Wstęp...
Chciałem napisać maila do... nieważne. Nie wasza sprawa. Miał być osobisty, ale właśnie przyszła moja była. Cały nastrój prysł jak bańka mydlana. Niestety wciąż mieszkamy razem. Nie stać mnie, w tej chwili, na nowe mieszkanie. Cały majątek... ale to później. Co tu robić? Myśli się kłębią niczym chmury burzowe na jesiennym niebie, i to od dłuższego czasu. Chyba jak zwykle poserfuję po necie. Ot tak, bez celu, bez potrzeby. Od myśli do czynu nie daleko. Odwiedzę jakiś portal, jeden i drugi, trochę poczytam. Może coś zaciekawi i poszukam więcej informacji. Byle zabić nudę samotności. Lecz najpierw poczta, jest, zalogowało. Są dwa maile służbowe, to później, nie chce mi się teraz czytać i odpowiadać. Pozostałe to samo barachło, francowaty spam. Jakieś reklamy, parę propozycji bez znaczenia. Ooo... jest, mail w sprawie zapomnianego hasła z Google. Trzeba wejść, mam jakieś zaległe zdjęcia do uporządkowania. Tyle że nie chce mi się nimi zajmować. Ale co tam, spróbować można. Wchodzę i... na samym początku znowu reklamy... googlowskie. Szybki ślizg wzrokiem po treści i szukam linku do galerii. Jest, już mam kliknąć... ale, ale, curig z powrotem. No właśnie, można otworzyć na Googlach blog. Chodzi za mną, od dłuższego czasu, taka myśl... pisać, pisać i pisać. O czym, nie ważne, byle przelać na papier własne myśli i uczucia, jakieś wspomnienia. Tylko że nie chcę tego całego bałaganu z kartkami. A może by... tak, czemu nie. Założenie okazało się niezbyt trudne, spróbujcie sami. Nie będę opowiadał. Tytuł, nagłówki, o sobie jakoś poszło. Sam nie wiem, jak i dlaczego w ten sposób, ale jest strona. Teraz tylko pisać. Mam nadzieję, że jakoś pójdzie, może wytrwam w jakieś systematyczności. Zresztą nieważne. Jestem tutaj i koniec. Zaczynam. No, może później, jutro lub pojutrze…
[18 marca ad 2009]
… przygodę z „piórem” zacząłem dość wcześnie. Jeszcze w szkole podstawowej, choć wtedy bardziej czytelnictwo mnie pociągało. Dopiero w szkole średniej, za sprawą profesorki, polonistki, życzliwiej na „pióro” spojrzałem. Okres „warszawski” to istna namiętność, choć wszystko spaliłem po śmierci żony, zbyt bolesne wspomnienia budziły. Następne ćwierć wieku to druga żona, drugie życie i rodzina. Tylko rodzinne kartki świąteczne i laurki pozostały… W 2009 roku powróciłem, już na stałe, do swej „miłości do pióra”…
Trwa ładowanie...