Kto Ty jesteś? Polak mały? cz.2
Niedawnymi czasy zakończył się wieloletni projekt badawczy zespołu prof. Figlerowicza. Projekt bardzo głośny i kontrowersyjny w niektórych kręgach, a dotyczący różnic genetycznych występujących między społeczeństwem żyjącym na naszych ziemiach w okresie pierwszych Piastów i społecznościami zamieszkującymi nasze ziemie na przełomie er, czyli jakieś tysiąc lat przed pierwszymi Piastami. Każdemu, kto jest głębiej zainteresowany tematem polecam wysłuchać ten wykład, głównie z tego powodu, że prof. Figlerowicz ma tam rzadką okazję powiedzieć dokładnie czego dotyczył ów projekt. A różnych, nierzadko sprzecznych ze sobą wersji na ten temat czytałem już tyle, że zgłupiałbym, gdybym próbował bez tego źródła, tylko na podstawie tych wszystkich plotek, dojść o co w tych badaniach chodziło...
...Co dokładnie zbadał prof. Figlerowicz? Najstarsze genomy z terenów Polski jakie tylko były dostępne. Pobrano je z jednej strony z pochówków tzw. kultury Wielbarskiej, która pojawiła się na naszych ziemiach na przełomie er (ok. 2000 lat temu) i jest najczęściej wiązana przez historyków z przybyciem tutaj Gotów. A z drugiej, do porównań użyto materiału genetycznego z wczesnośredniowiecznych cmentarzysk (przełom X i XI w.) z okresu początków państwa pierwszych Piastów. Z terenów gdzie to państwo się tworzyło czyli głównie z Wielkopolski.
Do wyników zaraz przejdę, natomiast pierwsza sprawa o której musimy sobie tutaj powiedzieć to skąd w ogóle się wziął taki wybór szczątków do badań? Odpowiedź jest prosta. Innych po prostu nie mamy. Ze spalonych prochów nie potrafimy jeszcze odzyskiwać informacji genetycznej a zarówno pochówki kultury Wielbarskiej jak i pierwsze chrześcijańskie pochówki z X w. z Wielkopolski to są jedyne tak wczesne pochówki szkieletowe na naszych terenach. Wszystkiemu "winna" jest Epoka Brązu oczywiście...
...Dziś ciężko jest nam to sobie wyobrazić, ale umiejętność wytapiania metali była tak wielką zmianą kulturową i odcisnęła tak silne piętno na świadomości ludzkiej, że wszędzie tam gdzie wyroby metalowe zaczęły docierać, doszło również do zmiany obrzędów pogrzebowych. W czasie potrzebnym do przeminięcia tylko dwóch pokoleń ludzie na terenach całej prawie Europy przestali chować swoich przodków w grobach bogato wyposażonych w broń, biżuterię i przedmioty codziennego użytku. Zamiast tego składali do ziemi jedynie spalone prochy. Najczęściej w urnach różnego kształtu po których dziś się te kultury rozróżnia...
...Zmiana w świadomości ludzkiej, systemie wartości i wierzeniach musiała być ogromna, skoro zamiast wyposażać bliskich na podróż w zaświaty postanowiono poddawać ich tak szczególnej formie transsubstancjacji jak przeistoczenie w ogniu w całkowicie inny byt. A że jedno było powiązane z drugim niech świadczy fakt, że do wytopu metali i kremacji zwłok używano czasami tych samych pieców.
Tereny Polski w żaden sposób się temu trendowi nie oparły i w związku z tym w okresie od około 2000 lat p.n.e do około 950 n.e. i pierwszych pochówków chrześcijańskich mamy jedną wielką dziurę w materiale genetycznym. Pomijając drobny incydent z kulturą Wielbarską z I – IV w. n.e. To są prawie trzy tysiące lat braku danych. Wyobraźcie sobie tylko jaka to jest pożywka (ten brak) dla wyobraźni wszystkich, którzy chcieliby forsować jedynie im wygodną wizję przeszłości. Grzebać w tych wszystkich mitach założycielskich, zmieniać wersje i mącić nam wszystkim w głowach. Wprost wyborne.
No ale przejdźmy wreszcie do wyników badań grupy prof. Figlerowicza. Jedno co udało im się ustalić na pewno. To że zdecydowanie trzeba te wyniki podzielić na matrylinearną czyli żeńską i patrylinearną czyli męską linię dziedziczenia genów. Na szczęście było to możliwe bo, inne części naszego genomu dziedziczymy "po matce" a inne "po ojcu"...
...a z tego co udało się bezsprzecznie ustalić to że w linii żeńskiej różnic w materiale genetycznym z początku naszej ery a "wczesnymi Piastami" specjalnie nie widać...
...Czyli, że do utworzenia żeńskiej części społeczeństwa wczesnopiastowskiego żadna zmiana ludności ani dodatkowa migracja na przestrzeni wcześniejszych tysiąca lat nie była specjalnie potrzebna i prawdopodobnie się nie odbyła. Innymi słowy pierwsze Polki a nasze prapraprababcie nie różniły się specjalnie genetycznie od kobiet z pochówków "Wielbarskich" czyli ich pramatek.
Natomiast jeśli chodzi o męską linię dziedziczenia genów to tutaj różnice są już znaczne. Grupa Wielbarska składała się w dużej mierze z genotypów występujących w Skandynawii, ale nie tych kojarzonych przeważnie z Germanami, którzy genetycznie pojawiają się w Skandynawii dość późno, tylko ze starszymi genomami ludów północy...
...z kolei mężczyźni z pochówków wczesnopiastowskich z X i XI w. posiadają znaczny odsetek genotypów potocznie (aczkolwiek niesłusznie) kojarzonych ze Słowianami (czyli tak zwana haplogrupa R1a), mniejszy odsetek genotypów kojarzonych (również niesłusznie) z Germanami (czyli haplogrupa R1b) oraz domieszki kilku innych haplogrup, ale również najczęściej spotykanych w Europie północnej.
Czego to dowodzi? Po pierwsze że Goci, bo to z nimi "Akademia" wiąże pojawienie się kultury Wielbarskiej na naszych ziemiach w I w. naszej ery, mają genetycznie bardzo niewiele wspólnego z Germanami. Po drugie, że przybywali na nasze tereny głównie w grupach męskich (wojowników? kupców?), które asymilowały się z ludnością żyjącą już wcześniej na tych terenach. Co zdają się potwierdzać również cmentarzyska bi-rytualne, czyli takie gdzie pochówki szkieletowe (nowy obrządek przybyszów) występują razem z urnami zawierającymi prochy (stary obrządek lokalsów).
Innymi słowy Goci żenili się, bądź w jakikolwiek inny sposób łączyli w pary z kobietami miejscowymi. Bezsprzecznie przynieśli ze sobą kulturę materialną, która była dla żyjących już tutaj wcześniej ludzi z jakiegoś powodu atrakcyjna na tyle, że ją przejmowali. I wreszcie po trzecie, że na podstawie zebranych danych w żaden sposób nie da się powiedzieć czy między innymi mężczyznami żyjącymi na tych terenach już wcześniej – zanim przybyli tutaj Goci – a tymi którzy byli chowani na pierwszych chrześcijańskich cmentarzyskach w Wielkopolsce w X i XI w. za czasów pierwszych Piastów występują jakieś różnice genetyczne, czy też nie.
I już bez względu na to jakie były intencje sponsorów tych badań i zespołu prof. Figlerowicza, ich wyniki są tak niekorzystne dla wszystkich tych narracji historycznych i mitów założycielskich, że od czterech lat nie możemy się doczekać ich zrecenzowania i potwierdzenia przez jakikolwiek inny zespół naukowców. A dopiero po tym, będzie można je ogłosić jako oficjalnie potwierdzone naukowo. Jak by to powiedział jeden z moich kolegów poławiaczy, udało się profesorowi otworzyć prawdziwą "puszkę z Pandorą", bo w tym świetle ani wersja o germańskości ludów pierwotnie zamieszkujących tereny miedzy Łabą a Wisłą jest nie do utrzymania, ani nie broni się historia o wielkiej migracji i cudownym rozmnożeniu Słowian przybyłych między Łabę i Wisłę z prypeckich bagien w okolicach VI w. naszej ery po tak zwanej wielkiej pustce osadniczej, której prawdopodobnie również nie było. Albo, nawet jeśli była to nie wyglądała tak, jak to jest obecnie w podręcznikach do historii opisywane. No i mamy klops.
Mamy klops, masę niepotwierdzonych przecieków do prasy i szybko dementowanych plotek na temat pochodzenia naszej pierwszej dynastii królewskiej. Raz Mieszko Pierwszy miałby być Wikingiem, potem zaraz Czechem albo Niemcem. Innym razem próbuje się go skoligacić z Piktami z północnych rubieży Szkocji albo przynajmniej podczepić pod jedno z plemion żyjących w tamtych czasach na dalekich stepach Ukrainy. Można odnieść wrażenie, że pewnym "grupom wpływu" bardzo zależy na tym, żeby w jakikolwiek sposób udowodnić, że Piastowie nie byli miejscowi. Nie pochodzili z tych terenów. Terenów obecnej Wielkopolski. Nie wiem jak Was, ale mnie tam zawsze kusi w takich przypadkach, żeby zadać sobie jedno krótkie pytanko. Czyżby?
Oczywiście twardych dowodów żadnych nie mam. I śmiem twierdzić, że takie dowody zapewne nigdy się nie znajdą. Zbyt wielu grupom interesów byłoby to nie w smak. Natomiast jest kilka bardzo ciekawych poszlak wskazujących na to, że Piastowie w istocie mogli być miejscowi. Pierwszą z nich jest trop na jaki naprowadził mnie prof. Andrzej Buko. Profesor jest archeologiem specjalizującym się w okresie wczesnopiastowskim. W trakcie tego wykładu...
...podzielił się swoim spostrzeżeniem, że jak się naniesie na mapę Wielkopolski wszystkie założenia (grody) wczesnopiastowskie to od razu widać, że większość z nich tworzy pewną linię. Tak jakby to była granica chroniąca pierwotne terytorium piastowskie przed najazdem z zachodu, bądź coś w tym rodzaju...
...I o ile faktycznie nie sposób się z profesorem nie zgodzić, że linia utworzona przez grody wybudowane przez Piastów na przestrzeni około 20-30 lat (czyli superszybko) faktycznie jest bardzo interesująca, to już w "graniczną" jej interpretację ciężko mi uwierzyć. Bo pośród tych grodów znajduje się również stolica ówczesnego państwa Piastów (Ostrów Lednicki). I byłby to chyba pierwszy przypadek w historii świata, kiedy gród stołeczny – miejsce najważniejsze pod względem administracyjnym i reprezentacyjnym – była ustanowiona na granicy jakiegoś państwa, czyli w miejscu w którym łatwo może dojść do jej zniszczenia bądź utraty. Tak się po prostu nie robi. A przynajmniej ja nie słyszałem o żadnym władcy (a historia zna naprawdę wielu szalonych), który postąpiłby w tak nieodpowiedzialny sposób.
Natomiast jak się naniesie te wczesnopiastowskie grody na mapę i dołoży do tego (odpowiednio skorygowane pod względem szerokości i długości geograficznej) miasta które w swojej Geografii wymienia na naszych terenach już Klaudiusz Ptolemeusz, oraz miejsca w których od XIX w. natrafiano na znaleziska archeologiczne związane z czasami kiedy w pogoni za bursztynem przemierzali nasze ziemie wpierw Etruskowie i starożytni Grecy a później Rzymianie, to wnioski czego może dotyczyć ta "linia demarkacyjna" nasuną się same.
Jedną rzecz jeszcze tutaj trzeba najpierw podkreślić. Od głębokiej starożytności po czasy Mieszka i jego następców (właściwie do połowy XVIII w.) tereny od Śląska po Pomorze były pokryte niezliczonymi mokradłami i bagnami. Porastały je też nieprzebyte puszcze a zarówno Odra jak i Warta czy Noteć tworzyły naturalne granice bardzo trudne do przebycia. Szczególnie dla większych grup ludzkich, czy to ciężkozbrojnych armii czy choćby karawan kupieckich podróżujących z towarami. Było kilka miejsc dosłownie w których można było się przez te szeroko rozlane i zabagnione rzeki przedostać w miarę bezpiecznie na drugą stronę i miejsca te musiały być znane podróżnym na przestrzeni tysiącleci, bo w ich pobliżu jedynie i na szlakach łączących jedne z drugimi odnajdywano artefakty dające się przypisać do kultur Greckiej i Etruskiej początkowo a później Rzymskiej. Teraz sobie te miejsca prześledzimy zaczynając od południa naszego kraju.
Oczywiście Brama Morawska, czyli przejście z terenów obecnych Czech do Polski przez Kotlinę Kłodzką nie było jedynym, którym kupcy antyczni podróżowali z południa Europy nad Bałtyk po bursztyn. Jednak jeśli już ktoś zdecydował się iść tym szlakiem, to po minięciu okolic dzisiejszego Kłodzka (Ptolemeuszowska Stragona), w Niemczy musiał wybrać jedną z dwóch dalszych dróg...
Pierwsza, nazwijmy ją zachodnią, prowadziła przez Świdnicę, Strzegom, Legnicę i Lubin do brodów na Odrze w okolicach Głogowa. A po przejściu tych brodów kierowano się dalej na północ w stronę Przemętu / Śmigla bądź w okresach bardziej suchych Kargowy / Chobienic tak...
...żeby mijając od zachodniej strony obecny Poznań i rozlewiska Warty dotrzeć do brodów na tej rzece w okolicach Obrzycka bądź Obornik. A po ich pokonaniu było już bardzo blisko do mokradeł noteckich oddzielających Wielkopolskę od Pomorza, które przechodzono/przepływano w okolicach dzisiejszego Czarnkowa (Ptolemeuszowy Limiosaleion), Piły, czy Miasteczka Krajeńskiego...
...Następnie skrajem Borów Tucholskich przez Łobżenicę, Tucholę i Czersk (Ptolemeuszowy Skurgon)...
...docierano w okolice Stargardu Gdańskiego i Tczewa skąd można było albo udać się na wybrzeże w okolice Trójmiasta, albo skręcić na Malbork i przez Elbląg i Braniewo dotrzeć na Sambię...
Druga droga, nazwijmy ją wschodnią, prowadziła z Niemczy po prawej stronie Ślęży, przez okolice Wrocławia do brodów na Odrze w okolicach Brzegu...
...Następnie przez Wołów, Wąsosz i Gostyń pozwalała dotrzeć do Śremu gdzie przeprawiano się przez Wartę by podróżować dalej przez Nadziejewo...
...Lednogórę w okolice Żnina (Ptolemeuszowska Setidava i pobliski Biskupin). Zaraz za Żninem, w bliskości którego przeprawiano się przez Noteć...
...kierowano się na Bydgoszcz (Ptolemeuszowy Askaukaulis) gdzie jeszcze trzeba było pokonać albo Brdę żeby podróżować dalej w okolice Tczewa i finalnie Trójmiasta, albo Wisłę by przez Chełmno, Słup i Elbląg dotrzeć na Sambię...
Oczywiście wszystkie występujące w powyższym opisie nazwy miejscowości (poza Ptolemeuszowskimi) są współczesne, i zostały tutaj użyte tylko po to, żeby łatwiej wyznaczyć miejsca w których dokonano odkryć archeologicznych artefaktów (ceramika, brązy, wyroby złote i monety oraz bursztyn) wiązanych ze wspominanymi przeze mnie wcześniej kulturami Etrusków, Greków czy Rzymian.
Z powyższych znalezisk wynika również, że istniało kilka możliwości, żeby z jednego z tych szlaków przenieść się w miarę bezpiecznie na drugi. Ale żeby nie mieszać wszystkim Wam dalej w głowach nie będę ich tutaj nakreślał szczegółowo. Tym bardziej, że już z taką podstawową wiedzą na temat tych dwóch antycznych szlaków bursztynowych możemy wrócić do wczesnego średniowiecza i spostrzeżeń prof. Buko...
...Jeśli przyjrzeć się dobrze jaki ruch wykonany został za czasów pierwszych Piastów, to z łatwością da się zauważyć...
...że z jednej strony grody postawione na Noteci pozwoliły odciąć, bądź kontrolować w całości wszystkie ówczesne przejścia na Pomorze. I te w stronę Zatoki Gdańskiej i półwyspu Sambijskiego. Natomiast z drugiej strony, ta ciekawa dla profesora "linia demarkacyjna" grodów biegnąca przez środek Wielkopolski zbiega się niemalże idealnie z tym drugim antycznym, wschodnim szlakiem bursztynowym, który opisałem powyżej...
...Tak jakby ktoś wprost chciał powiedzieć przemierzającym wówczas nasze ziemie kupcom: "Hej, nie ma po co jechać tamtędy bo i tak was nie przepuścimy. A tu u nas to jeszcze nastawialiśmy co chwila Orlenów i MOPów żebyście mieli łatwiej podróżować z tymi swoimi towarami".
I jeśliby w istocie z tego powodu powstały te wszystkie grody, to ciężko jest takiemu posunięciu odmówić swego rodzaju taktycznego geniuszu. Szczególnie ze względu na fakt, że w następstwie tych działań grody określone przez prof. Buko jako niepiastowskie, z zachodniej wielkopolski, a pokrywające się z tym pierwszym, zachodnim szlakiem, w tym samym okresie podupadają i zostają opuszczone tak jakby ktoś odciął im dostęp do finansowania, bądź tego z czego wcześniej mogły rozkwitać? I w żaden sposób nie da się zaprzeczyć, że do takiego posunięcia trzeba było mieć bardzo dobrze rozpoznane i teren i jego gospodarkę i historię oraz handlowe zależności z tego wszystkiego wynikające. Ciężko jest mi posądzać o taki przebłysk geniuszu kogoś, kto miałby być przybyszem "z oddali" w pierwszym bądź drugim pokoleniu, choćby nie wiem jak wielkie ambicje przywódcze posiadał.
Natomiast łatwo jestem w stanie zrozumieć, że takie posunięcie musiało bardzo mocno zdenerwować beneficjentów tego zachodniego szlaku, którym "ktoś" zakręcił kranik z miodkiem. Stąd i notoryczne najazdy na Polskę i walki Mieszka i Chrobrego z królami ówczesnych Niemiec. I próby zaprzyjaźnienia się Ottona III z Chrobrym podczas zjazdu w Gnieźnie w 1000 roku. I dalsze wojny po śmierci tegoż Ottona i z Niemcami i z Czechami, zakończone ostatecznie najazdem Brzetysława w 1038/9 roku, który przejął Śląsk i całkowicie spustoszył i ograbił Wielkopolskę ostatecznie niszcząc cały ten wczesnopiastowski tranzytowo - handlowy układ. I to by była już druga przesłanka za tym, że Piastowie znali bardzo dobrze i historię i specyfikę terenu który zamieszkiwali.
Ale, spróbujmy dołożyć jeszcze trochę oliwy do tego ognia. Załóżmy przez chwilę, że mityczny protoplasta / założyciel całej dynastii, czyli Piast Kołodziej, nie był jakimś małorolnym oraczem co ledwo koniec z końcem wiązał i tylko szczęśliwym trafem (bądź "Ręką Boską") został wepchnięty na tron. Załóżmy że zajmował się tym dokładnie, jak go później w legendach nazywano. Czyli był wysoce wykwalifikowanym specjalistą (jak na owe czasy oczywiście) w branży transportowej...
...Bo i koło potrafił zrobić i piastę do tego koła. Czyli dwa elementy absolutnie niezbędne do tego, żeby transport wozowy mógł się w ogóle odbywać. A zapewne również i jedno i drugie potrafił wymienić i naprawić. Jeśli w tej rodzinie wiedza w jakikolwiek sposób była przekazywana z pokolenia na pokolenie, to i z tego powodu wcale mnie nie dziwi że dokładnie taki a nie inny układ tych wczesnopiastowskich grodowych inwestycji został wprowadzony w życie.
W żaden sposób nie dziwi mnie również bogactwo jakie z tego tytułu udało się Piastom w tak krótkim czasie zgromadzić. Podobno podczas zjazdu w Gnieźnie w 1000 roku...
...pałac Chrobrego zdobiły kolumny z Lapis Lazuli – kamienia drogocennego wówczas, a wydobywanego na pograniczu Afganistanu. Wszyscy uczestnicy tego zjazdu spożywali posiłki na złotych talerzach, które każdy mógł sobie potem wziąć na pamiątkę. A w stajniach Chrobrego można było spotkać nawet wielbłądy. A w każdym razie istnieją zapiski o tym, że jednego takiego dromadera Chrobry podarował w ramach podkreślenia ich ówczesnej przyjaźni jednemu z niemieckich margrabiów. Również ostatnie odkrycia archeologów podwodnych z Ostrowa Lednickiego...
...tylko dodatkowo potwierdzają że korzystając z bycia pośrednikiem na przecięciu dwóch najważniejszych dla tych terenów szlaków handlowych udało się Piastom zgromadzić skarby z całego chyba ówczesnego świata w ogromnych ilościach. A jakie pieniądze można zrobić na pośrednictwie to najlepiej chyba świadczą raporty finansowe takich firm jak Google czy Meta, które w olbrzymiej części przejęły rynki reklamy na całym świecie i dziś zaliczane są do tzw. "Magnificent Seven" czyli siedmiu firm o największej kapitalizacji na cały świecie.
Kończąc już nasze rozważania na temat swojskości bądź obcości Piastów musimy jeszcze wspomnieć o kolejnych badaniach genetycznych, których wyniki pojawiły się dosłownie w zeszłym (2024) roku. Pierwsze z nich dotyczyły Celtów i ich olbrzymiej ekspansji między VI a III w. p.n.e. na terenie całej Europy...
...Otóż okazało się, że rozprzestrzenienie się języków i kultury celtyckiej nie szło w parze z porównywalnym rozprzestrzenieniem genomów celtom przypisywanych. Czyli mówiąc prościej, za językiem i kulturą nie szli bezpośrednio jacyś konkretni ludzie. Były powody dla których i język i kultura celtycka mogła w tamtym czasie zdobyć olbrzymią popularność na tak szerokich terenach ale to tak szeroki temat, że nawet nie zamierzam go teraz ruszać. A ponieważ jest on szeroko powiązany z bursztynem to na pewno jeszcze sobie o tym porozmawiamy, przy innej okazji.
Drugie badania archeogenomów, stosunkowo podobne do tych pierwszych, dotyczyły ludności wiązanej w historiografii i archeologii z ludami germańskimi. I co ciekawe, również tutaj zespół badaczy składający się z ponad 120 naukowców z całego świata doszedł do podobnych wniosków...
...Nie dość że za językiem i kulturą materialną nie szło rozprzestrzenianie się na masową skalę wiązanych z Germanami genomów, to jeszcze okazało się, że najczęściej opiewane w germańskich mitach plemiona Cymbrów i Teutonów były genetycznie najbardziej zbliżone do Galów czyli Celtów. Swoją drogą, w tym świetle wcale mnie nie dziwi, że żaden niemiecki badacz do dziś jeszcze się nie wypowiedział w tej sprawie.
Oczywiście nie będę tutaj naświetlał jak przedstawiały się dokładnie wyniki tych badań, bo nie taki jest mój cel dzisiaj. Dla mnie najważniejszy jest pewien schemat który jest w obu tych przypadkach bardzo dobrze widoczny. Co więcej, z czasów co do których dysponujemy już źródłami pisanymi możemy wyodrębnić okresy i obszary na których sytuacja wyglądała bardzo podobnie. Zarówno łacina jako język, jak i stojąca za nią kultura promowana od wczesnego średniowiecza przez Kościół Katolicki nie niosła za sobą materiału genetycznego, który by wymienił ludność na terenie całej Chrześcijańskiej Europy na tą pochodzącą rdzennie z "Włoskiego Buta". Z jakiego powodu, to zapewne wszyscy, którym pojęcie celibatu nie jest obce doskonale wiedzą.
Podobnie sprawa miała się z rozkwitem Hanzy w XIII i XIV wieku. Język niemiecki stał się wówczas podstawowym językiem w jakim komunikowali się wszyscy w basenie morza Bałtyckiego i Północnego. Od Narwiku po Nowogród. Kulturowo również cały zestaw wynalazków tak materialnych (Koga, północny gotyk) jak i społecznych (lokacja na prawie niemieckim) stał się powszechnym na podobnym obszarze. Ale i w tym przypadku (mimo braku celibatu) nie niosło to za sobą rozprzestrzenienia na masową skalę odpowiednich genomów. A już na pewno nie sposób przy tej okazji mówić o całkowitej wymianie genetycznej ludności na terenach do których ta kultura i język dotarły. Eksterminacja Prusów w Państwie Krzyżackim to osobny przypadek, ale nawet tam nie udało się tego pruskiego żywiołu unicestwić do końca.
Idźmy dalej. Dlaczego do dziś połowa Afryki mówi po francusku mimo tego, że "z buzi" żadnych Franków nie przypomina to sprawa tak oczywista, że nawet nie będę jej rozwijał. Z hiszpańskojęzycznym Meksykiem i portugalskojęzyczną Brazylią podobnie. Szkoda gadać bo to oczywista oczywistość jest. Dlaczego na Wyspach Brytyjskich mówi się dziś głównie po angielsku to już ciekawsza historia, ale i na nią szkoda tutaj czasu. Bo pora zadać pytanie, za które w innych okolicznościach (gdybym był poważanym naukowcem na przykład) zapewne próbowano by mnie spalić na stosie.
Skoro w przypadku tylu różnych języków i kultur historia i genetyka dowodzi że można je przejmować od "innych" bez, nazwijmy to kolokwialnie, "zarażenia się" pewnym charakterystycznym genotypem, to niby dlaczego miałoby być inaczej w przypadku języków słowiańskich? Jeśli podobnie brzmiące słowa o tym samym znaczeniu możemy odnaleźć nawet w indyjskim sanskrycie, to może w tych słowiańskich językach była jakaś atrakcyjność? Choćby taka, że były to języki szeroko rozumiane na odpowiednich szlakach handlowych? Łączących Indie i Chiny z Europą na przykład? A im dalej na swoich wozach docierali władający tymi językami kupcy, tym więcej ludzi uczyło się używać tych języków i przejmowało odpowiednią technologię? Czy część z tych kupców zostawała w różnych miejscach na tych handlowych szlakach? Z całą pewnością tak. I z całą pewnością z różnych powodów. A cześć z nich zapewne nawet żeniła się z miejscowymi kobietami i miała z nimi potomstwo. Ale to jeszcze wcale nie znaczy że wszędzie tam gdzie dotarli dochodziło do wymiany całej miejscowej ludności na nową, świeżo przybyłą.
Czy w związku z tym przodkowie Mieszka I byli takimi właśnie przybyszami? To już właściwie bez różnicy. Równie dobrze mogli być miejscowi a techniki potrzebnej do obsługi wozów i prowadzenia interesów nauczyć się od takich właśnie "egzotycznych", ale osiadłych już przybyszów. A czy musieli być miejscowi żeby przewodzić okolicznym ludom? Zupełnie nie. Zarówno wczesnogermański jak i wczesnosłowiański demokratyczny model wyboru władcy zakładał, że zgromadzenie reprezentantów (opole) na wiecu wybierało tego, o którym jednomyślnie uważano, że się do tej roboty nadaje najlepiej. I bynajmniej nie dlatego, że miał niebieskie oczy i jasne włosy tylko ze względu na jakieś znaczne zasługi dla całej wspólnoty, bądź odpowiednie przymioty charakteru (Lestek czy Lech – to podobno znaczy przebiegły, "łebski").
I o ile archeogenomika niewiele jest nam w stanie rozjaśnić na temat Piastów czy naszych "praojców" to jednak dosyć jasno wynika z niej że nasze "pramatki" były tutaj i tysiąc i dwa tysiące lat temu. Tylko czy w związku z tym musieliśmy być kiedykolwiek jednolitą etnicznie wspólnotą? Absolutnie nie. Żyjemy w przestrzeni nazywanej przez amerykańskich strategów korytarzem wojen. Ale jest to również korytarz przepływu. Przepływu kapitału, idei, towarów i usług. Trzeba pamiętać, że od tysięcy lat krzyżowały się na naszych ziemiach przynajmniej dwa olbrzymie szlaki handlowe. A więc musieli tutaj również pojawiać się ludzie z różnych stron świata. Stron przez te szlaki połączonych. I spośród ludzi podróżujących tymi szlakami, część zapewne już zostawała, bo przecież Polska to bardzo dobre do życia miejsce na ziemi jest.
Co więcej, może się okazać, że poszukiwanie genomu charakterystycznego dla któregokolwiek narodu, czy szerszej nawet grupy (Germanów czy Słowian) to może być cel nieosiągalny głównie z tego powodu, że próbuje zaspokoić jakieś XIX wieczne imperialne rojenia o czystości etnicznej, a nie realny obraz rzeczywistych społeczności, które jeśli tylko spojrzeć na wszystkich tych przedwojennych Gedanerów, Breslałerów, Wilniuków czy Krakowiaków zawsze stanowiły jakąś genetyczną i etniczną mieszankę. Mieszankę dla której znacznie bardziej istotne było to, jaką pożyteczną społecznie rolę ktoś mógł wypełniać niż z jakiej konkretnie pochodził narodowości. Zresztą, czy dzisiaj jest tak bardzo inaczej? Kto w tym roku nie jadł jeszcze kebaba albo "chińczyka" niech pierwszy rzuci kamieniem.
I to są chyba główne powody dla których z bardzo dużym dystansem podchodziłbym do pomysłów i intencji stojących tak za "Wielką Germanią" jak i za "Wielką Lechią". Ani obydwa "twory", ani naciągane za nimi archeologiczno - historyczne argumenty i budowane na ich podstawie mity założycielskie nie wpisują się ani w fakty, ani w przedstawiony tutaj tok rozumowania. Co więcej, sporo drobnych śladów, na które się natykam w moich "bursztynowo - szlakowych" poszukiwaniach wskazuje na to, że być może istnieje jakieś trzecie rozwiązanie, leżące jak prawda – pośrodku, o którym jest głównie bardzo cicho.
Ale na chwilę obecną zamiast gotowych odpowiedzi dysponuję jedynie całym zestawem pytań. Czy dynastia Piastów to był początek, kontynuacja czy zakończenie pewnego tworu / wspólnoty interesów / organizmu o charakterze znacznie większym niż plemienny? Dlaczego akurat w Płocku znajduje się Herma św. Zygmunta...
...który był królem Burgundów i żył na przełomie V i VI w. (ale nie tu, tylko na terenie obecnej Francji), a mimo wszystko do dziś jest patronem wielu kościołów w Polsce? Dlaczego pierwotny herb Burgundów wyglądał tak...
...i jakie to ma historyczne powiązania z naszym godłem? Co z tym wszystkim mają wspólnego zarówno Wandalowie, Weneci jak i wszystkie te plemiona o dziwnie swojsko brzmiących nazwach o których pisałem powyżej? Strasznie dużo tych pytań a coś czuję, że to tylko sam czubek tej "góry lodowej". Ale nie bójcie się, nie zostawię Was z nimi. Będziemy tego "słonia" jeść tak, jak nas "murzynek Bambo" uczył. Po kawałku. W kolejnych odsłonach "Szlaków Bursztynowych", bo wszystko to mi się pięknie z bursztynem zazębia i wiąże...
...a tymczasem wszystkiego dobrego...
Trwa ładowanie...