Strach
Jest takie miejsce w Łodzi, w którym przebywając odczuwa się lęk. Zwyczajny lęk, powodujący szybkie bicie serca, przyspieszony oddech, chęć oddalenia się jak najszybciej. Irracjonalne odczucie bycia obserwowanym. To miejsce to położony na granicy miasta cmentarz na ulicy Zbójnickiej. Cmentarz, o którym wiedzą nieliczni – interesujący się historią Łodzi, lub ci, których przodkowie tam spoczywają. W latach 70 cmentarz został ,,przekształcony na teren zielony”, czyli usunięto nagrobki, zlikwidowano kamienne ogrodzenie i pozwolono czasowi gospodarować według własnego uznania. Dziś jest to miejsce zarośnięte wątłymi samosiejkami drzew, chwastami, i używane jako składowisko śmieci. Wśród starych opon, niepotrzebnych mebli, butelek po alkoholu można znaleźć resztki dawnego ogrodzenia z polnych kamieni, kilka ram grobowych i cembrowinę studni. Tylko skąd to dziwne uczucie lęku?
,, na cmentarzu przy Zbójnickiej są pochowani więźniowie z Sikawy, jednak nie wiadomo ilu, bo nie prowadzono żadnej ewidencji.” - napisał biskup Gloc, w dokumencie o projektowanej likwidacji cmentarza. Może to przyspieszyło proces likwidacji, bo jeszcze by ktoś się zainteresował tematem, co nie było potrzebne.
,,wywożono ich z obozu, i zakopywano na cmentarzu po drugiej stronie ulicy. Gdy nie było już miejsca, korzystano z zagłębienia z tyłu obozu, zasypano trupy dopiero gdy się zapełniło. To były setki, tysiące. Później posadzono tam pomidory.”
Czy obóz na Sikawie, w którym koncentrowano ludność niemiecką od 1945 roku a wcześniej Polaków, gdzie umierano z głodu i chorób jest w świadomości współcześnie żyjących ludzi? Otóż nie. Nawet mieszkańcy Łodzi często nie mają pojęcia, że przetrzymywano mu ludzi, często całkiem niewinnych, i wykorzystywano ich do niewolniczej pracy. Pracowali za darmo w okolicznych gospodarstwach, fabrykach, bez względu na wiek i możliwości fizyczne. W niedalekim Małczewie, w folwarku Schwarcschultza pracował wróg narodu, dwuletni Robert. Trudno stwierdzić jakie czynności mógł wykonywać dwulatek, ale jako ,,więzień niebezpieczny” pracować musiał. Dużo było na Sikawie takich maluchów, jak i dużo było starych ludzi. Wszystkich tych, którzy na początku 1945 roku nie uciekli z Łodzi bo nie mieli nic na sumieniu, i myśleli, że będą mogli dalej pracować na swoich polach, wychowywać dzieci, i umrzeć tam, gdzie przyszli na świat i oni, i ich rodzice i dziadkowie. Tych, którzy podpisali volkslistę, bo chcieli, i tych których zmuszono. Właścicieli fabryk, i zwykłych robotników, nauczycieli i rolników. Zabrano ich z domu i umieszczono w poniemieckich barakach. Poniemieckich – bo w czasie wojny był to obóz dla Polaków. Po wojnie zrobiono obóz dla Niemców. Wielonarodowościową Łódź podzielono, odseparowano ludzi żyjących niegdyś razem, będących sąsiadami, rodzinami.
,,moja babka pracowała przy zbieraniu trupów z ulic. Nie miała siły ich dźwigać, a pracująca z nią kobieta też była zbyt słaba z głodu. Obie zmarły przy tej robocie, i inne Niemki przejęły ich wózek do przewożenia zmarłych. Odwiozły je na Doły, do wspólnej mogiły. Nic nie mogłam zrobić, byłam zbyt mała i przerażona, widziałam tylko babcię na tym wózku, pod innymi trupami”.
,,zabrali nas do obozu na Sikawę, gdzie mamusię codziennie gwałcili. Zaszła w ciążę, ale dziecko urodziło się martwe. Na szczęście, bo i tak nie miało szans na życie w obozie”.
,,zgwałcono mnie, i mamusia zgłosiła to do strażnika. Zgwałcił mnie jeszcze raz, a później zawołał innych. Miałam wtedy 11 lat!”.
To tylko promil wspomnień z okresu powojennego. Moi rozmówcy nie są chętni do wracania w przeszłość. To jest coś, o czym chcą zapomnieć, wymazać z pamięci. Żeby nie śniło się w nocy, żeby nie przypominało się znienacka, powodując bicie serca i przyspieszony oddech. Dokładnie te same uczucia, jakich doznałam na Zbójnickiej, czyli zwykły, okropny strach. Ci ludzie przeszli tyle złego, że ich uczucia pozostały tu już na zawsze, w jakiś niewytłumaczalny naukowo sposób. Przeglądam dokumenty obozu w Sikawie, których jest niewiele. Zachowały się listy więźniów, dokumentacja dotycząca wynajęcia pracowników, opinie lekarskie na temat ich dolegliwości. To jest dokumentacja bardzo rozproszona, i trudna do odnalezienia. Można by ją z pewnością zgromadzić i uzyskać pełniejszy obraz tego, jak wyglądało życie łódzkich więźniów w obozie na Sikawie. Być może taką pracę wykonam, ale jest to ciężkie do udźwignięcia – psychicznie. Mamy wpojony obraz heroicznego Polaka, uczciwego i walczącego o swój kraj, jak więc przełamać uczucie wstydu, za to, co działo się od stycznia 45 roku? Jak podejść do tego tematu spokojnie, gdy ludzka krzywda wylewa się z pożółkłych kart archiwalnej dokumentacji? Co w ogóle znaczy ,,łódzki Niemiec”, gdy tyle lat ludzie mieszkali w jednym mieście, rodziny łączyły się, w jednym domu żyli ludzie różnego pochodzenia, poglądów, obyczajów? Sami ,,łódzcy Niemcy” często wcale nie popierali działań wojennych, byli więźniami obozów koncentracyjnych, a po wojnie trafiali na Sikawę i na Sybir jak najgorsi zbrodniarze. Sikawa jest jak wrzód na tkance Łodzi – nie doskwiera, gdy się go nie dotyka, ale wystarczy lekkie muśnięcie, by nie dał o sobie zapomnieć, pulsował i bolał.
,, wydano komendantowi 550 m tkaniny, za przydział niemek do pracy. Bez tego by się nie zgodził”.
,,codziennie chodziliśmy na Sikawę, by dać Tatusiowi chleb. Mama wchodziła tam ze strażnikiem, a ja czekałem przy ulicy. Później urodził się mój brat, a ja dopiero niedawno domyśliłem się, skąd on się wziął na świecie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, to taka tajemnica, o której nie wolno mówić. A zresztą może on i nie wiedział, po co mu miałem życie całkiem psuć. I tak nie był zdrowy, całe życie na lekach, coś miał z głową nie tak. Nic dziwnego, po tym co z matką tam pewnie wyprawiali”
,,nakazuję przydzielić 5 m3 niemców do prac przy uprzątaniu ulic”.
Ile to jest 5 m3 ludzi? Te dokumenty są tak trudne do zaakceptowania. Czy tylko dokumenty stanowią taki problem? Nie, cała powojenna sytuacja jest nie do zaakceptowania, nie do zrozumienia dla normalnego człowieka. Ta otchłań nienawiści, chęć zemsty, zburzone lub nawet zupełnie nie istniejące granice człowieczeństwa. Lata okupacji zniszczyły ludzi do szczętu. Jedni drugich wyrzucali z mieszkań, zabijali, dręczyli, ktoś nie wytrzymał i się powiesił. Ktoś nie wytrzymał i zabił rodzinę i siebie, bo nie dało się żyć. Nie dało się żyć bez chleba, bez możliwości zarobku, bez mleka w piersiach dla niemowląt, bez ciepłego okrycia na zimowe dni. Ale i nie dało się żyć po pobycie w obozie koncentracyjnym, po pobycie w nazistowskim więzieniu, po medycznych eksperymentach, po stracie bliskich. Nie dało się żyć w mieście, gdzie była Sikawa i z myślą, że tam właśnie są przyjaciele, sąsiedzi, że mieszka się w ich mieszkaniu, z którego ich wyrzucono. Siedziano na Sikawie z myślą, że ukochany syn czy córka dopuścili się w czasie wojny czynów, których by nigdy się po nich nie spodziewano. Taki konglomerat myśli i uczuć, których wspólnym mianownikiem był strach, co będzie jutro i jak mogło się to wszystko wydarzyć?
Nam, potomkom, zaszczepiono obraz sielankowego końca wojny, zwycięstw, powrotów z wojennej tułaczki, a był to czas okropnej udręki , niepewności, i właśnie – nieludzkiego strachu. Takiego strachu, który nigdy już, żeby nie wiem co człowiek robił, go nie opuści. Będzie nękał nocami, objawiał się chorobami, zabierze sens i radość życia. Przeniesie się na dzieci. Strachu, który zaszył się na Sikawie w każdy zakamarek, w każdy sęk drzewa i w każdy kamień i zostanie, będzie nękał, i będzie szedł za człowiekiem, będzie szeptał, co działo się w Łodzi po wojnie. Nawet dziś, teraz.
,, nie potrafię kochać. Wiem, jak należy się zachować, ale uczuć we mnie nie ma. Mam dzieci i wnuki. Oddałbym za nie życie, ale na co dzień myślę, czy nie są głodni. Cały czas o tym myślę. Cały czas.”
,, nie wiedzieliśmy, że babcia była na Sikawie. Nigdy nie powiedziała ani słowa na ten temat”.
,, mamusia chowała się pod kołdrę, gdy słyszała kroki na klatce schodowej. Uznaliśmy to za dziwactwo starszych ludzi, powiedziała o Sikawie kilka dni przed śmiercią. Tylko kilka słów – że mało nie zjadły jej wszy.”
,,- ten człowiek leżał na ulicy, jeszcze żył, ale był bez kontaktu. Zabrałam mu buty i zaraz je sprzedałam za kawałek chleba. Do dziś brzydzę się sobą, że to zrobiłam, najprawdopodobniej głód odebrał mi rozum. Myśli pani, że pójdę za to do piekła?”
Próbowałam doprowadzić do ekshumacji zmarłych z cmentarza na Zbójnickiej, ale mija już siedem (więcej, już nie liczę) lat, i nadal nie ma zgody na prace*. Może kiedyś do tego dojdzie, mam nadzieję. Sikawa jest chyba skazana na bycie miejscem nieprzyjaznym – dziś nadal jest tam więzienie.
Teraz gdy sytuacja na świecie jest tak niepewna, i grozi nam kolejny konflikt, temat Sikawy staje się znów aktualny i ważny. Trzeba mówić, jak wyglądało zwykłe życie po wojnie, by ludzie wiedzieli, co im grozi. Bo to, co wydarzyło się w Łodzi może się powtórzyć, jeśli ludzie nie będą wiedzieć takich rzeczy. Wojna to nie tylko walka, strzelanie, zwycięstwa i przegrane. To przede wszystkim dramaty ludzkie nie do opisania, przenoszone z pokolenia na pokolenie, niszczące tych, co przeżyli jak rak, powoli i boleśnie. Nie można bać się podawać Sikawy jako przykład, bo nie odpowiadamy za to się wydarzyło. Nie ma więc powodu by milczeć. Zawsze jest dobry czas na to, by wyciągnąć wnioski z historii, i tworzyć świat bez nienawiści. Po prostu widzieć w innych człowieka.
* teren cmentarza został ponoć przekształcony na Park Zbójnicki.
Trwa ładowanie...