Chopin! Chopin!
Jako, że jestem dość kapryśnym widzem z kina wychodzę przeważnie połowicznie zadowolona. Może w ogóle film to nie jest moja bajka, albo dzisiejsze kino jest zbyt oczywiste i przewidywalne. Z góry wiem co się wydarzy, wiadomo, że będzie przemoc i seks, które zdominują obraz, jakby nic innego na świcie nie było warte uwagi. Po filmie ,,Chopin Chopin!” Nie spodziewałam się innych wrażeń, niż tych, które przekazywano z pokolenia na pokolenie, czyli smutnego, samotnego i chorego pianisty łkającego z tęsknoty za Polską. Wprawdzie już w ,,Pragnieniu miłości” pokazano Chopina jako człowieka, nie tylko kompozytora, ale w ,,Chopin, Chopin!” reżyser nie tylko zapukał w spiżowy pomnik ale zwyczajnie go obalił, i oto Fryderyk stanął jak żywy. Młody chłopak, jak każdy żyjący pełnią życia, uwielbiany przez tłumy, w dodatku - co ważne - przez kobiety które mdlały na jego widok. Charyzmatyczny, umiejący żonglować własnym urokiem, jak każdy artysta miotał się między tym upojnym smakiem sławy a jednocześnie mający poczucie, jak powierzchownie jego twórczość jest rozumiana. Godziny pracy, gdy szukał odpowiedniej nuty, rodzenie się melodii, która już istniała w jego umyśle ale jeszcze nie była szeregiem nut na papierze, fizyczne cierpienie z niemożności przekazania uczuć - doskonale pokazany proces tworzenia, gdy człowiek jest sam i sam musi uporać się ze swoim umysłem, nadać dziełu odpowiednią formę. Uwielbienie tłumów jest nikłą rekompensatą za ten nadludzki wysiłek, choć jest to oczywiście miłe. Tak jak nocne hulanki, picie wina, i inne sprawy, w których młody Fryderyk brał udział. Później jak to w życiu bywa chciał mieć kogoś bliskiego, co nie wyszło, bo panny wówczas dużo do gadania nie miały ani w sprawach miłości ani własnego zamążpójścia. Wybrana przez Fryderyka panna panią Chopinową nie została, co zamienił na szereg nut i przecierpiał chciałoby się powiedzieć jak każdy młody człowiek, ale problem tkwi w tym że Fryc nie był zwykłym młodym człowiekiem. Cierpienie artysty wykracza poza jakieś ogólnie zrozumiałe ramy, w dodatku coraz bardziej czuł się chory i słaby. Z rozpaczliwą siłą chwytał się każdej możliwości, by gruźlicę wyleczyć, i bał się śmierci, która była pewna. Może nawet nie tyle bał się śmierci, co bolesnego procesu umierania, cierpienia, niemocy. W zasadzie w swoim krótkim życiu otrzymywał od losu takie okruchy szczęścia – oklaski po koncercie, miłość bez przyszłości, dobre samopoczucie po dniach niemal konania.
Eryk Kulm doskonale sprawdził się w roli Chopina. Obsada jest niezwykle ważna, i tu moja jedna uwaga i zarazem rozczarowanie – w ,,Pragnieniu Miłości” rolę Matki Fryderyka grała niezapomniana Jadwiga Barańska, którą w omawianej ekranizacji zastąpiono okropną i pretensjonalną Ostaszewską. Smutek wzbudza widok Ostaszewskiej w wannie, udzielającej porad życiowych choremu Fryderykowi, który jest przecież jej filmowym synem. Pomijając niestosowność nie do przyjęcia w owych czasach , by syn towarzyszył matce w takiej chwili uderza brak zainteresowania, znudzenie, a nawet niechęć do syna który przyjechał niespodziewanie do rodziców. Nie wiem, czy takie były rodzinne stosunki w domu Chopina, ale jedno jest pewne – film zachęca do głębszego poznania posągowego Fryderyka. Jednym słowem pozycja obowiązkowa!
Trwa ładowanie...