a przede wszystkim mogłem wykonywać
wyroki. Czułem się w tym miejscu jak ryba w wodzie.
Dodatkowo zacząłem dość dobrze stać finansowo, bo za każdą wykonaną
egzekucję dostawałam nagrodę pieniężną. Szelest przeliczanych banknotów
lubiłem na równi z zabijaniem. Czegoś jeszcze mi brakowało, czułem jakiś
niedosyt. Wewnętrzny głos przekonywał mnie, że rolę mojego życia
otrzymam niebawem, i muszę ją wykonać po mistrzowsku, więc nastrajałem
się do tego, nie wiedząc jeszcze, co przyjdzie mi odegrać.
Wiedziałem jednak, że jest to tak ważne, że nie cofnę się przed niczym.
**********
Od jakiegoś czasu byłem człowiekiem pierwotnym, leśnym stworem,
dzikusem z kniei. Skierowano mnie do oddziału Tura, w Bieszczady. Nie byłem
tu nigdy wcześniej, a przynajmniej nie w takich warunkach. Oddział le-
9
śny i warunki bytowania w nim były mi zupełnie obce, ale z uwagi na moje
zdolności podjęto decyzję o moim przeniesieniu właśnie do Tura.
Bieszczady zachwyciły mnie swoją dzikością i okrucieństwem. To miejsce
gdzie diabeł mieszka jak mówią legendy, i to jest prawda. Niejednokrotnie
fizycznie czułem jego obecność. Wszystko tu tchnie strachem, zbrodnią,
śmiercią. Czyhały tu na nas pułapki w najróżniejszych postaciach.
Wielokrotnie potykałem się w miejscach, gdzie wydawało się równo, za
nogi chwytały jakieś korzenne łapy, gałęzie biły znienacka, studnie bez cembrowiny
chciały wchłonąć w swoją czarną czeluść. Zdradliwe tam były piękne
łąki, gdzie omszałe kamienie zachęcające do chwilowego chociaż odpoczynku
okazują się oślizgłymi i mokrymi pierzynami. Zdradliwe są potoczki
wesoło rwące w kamiennym korycie; niejednokrotnie wykąpałem się w całości
stając na solidnym kamieniu, który był tak śliski, że w mgnieniu oka traciłem
równowagę. Woda lodowata kapała ze mnie później, póki ubranie nie
wyschło, parując tak samo, jak parowała ze mnie wściekłość, której starałem
się nie okazywać. Tur, mój dowódca nie miał takich problemów, pokonywał
wszystkie przeszkody bez kłopotu, skakał z kamienia na kamień, zwinny, bystry
i niezwykle czujny. W moim przypadku czujność zawiodła go jednak,
bo nie przeczuwał nawet, że zasiliłem jego oddział tylko po to, by go zabić.
Umiałem kłamać perfekcyjnie, wierzył mi.
Puszcza wokół rosła pierwotna, pełna zwierzyny, która odzywała się
mnóstwem niezrozumiałych dla mieszczucha głosów. Drzewa pękały niespodziewanie
ze skrzypiącym hukiem (trudno było odróżnić ten dźwięk od
strzału), strumienie szeptały ludzkim głosem, ptaki od bladego świtu
wrzeszczały, wygwizdując uporczywie tę sama melodię. Nie było i nie ma tu
dróg, brnęliśmy ścieżkami tonąc po kolana w cuchnącym błocie, które wlewało
się do butów, oblepiało je ciężką masą, utrudniając każdy krok.
Straszliwie męczące było pokonywanie wzniesień, kiedy droga zdaje
się nie mieć końca, a pot zalewa oczy, które szczypią stale. Wszędzie są jakieś
rozgrzebane przez zwierzynę groby, kości walają się ubrane w resztki mundurów,
z płytkich jam patrzą pustymi oczodołami białe okrągłe czaszki.
Pierwszowojenni polegli wychodzą z ziemi i szczerzą zjadliwie zęby,
wróżąc nam taki sam koniec — bezimienny dół w bieszczadzkich chaszczach.
10
Gospodarstwa są oddalone od siebie, wsie dzielą duże odległości. Ludzi
tutaj spotyka się rzadko. Są to bardzo ciekawe typy — pełni życia, o gorącym
temperamencie, zawzięci. Bardzo bujny charakter, jakby wyssany z tych
wzgórz, z tchnienia wiatru, dziki, nieokiełznany. Pokonują te szalone odległości
by odwiedzić znajomych, niepomni na wszechobecne błoto ani na zapadający
całkiem niespodziewanie zmrok. W swoich obejściach gromadzą
wszystko, co uda im się zdobyć, lub wykonać własnoręcznie. Dużo czasu spędzają
na tworzeniu sztuki użytkowej, jakichś rzeźbionych i ozdabianych artykułów
do domowego gospodarstwa i tym podobnych przedmiotów, które
doskonale mogą spełniać swoją rolę bez tych fikuśnych ozdób i nacięć.
W końcu można zjeść zupę za pomocą zwykłej łyżki, nie koniecznie musi
być ona rzeźbiona. Dziwiły mnie te kuriozalne zapędy, bo o sztuce nie mieli
zielonego pojęcia.
Turowie doskonale rozumieją tutejsze zwyczaje i nie dziwi ich nic, są lubiani
wśród tubylców. Byliśmy we wsi, miałem okazję poznać, a raczej zobaczyć
jak żyją „tutejsi”, w tych chatach wraz ze zwierzętami. To dzicz zupełna,
nie potrzebują nic prócz wódki. Mają jakieś dzikie tradycje i obyczaje.
Próbowałem kilkakrotnie rozmawiać z nimi, ale kończyło się zawsze tak samo
— jawnym bezczelnym wyrażeniem swojego zdania o mnie, popartym
znanym ogólnie gestem niechęci i lekceważenia. Próba zrozumienia tego fenomenu
w dyskusji z Turami kończyła się jeszcze gorzej, gdyż całym sercem
wspierali tutejszy folklor, mało tego, zdarzało się, że bywali na jakichś potańcówkach
i wieczornicach. Dyskusja kończyła się bólem głowy, bo nie byłem
w stanie pojąć, co tak urzekającego jest w kontynuowaniu życia w tym
dzikim rejonie.
Obyczaje są doprawdy nadzwyczajne, niespotykane nigdzie indziej.
Życie na pograniczu rządzi się odrębnymi prawami, w tyglu kilku narodowości
próbowano ugotować esencjonalny rosół, ale płomień był zbyt duży.
Wszystko gotowało się zbyt gwałtownie, aż w końcu zaczęło kipieć, palić się,
i to w sensie dosłownym, bo wsie zapłonęły żywym ogniem, podsycanym
ciągle przez którąś ze zwaśnionych stron.
W ten sposób giną całe wioski, bo trudno ludziom znaleźć złoty środek
i przyjąć jedną z opcji, gdy katolicy zawarli małżeństwa z Ukrainkami, lub
11
odwrotnie. Wsie płoną, a wycie psów miesza się z wyciem bab, które walą
łbami o ziemię i próbują przywrócić życie chudym dzieciakom.
Ludzie tutaj mordują się z okrutną zapalczywością, podpalają zamkniętych
sąsiadów w stodołach, płoną boże domy, krzyże wyginają się spazmatycznie
na wieżyczkach cerkwi, spadają z sykiem rozpalone do czerwoności
w zimną trawę. Czerwona łuna oświetla wstęgi lasu, który daje niepewne
schronienie ocalałym uciekinierom. Budują oni w puszczy jakieś ziemianki,
schowki, gdzie ukrywają się z tym, co udało się im ocalić z gospodarstwa.
W jednej jamie siedzą kobiety i świnie, dzieci i kury, nie jedząc nic ciepłego
tygodniami, marznąc, bo nie mogą rozpalać ognia, by się nie zdradzić.
Ich upór w pozostawaniu na tym terenie jest godny podziwu, chociaż
zupełnie niezrozumiały — żyć można wszędzie, a lokalny patriotyzm doprowadził
do tego, co właśnie opisuję. Chociaż wątpię, by połowa z tych osobników
wiedziała, co oznacza to słowo, ale w każdym razie nie zamierzają się
poddać i ustąpić. Nawzajem podpalają swoje własne gospodarstwa, by inni
nie mogli w nich zamieszkać, przeklinają się w wielu językach do dziesiątego
pokolenia, w akcji biorą udział wojska obu zwaśnionych grup, samozwańcze
bandy i uzbrojeni w prymitywne narzędzia mieszkańcy. Narzędzia
są prymitywne, jednak mają moc pozbawiania życia, nie można więc tej siły
lekceważyć.
Bywamy we wsiach, bo przecież są organizowane różnego typu akcje.
Diabelskie województwo budzi we mnie mordercze instynkty, z przyjemnością
strzelam. Pełna precyzja, jestem strzelcem doskonałym.
Moje okrucieństwo i bezwzględność oraz pewną dłoń mogę ćwiczyć niemal
w każdej chwili — materiału do treningu jest wszędzie pełno.
Dodatkowo cieszy mnie fakt, że powstała możność przypisania moich
czynów Turowi. To jedna z możliwości podsuniętych mi przez mojego
opiekuna — ofiary spadają na ręce Tura, i zawsze już będzie to na jego opinii
ciążyło. Jeden z wielu plusów odpowiedniego kamuflażu i skutecznego
działania. Jestem mistrzem, niezwykle uzdolnionym operatorem machiny
zabijania. Jest to również machina bezwzględności i obłudy. Nazwano ją
również systemem totalitarnym. Postanowiłem wykorzystać wszystkie
możliwości, jakie daje ów system.
12
Wielokrotnie miałem możliwość podjęcia samodzielnej decyzji o odesłaniu
na tamten świat wybranych przeze mnie osób. Starałem się selekcjonować
je, by mieć wojenne trofea nie tylko w postaci mężczyzn.
Kolekcjonowałem je na półkach mojej pamięci jak chłopiec ołowiane
żołnierzyki, ustawiałem w odpowiednim szyku, ekscytowałem się powiększającym
się zbiorem.
Miałem kilka doprawdy fascynujących eksponatów — jednym z nich była
wiejska baba w zaawansowanej ciąży — ustawiałem ją przeważnie na początku
szyku, zaraz obok dzieciaka próbującego stawiać pierwsze kroki.
Dzieciak czasami bywał niesforny, uparcie wpatrywał się w moje oczy
i stawał jako pierwszy, jeszcze przed babą, wyrzuciłem go więc na koniec
szeregu. Musiał się nauczyć, że to ja tutaj stawiam warunki. Baba była eksponatem
wyjątkowym, bo jej śmierć również przypisano Turowi, co wywołało
lawinę rozmaitych emocji i komentarzy.
Powiększałem swoją kolekcję regularnie. Brakowało mi kilku bezcennych
eksponatów, wśród nich był Tur oczywiście, jednak wstrzymywałem się
z decyzją o ustawieniu go w szeregu, ze względu na wielu amatorów, którzy
również na niego polowali. Nie chciałem doprowadzić do sytuacji, w której
ja go odstrzelę, a ktoś ustawi go na swojej półce. Ostatnią rzeczą, jakiej bym
sobie życzył byłoby potraktowanie mnie jako narzędzia do zdobycia celu.
Wstrzymywałem się więc, chociaż miałem go na muszce, zakamuflowany
w tak doskonały sposób, że nawet nie przeczuwał moich planów i zachowywał
się zupełnie swobodnie. Wystarczyło ściągnąć spust, ale postanowiłem
zrobić to w odpowiednim czasie, wybranym przeze mnie momencie. Na razie
napawałem się możliwością trzymania go na celowniku.
Mieszkamy w leśniczówce. Śpię z Turem, jest nam cieplej w dwóch na
jednym łóżku. Noce są tu zimne, odgłosy leśne nocą potężnieją, słychać każdy
szelest, przechodzące zwierzęta, przelatujące nocne ptaki. W nocy stary
dom żyje własnym nocnym życiem, skrzypi, cicho pojękuje, skrada się szeleszczącymi
krokami jakieś wspomnienie nieistniejących już mieszkańców.
Nasze głowy spoczywają na jednej poduszce, nasze ciała nawet przez sen
są czujne i skupione. Każdy dźwięk głośniejszy budzi, stawiając niemal na
baczność. W leśnym życiu człowiek nabiera zwyczajów zwierzęcia, śpi i czuwa
jednocześnie, słuch ma wyostrzony, zaczyna nawet stąpać bezszelestnie,
13
czołgać się ze zwinnością żmii. Niestety, ja musiałem do tego przywyknąć
i nauczyć się, Tur miał to we krwi.
14
**********
Żona Andrzeja Tura jest piękną kobietą. Wczoraj podała nam kolację,
wpatrywała się we mnie uważnie, prześwietlała mnie wzrokiem, jakby wyczuła
moją podwójną osobowość. Miała niezwykle piękną twarz, łagodnie
zarysowany podbródek, który aż prosił się, by wtulić go w dłonie, pełne usta.
Razem z mężem działali w podziemiu niepodległościowym, zostawili
w domu pod opieką babki małego syna, za którym Turowa bardzo tęskniła.
Był to wesoły czterolatek, obecnie przetrzymywany wraz z babką
w więzieniu.
Turowa nie cofnęła się przed niczym, nie udało się jej zastraszyć, chociaż
bardzo była niespokojna o syna i matkę. Czuć było, że w tym szczuplutkim,
eterycznym ciele tkwi silny niezwalczony duch. Była jedyną kobietą w oddziale,
i jedyną kobietą, na którą kiedykolwiek zwróciłem uwagę.
Do tej pory interesowały mnie kobiety wyłącznie jako cel zaspokojenia
seksualnego, nie wiązałem z żadną z nich planów na przyszłość. W opętanym
wojną świecie tworzyły się często krótkotrwałe związki, przerywane
w naturalny sposób — ktoś umierał, ktoś został gdzieś skierowany, uwięziony,
no, tysiące sposobów wymyślało życie, by utrudnić ludziom budowanie
bliskich więzi. Nie przejmowałem się tym stanem rzeczywistości, w której
przyszło mi trwać. Nie odczuwałem potrzeby kochania kogokolwiek. Kobiety,
które zdarzało mi się mieć, były mi zupełnie obojętne, mogło ich też nie
być wcale — onanizowałem się wtedy zawzięcie, by pozbyć się napięcia.
Tej nocy wszystko jednak potoczyło się innym torem. Zupełnie niespodziewanie
poczułem, jak w moje serce wkrada się jakaś ciepła zupełnie mi
nieznana myśl, że jednak mogłoby być inaczej. Myślałem o niej i wydawało
mi się, że ona również nie spała. Wyobrażałem sobie, że leży tu obok mnie,
a ja okręcam na dłoni jej ciężkie błyszczące loki. Delektowałem się tym obrazem
do upojenia. Nie było we mnie zwykłego pożądania, moje myśli były
15
spokojne, ekscytowały mnie te zupełnie nowe nieznane mi doznania. Fantazjowanie
na stałe weszło w mój wieczorny rytuał zasypiania, chociaż najczęściej
efekt był zupełnie odwrotny — sen odchodził, a ja leżałem zamieniony
cały w łomot serca, do świtu. Tak, mogę powiedzieć, że wtedy cały byłem
właśnie dźwiękiem, serce łomotało mi z ogromną siłą, aż musiałem przytrzymywać
je dłonią, aby nie obudziło wszystkich wokół.
Moje życie wewnętrzne było w tym czasie bardzo aktywne, pełne planów
i marzeń. Andrzej chrapał obok. Głupiec.
16
*****
Stoję na stole. Znów mam 4 lata. Wokół siedzą ludzie, ubrani
uroczyście, moja matka stoi w drzwiach, opierając się rękami o framugę.
Ma włosy ułożone w takie rurki, ładnie wygląda, usta czerwone na bladej
twarzy sprawiają wrażenie jakby dopiero jadła świeże wiśnie. Patrzy na
mnie, a pionowa zmarszczka między cienkimi brwiami świadczy o tym, że
jest zdenerwowana. Postanawiam rozłożyć przed gośćmi cały wachlarz aktorskich
umiejętności, by zaspokoić pragnienie matki o posiadaniu niezwykle
utalentowanego syna. Jest mi niedobrze, czuję jak cała zawartość żołądka
porusza się w moim brzuchu, a ślina napływa do ust w niepokojących ilościach.
Przełykam, nabieram oddechu, patrzę na mamę i otwieram usta. Jednak
nie mogę wypowiedzieć ani jednego słowa wiersza, który mam recytować,
choć doskonale pamiętam każdy rym.
Gapię się na pogłębiającą się zmarszczkę na matczynym czole i wiem, że
znów odczuję piekące klapsy na moim tyłku, że znów padną te okropne słowa
o mojej niewdzięczności, podłości i złym charakterze, zapewne odziedziczonym
po rodzinie ojca.
Otwieram ponownie usta i czuję jak po moich nogach ciekną siki, nasączają
spodnie, skarpety, czuję ciepło w butach. Ktoś się zerwał z krzesła, aż
oparcie huknęło o podłogę.
Matka ze zdradzieckim spokojem skierowała się w moją stronę, odprowadziła
mnie do kuchni. Zgrzyt klucza w zamku był dźwiękiem zranionej
matczynej ambicji. Wyrok zostanie odłożony na jakiś czas, a ja zmienię się
w oczekiwanie, z niepokojem wsłuchując się w odgłosy dobiegające z gościnnego
pokoju.
17
**********
To uczucie powracało jak pomruk grzmotu w pogodny dzień, niby niespodziewanie,
ale jest rzeczą wiadomą, że burze występują podczas upałów.
Moje pragnienie udowodnienia, że jestem najlepszy zostawało jednak zabijane
z miejsca, gdy pojawiał się obok Tur, albo chociaż jego
legenda, cień. Ja, warszawiak, wykształcony, przystojny, niknąłem w cieniu
tego kozackiego watażki. Bez wysiłku zbierał laury, jakby mu to się po
prostu należało, jakby to było oczywiste. W dodatku robił to z wdziękiem,
przyjmował jako naturalną rzecz, uśmiechał się ukazując błyszczące jak perły
zęby. Na potańcówkach, które czasem wypadały spontanicznie był pierwszy
do tańca, potrafił kozła wywinąć w powietrzu i dalej tańczyć, co wprawiało
w zachwyt wszystkie kobiety. On oczywiście zdawał się nie zauważać tego,
wpatrzony w żonę, oboje tacy rozpaleni, zakochani, jakby wojna wokół
przestała się toczyć, jakby istnieli tylko oni sami i ich dłonie i oczy. Trudno
było mi utrzymać nerwy na wodzy, skracałem im lejce, by nie dać się ponieść,
nie zabić go na miejscu, nie zadeptać, nie udusić. Nienawidziłem go za
jawne lekceważenie, jakie mi okazywał, jakby wyczuwał rosnącą we mnie zazdrość.
Jedynie czujnym okiem zerkał, gdy w pobliżu była żona, pilnował jej
jak oka w głowie, nie dał spojrzeć na innego, co zresztą nie było konieczne,
bo wpatrzona w niego była jak w słońce. Ale słońce też czasem zachodzi za
chmury.
**********
Marynia Turowa patrzyła na mnie z pogardą. Wiedziałem, że jest to tylko
taka gra, nie mogła przecież przy mężu okazywać mi uczucia. Czułem, że
wszystko zależy ode mnie, i każdy ruch muszę dokładnie zaplanować.
Skontaktowałem się w tym celu z UB, musiałem przecież wyjść z tej chorej
rzeczywistości, i zacząć normalne życie. Był teraz doskonały czas na takie
ruchy, formowała się nowa władza, ludzie mieli mnóstwo możliwości, otwie-
18
rały się perspektywy. Tylko ciemni fanatycy i szaleńcy chcieli pozostawać
w lasach i walczyć z nową rzeczywistością, w imię przebrzmiałych ideałów.
Marynia miałaby normalny dom, a nie zatęchłą norę w środku lasu! Moj
plan był dość karkołomny, jednak byłem w stanie zrealizować go w każdym
calu. Może na początku nie będzie zadowolona, ale z czasem się przekona, że
było to dobre rozwiązanie. Życie nie jest łatwe.
**********
Leżałem na wznak, wpatrzony w niebo. Gwiazdy patrzyły obojętnym
zimnym wzrokiem, świeciłyby tak samo, cokolwiek by się na ziemi nie wydarzyło
złego, czy dobrego. Władałem już światem, mogłem dawać lub odbierać
życie, ekstaza po prostu rozpierała moje ciało. Diabeł rozparł się wygodniej
w moim wnętrzu, śmiejąc się ochrypłym chichotem, zanosił się od
śmiechu, łechtał pochwałami moje ego. Wprost fizycznie czułem jego obecność,
czułem jak jego moc ładuje moje zwoje, mózg pracował precyzyjnie
i szybko, podejmował bezbłędne decyzje. Nie czułem się sterowany, decyzje
te były jakby moimi własnymi. Lecz to, co postanowiłem zrobić nawet mnie
samego w pewnym stopniu przerażało.
Było to jednak przerażenie połączone z seksualnym wprost podnieceniem,
byłem na progu nowego, otwierałem swoim czynem drzwi na oścież
spełnieniu. I tylko to miało znaczenie, środki wykorzystane do osiągnięcia
celu nie były ważne, miały być niezawodne.
Leżałem na wznak, pod gwiazdami. Szelest w krzakach podrzucił mnie
do góry, sprężony wycelowałem w ich stronę, wytężyłem wzrok. Ciemna postać
poruszyła się, i złożyła głęboki ukłon, zdejmując czapkę z czerwoną
gwiazdką.
Założyła czapkę na ozdobioną krętymi rogami głowę i zniknęła w krzakach.
Udałem się w stronę kwatery, gdzie czekała na mnie ukochana, która
jeszcze nie wiedziała o tym, że będzie tylko moja.
19
**********
Wyszliśmy z Turem do lasu. Czułem nieznośne napięcie, i jego ramię napierające
na mnie uparcie. Wiedział jakie żmije gnieździły się w moim sercu!
Wyczuł to, przeczuł moje zamiary, był zwarty, czujny, ostrożny. Niezłomny
bieszczadzki wojownik, leśny bohater, nie przeczuł tylko tego, że nie
jestem sam, że zaraz mój diabeł weźmie go na rogi.
Pchnął mnie na lewo, nie było w tym geście nic przyjacielskiego, rozdrażnił
mnie, i wtedy otworzyło się piekło.
Strzeliłem mu w tył głowy. Mówią, że tego się nie robi żołnierzowi, ale
to są bzdury, ważny jest skutek, cel. Zresztą nie ma to znaczenia w jaki sposób
się umiera. On musiał odejść. Chciałem tego i to było najważniejsze.
A przy okazji jeszcze spełniłem powierzoną mi przez UB misję, więc otrzymam
nagrodę finansową!
Leżał już i tylko kopał nogami, a krew zalewała mu twarz. Spokojnie
podszedłem i zabrałem mu broń. Moja zdobycz, wojenne trofeum, jestem
zwycięzcą! Las szumiał, Tur charczał konając, a ja słuchałem tej szatańskiej
muzyki, która oszołomiła mnie bogactwem dźwięków. Byłem szczęśliwy. Teraz
tylko pokażę jej, że już jest wdową i czas wejść w nowe życie.
Łzy szybko obeschną.
Wróciłem się do kwatery.
20
**********
To był nasz pierwszy spacer. Byłem wzruszony, serce tłukło mi się
w piersi.
Spoglądała na mnie podejrzliwie, czujnie. Stąpała ostrożnie, nieco posapując,
ciążył jej widocznie duży już brzuch. Doszliśmy do miejsca, gdzie zostawiłem
Tura, widziałem już ciemny zarys jego postaci leżącej w zagłębieniu
obok ścieżki.
Ona wyczuła jakimś dodatkowym zmysłem obecność męża, bo drgnęła
i cofnęła się krok w tył, patrząc w moją stronę. Bywa tak, że czujemy jakiś
lęk, przeczucie zagrożenia, które może wydawać się irracjonalne, jednak powoduje
przyspieszony bieg serca i zaostrza czujność i podejrzliwość. Wyglądała
właśnie tak, jakby owiał ją zimny wiatr, a może faktycznie zerwał się lodowaty
podmuch?
Chciałem ją objąć, jednak wyrwała się dysząc spazmatycznie i uderzyła
mnie w twarz. Zobaczyła jego leżącego, pobiegła przed siebie, ociężale,
podtrzymując brzuch rękami. Próbowała go podnieść, aż nagle gwałtownie
zerwała się z kolan i wystrzeliła w moją stronę. Kula świsnęła koło mnie,
padłem na ziemię i w zimnym oślizgłym błocie podczołgałem się do nich.
Leżeli przytuleni, jakby położyli się tu na odpoczynek; jej plecami wstrząsał
szloch, chociaż nie słyszałem żadnego dźwięku. Poczułem wzbierającą
we mnie falę złości, mulistą, mdłą. W jakimś błysku świadomości zrozumiałem,
że ona nie pokocha mnie, nigdy. Moje plany i marzenia umarły
w jednej chwili, stały się nic nie wartą padliną, śmierdzącym truchłem leżącym
w bieszczadzkim błocie. Pustka całkowita wypełniła moje ciało, byłem
lekki, nie ważyłem nic, taki obłok, mgła, zero. Z głębi lasu patrzyły
w moją stronę fosforyzujące czerwone oczy. Zbliżyłem się i strzeliłem jej
w tył głowy. Ona była tylko moja, i tak też pozostanie.
Znieruchomiała, kurczowo przyciśnięta do Tura, nawet w chwili śmierci
zdana na niego, nierozłączna. Ze zdumieniem zauważyłem jednak, że jej ciało
faluje, drży, a brzuch porusza się wypychany na różne strony. Dziecko
21
mieszkające w jej łonie walczyło z brakiem tlenu i z narastającym zimnem,
walczyło ze śmiercią w ciszy nastałej po zamilknięciu matczynego serca.
Pochyliłem się z zainteresowaniem obserwując walkę jeszcze nienarodzonego,
a już skazanego na śmierć. Dość długo to trwało, aż nastała cisza,
żaden ruch i żaden dźwięk nie tętnił w ich zwartych ciałach.
Zdjąłem im obrączki i założyłem na palec, obydwie, zwyczajem wdowca.
Umarła mi ukochana, byłem wdowcem, mogłem sobie pozwolić na okazanie
swej żałoby w taki sposób. W moim schorzałym umyśle nie widziałem
w tym nic okrutnego.
Po krótkim namyśle zabrałem również resztę złotej biżuterii, którą były
ozdobione jej palce, przeszukałem kieszenie ubrań. Nie zostawię przecież tego
komuś, kto zajmie się nimi, kiedy już będę daleko stąd.
22
**********
Znów leżałem na ziemi, a emocje kłębiły się w moim sercu jak węże. Las
dymił, parował kłębami sino białymi, do moich uszu dobiegały dźwięki wody
spadającej z drzew, krople stukały nierytmicznie. Ogarnęło mnie poczucie
dumy.
Wstałem i skierowałem się w stronę miasta, na przełaj przez ciemny
las. Nie potrzebowałem latarki, moje oczy doskonale widziały w ciemności,
miały bystrość oczu wilka. Doskonale orientowałem się w terenie. Postanowiłem
zanieść na posterunek głowy Turów, podać na tacy jak trofeum. Ja, leśny
zwierz, dokonałem tego, czego UB nie mogło zrobić tak długi czas. Wystarczyło
trochę sprytu. Czułem się najlepszy, po raz chyba pierwszy w życiu.
Biegłem przez las, nie potykając się, przeskakując strumienie, odbijając się
sprężyście od omszałych kamieni, byłem Achillesem, niepokonanym, bratem
złych mocy, niezwyciężony!
Skrzydła chwały niosły mnie, a mój szatan klaskał w dłonie dodając mi
siły. Nie odczuwałem zmęczenia, wręcz przeciwnie, każdy krok ładował
energią moje ciało. Zimne, mokre szale mgieł otulały mnie, chłodząc rozpalone
ciało. Piłem wodę ze strumieni nie nabierając jej w dłonie jak zwykle,
tylko ustami jak wilk, krzewy rozstępowały się przede mną, nie kalecząc
i nie drąc ubrania. Wspaniale czułem się otrzymawszy ciało i moc bestii,
nic nie było w stanie mnie zatrzymać.
Byłem wolny.
23
**********
W Krośnie, do którego wszedłem krokiem wojskowym i sprężystym, panował
spokój i nuda snuła się po kątach. Moje wejście nieco poruszyło żołnierzy.
Złożyłem meldunek z wypełnionej misji. Reakcja zaskoczyła mnie, czułem
się całkowicie zdezorientowany. Nikt nie gratulował, nikt nie ściskał mi
dłoni. Na twarzach ubowców widać było niechęć. Nikt nie chciał widzieć tego
bohatera, który upolował Tura, nie zainteresowano się mną należycie,
a nawet wśród wrogiej ciszy odprowadzono mnie do niedużej celi, gdzie na
nieświeżej pryczy mogłem zdrzemnąć się i odpocząć.
Moje wojenne dzieło, cel mojego życia, przybrał inny wymiar, czułem
się znów czterolatkiem, który nie sprostał zadaniu, a lęk przed karą owładnął
mną całkowicie. Diabeł chichotał w moim wnętrzu złośliwie. Zanosił
się wprost od śmiechu. Myśli kłębiły się chaotycznie. Wiłem się w męce.
Planowałem dalsze czynności, jednak mój mózg działał zbyt nieprecyzyjnie,
aż pogrążyłam się w niespokojnym śnie, z którego zrywało mnie co chwila
odczucie niesamowitego zimna, moje ciało drżało w sposób nad którym
nie miałem kontroli, tak samo jak straciłem kontrolę nad wszystkimi
fizjologicznymi odruchami. Siedziałem w gorącej kałuży własnego moczu,
a wstyd targał mną dotkliwie, nie chciałem by ktokolwiek zobaczył mnie
w stanie takiego upadku i poniżenia.
Przed oczami cały czas miałem pulsujący brzuch Maryni, ten płód walczący
o przetrwanie i jej dłonie kurczowo zaciśnięte na szyi Tura, dłonie
o wąskich paznokciach, posiniałych przy macierzy. Obraz ten nie znikał, pomimo
zaciskania powiek i innych prób zamazania i zlikwidowania go, męczył
mnie jak zły sen.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że widok ten nie opuści mnie do końca
życia, będzie zatruwał mi każdą wolną chwilę, powtarzał się w każdym śnie
zamienionym w nocny koszmar. Koszmar, którym jednocześnie delektowałem
się do upojenia.
24
Diabeł pilnował mnie, a jego chichot powoli ucichał, mój mózg też zwolnił
i zaczął racjonalnie pracować. Dłonie kurczowo zacisnęły się w pięści.
Ciało zebrało się w sobie, skurczyło stalą, zmężniało. Sumienie powoli uciszało
się, zamulało, powlekało czarnym osadem, aż zduszone ucichło, skonało
jak przysypane piaskiem ognisko. Wiedziałem już co robić. Zemszczę się
za moją porażkę. Moim celem będzie ich syn. Poczekam ile będzie trzeba,
czas będzie moim sprzymierzeńcem. Będę cierpliwy. Diabeł przyklasnął
triumfalnie i ukłonił się służalczo. Wstałem i znów byłem bestią, przyczajoną,
groźną, cierpliwą, podstępną. Mam czas. Zdecydowałem się.
25
**********
Miałem na swoim koncie wiele doskonałych filmów, bo tym zajmowałem
się przez długie lata. Przeważnie o tematyce wojskowej. Lubiłem to, byłem
w tym naprawdę dobry. Po drabinie mojej kariery piąłem się bez skrupułów,
kopałem i spychałem słabszych od siebie. Z politowaniem patrzyłem
jak spadają, zajmując coraz niższe szczeble, albo podejmują rozpaczliwe wysiłki,
by utrzymać się bodaj na najniższym. Nie do końca rozumiałem po co
tak walczą, skoro są słabi do tego stopnia, że mogę ich odsunąć jednym lekceważącym
ruchem ręki. Nie stosowałem się do żadnych zasad. Nie widziałem
zresztą takiej konieczności — i tak nikt nie był w stanie osiągnąć tego,
co mogłem osiągnąć ja, wszelkie wyrzuty były więc całkowicie zbędne. Musiałem
dbać o własną karierę, a nie interesować się wszelkim niedołęstwem,
które miało jakieś mizerne ambicje. Działałem nadal dla UB, jeździłem z kamerą
w różne interesujące miejsca i filmowałem to, co mogło być dla UB
przydatne.
Niestety i tutaj nie doceniono mojego talentu i zaangażowania, nie zrozumiano
co chciałem pokazać w moich filmach. Często wycinano z nich najlepsze
ujęcia. Nie chciano, by ludzie oglądali reportaże prawdziwe, wygładzano
je. Moje filmy zostawały w tej sposób okaleczane, nie przedstawiały
już dokładnie moich myśli, jednak nadal były cenione, wyświetlano je w kinach
przed każdym spektaklem.
Mam w swoim archiwum wiele taśm z reportażami z wypadków, gdzie
mogłem w interesujący sposób ukazać prawdziwe piękno śmierci. Ludzie
mogliby się dzięki mnie z nią oswoić, poznać, przestać wierzyć w życie
wieczne i zabobony. Wielokrotnie poświęcałem noce na zmontowanie filmu,
szlifowałem przekaz, by docierał do ludzi w całej pełni. Filmowałem
więc ofiary wypadków, rozczłonkowane ciała, jakieś luźno leżące kończyny
ubrane w kawałki poszarpanej odzieży lub nadal obute w mocno zawiązane
buty. Twarze, na których zastygło zdumienie, że śmierć dopada tak niespodziewanie.
26
Teraz jednak nadszedł czas na film o mnie, ja odegram w nim główną
rolę.
27
*****
Byłem wczoraj w Bieszczadach. Musiałem przejść jeszcze raz te same
ścieżki, stanąć w tym miejscu, gdzie dokonała się moja przemiana. Ubrałem
się wygodnie, a na palec wsunąłem obrączki.
Niewiele się tam zmieniło, oprócz tego, że musiałem się uporać z własnym
niedołężnym cielskiem, starość odebrała mi siły fizyczne, pokonanie
tych przeklętych wzniesień sprawiło mi niemało trudu, nie byłem już tym
samym chłopakiem! Leśniczówka, w której spędziłem tyle czasu i w której
znalazłem miłość swojego życia, była już ruiną, spróchniałą, walącą się ze
starości, podobnie jak ja. Pomyślałem, że Marynia teraz też byłaby już staruszką
zwiędłą i brzydką, a dzięki mnie zachowała młodość i urodę za zawsze!
Wokół domku walały się jakieś sprzęty, pordzewiałe balie, resztki potłuczonych
naczyń, jakieś poprzerastane chwastami szmaty. Okno wybitą szybą
informowało o czyimś wtargnięciu do środka, ułamana okiennica żałośnie
bujała się wisząc na jednym gwoździu. Widok opuszczonych domostw zawsze
jest przygnębiający.
Szarpnąłem drzwi leśniczówki. Ustąpiły ze skrzypnięciem, ze środka
buchnął na mnie smród wilgoci, jakiś stęchły i smutny. Przekroczyłem
spróchniały próg, jak kiedyś. W kącie zaszurała mysz, w rozpadającym się
piecu coś chrobotało.
Poszedłem ścieżką w stronę miejsca, gdzie niegdyś zabiłem Tura. Mój
mózg z przeraźliwą jasnością rejestrował wszystko wokół, wracał do tamtego
zdarzenia, dostarczał mi emocji, które ledwo mogłem udźwignąć, drżały mi
nogi, opierałem się z całej siły na lasce.
Musiałem spiąć całą wolę, postawić ją na baczność, przywołać do posłuszeństwa.
Nie mogłem pozwolić sobie na sentymenty. W ogóle ten wyjazd
wydał mi się w tej chwili całkiem zbędny, niepotrzebnie traciłem czas na jakieś
nikomu niepotrzebne wycieczki po tym dzikim terenie.
28
Odwróciłem się i dziarsko pomaszerowałem w dół. Droga była kamienista,
obok płynął potok, błoto dostało mi się do buta. Wtedy też usłyszałem
znany mi chichot. Mój diabeł był ze mną, nie opuścił mnie w tych chwilach,
kiedy byłem tak bliski upadku i powrotu do sentymentów!
Ochłonąłem błyskawicznie, ze złością oczyściłem but ze śmierdzącego
błota i ruszyłem dalej. Mój opiekun dodał mi sił, bo szedłem nie podpierając
się nawet laską, wymachiwałem nią wesoło,
kosząc rosnące na poboczu chwasty.
We wsi było jeszcze kilka domów, które pamiętałem z mojego pobytu
tutaj, na jednym podwórzu stała jakaś brudna starucha i popatrywała na
mnie z ciekawością. Nieczęsto widocznie tu się zdarza widzieć elegancko
ubranego człowieka, bo wpatrywała się we mnie nieustępliwie i natrętnie.
Natężałem do bólu pamięć, by przypomnieć sobie, jaka dziewczyna mieszkała
wtedy w tej chacie i nie mogłem uwierzyć by to była ta, której obraz
nasunął mi się przed oczy. Mieszkała tutaj młoda jasnowłosa, szczuplutka,
(nie pamiętam imienia, a może nawet go nie znałem, nie ma to żadnego znaczenia),
ale z dużym biustem, który ładnie falował przy każdym jej ruchu.
Lubiłem wtedy patrzeć na nią, szczególnie mój wzrok przyciągały te piersi,
duże, dorodne, ciężkie, z sutkami wyraźnie zaznaczającymi się pod bluzką.
Nawet teraz pamiętam, jakie to wywoływało we mnie uczucia. Pamiętam też
dokładnie jak przyniosła nam do lasu jedzenie, jakieś placki i mleko (sama
smażyła-pochwaliła się), odprowadziłem ją później kawałek i opowiedziałem
jej zmyśloną historię o swoim do niej uczuciu. Była czerwona jak wiśnia,
i chyba jej się to podobało, bo pozwoliła mi dotknąć piersi, co uczyniłem
z wielką ochotą.
Niemożliwe chyba, by była to ta sama osoba. Czas obszedł się z nią
okrutnie! Twarz miała pomarszczoną jak jabłko wiszące na jabłoni w mrozy!
Była taka przykurczona, a piersi, tak kiedyś piękne, przemieściły jej się
w okolice bioder, wyraźnie widziałem to pod bluzką. Zbliżyłem się do płotu
chałupy i ukłoniłem, przykładając palce do czapki. Chciałem tym wojskowym
ruchem przypomnieć jej tamte miłe zdarzenia sprzed pół wieku,
ale chyba mnie nie poznała, bo uciekła do domu trzaskając drzwiami. Wariatka.
29
Wróciłem do domu zmęczony, rzuciłem się na łóżko bez mycia, w odzieży,
i wtedy znów pojawił się mój diabeł. Podał mi dłoń i łagodnie z uśmiechem
poprowadził do czeluści, które były piekielnym wnętrzem mojego
własnego umysłu. Popatrzył na mnie z wyrzutem w oczach, z niezadowoleniem
wskazał na zegarek. Zrozumiałem, że straciłem zbyt wiele czasu na
rozważania i że przez moją opieszałość naraziłem się na niezadowolenie mojego
opiekuna, zawiodłem go i sam mogę mieć poważne kłopoty.
Obudziłem się we własnym łóżku, spocony, zmęczony jeszcze bardziej
niż się położyłem. Byłem wściekły, rozdrażniony do granic możliwości. Postanowiłem
działać szybko, zdecydowanie. Przełamałem moje starcze dolegliwości,
ubrałem się w świeżą odzież i wyszedłem z domu.
30
**********
Naciskając dzwonek do drzwi miałem pewność, że zobaczę syna Turów,
że w jego rysach dostrzegę podobieństwo do matki. Chciałem zobaczyć, jakie
wrażenie wywrze na nim spotkanie ze mną, z mordercą jego rodziców.
Spięty wewnętrznie oczekiwałem otwarcia drzwi, ale po chwili wsłuchiwania
się w szczęk przesuwanych zamków ukazała się kobieta, oznajmiając ze
mąż jej jest nieobecny. Wręczyłem jej mój scenariusz,,List do syna” z prośbą
o przekazanie mężowi. Nie byłem do końca zadowolony, chciałem osobiście
wręczyć mu moje pismo, nie lubię jak zdarzenia następują niezgodnie z moim
planem.
Mimo wszystko jednak czułem jak czas zatacza pętlę, wróciły emocje towarzyszące
mi w lesie wtedy, podczas tego ostatniego spotkania z Turami.
Nogi drżały mi, mocno ściskałem w dłoni laskę, ten upokarzający atrybut
starości.
Znów rozpierała mnie duma, okiem zwycięzcy mogłem patrzeć na snujących
się wokół nic nie znaczących ludzi. Bogom nocy równy, kochanek wielkiej
niedźwiedzicy. Z przyjemnością myślałem o tym, jak ich syn zagłębia się
w treść mojego listu. Jak cierpnie pod wpływem cynizmu i okrucieństwa, celowo
przeze mnie w nim zawartego. Wiedziałem, że ten list zburzy fundamenty
tej rodziny i moja zemsta będzie niezwykle skuteczna. Cała, latami
budowana, konstrukcja rodzinna i ideały krążące w żyłach Turów runą. Nawet
po wielu latach mogę pokazać swoją wyższość nad tym wiejskim watażką.
Nie dałem się. Mogę teraz odejść z poczuciem, że to zabójstwo jest moim
największym życiowym dokonaniem. Z zamierzonym okrucieństwem opisałem
moment śmierci Turów.
W pewnym momencie skoncentrowałem się nawet na tym, gdyż doszedłem
do przekonania, że jestem w stanie przedstawić synowi ostatnie chwile
jego rodziców. To dla rodziny może być ważne, a ja byłem jedynym ogniwem
łączącym ich istnienia. Myślę, że syn powinien być mi wdzięczny za informacje,
których mu listownie udzieliłem, ludzie latami szukają śladów swoich
31
bliskich — ja podałem mu wszystko na tacy. To relacja z pierwszej ręki, coś
szalenie unikatowego, mało kto ma szanse na taki materiał.
Nie wiem dlaczego nie docenił tego, ze z otwartym czołem stanąłem do
spotkania z nim, nie podał mi ręki, tak samo hardy i niepokorny jak jego ojciec,
choć tak szalenie wizualnie podobny do matki.
To był replay spotkania w Krośnie, dokładnie takie same uczucia mną
targały.
Znów byłem sam na sam ze swoim zwycięstwem. Nie docenił ten syn co
ja dla niego zrobiłem, dostał przecież odszkodowanie za śmierć rodziców,
więc o cóż mógł mieć do mnie jeszcze żal? Chciałem mu opowiedzieć o nich,
wypełnić lukę w pamięci dziecięcej. Tylko dzięki mnie mógł poznać rodziców
z ostatniego okresu.
Nie podał mi ręki, więc ja pozostawiam po sobie taki ostatni dokument,
by mógł go oglądać do woli, do momentu aż odczuje dla mnie serdeczność
i wdzięczność za to, co zdecydowałem się dla niego uczynić. To jest moja zemsta.
Mogę odejść spokojnie, wypełniłem wszystko, co mogłem. Odchodzę z poczuciem
dumy i wypełnionych obowiązków, bohaterstwo ma wiele twarzy.
KONIEC
***
Opowiadanie powstało na kanwie historii małżeństwa Janiny i Antoniego
Żubrydów, zamordowanych ręką Jerzego Vaulina. Ich ciała do tej pory
nie zostały odnalezione.
Morderca nigdy nie poniósł kary za swój haniebny czyn.
*,, List do Syna,, jest również tytułem filmu Iwony Batólewskiej. Przedstawia
on historię Żubrydów, polecam obejrzeć.
*,, List do syna,, — otrzymał syn Żubrydów od mordercy swych Rodziców
naprawdę.
32
październik 2016
Ewa Michalska
33
Trwa ładowanie...