Czy masz kontakt sam ze sobą? | Grudzień 2025

Wyobraźmy sobie człowieka, który doskonale funkcjonuje we współczesnym świecie. Wie, jak działają ludzkie emocje i potrafi nimi zarządzać - na mały smutek 15 minut gimnastyki, na większy lęk dwie tabletki relanium. Do pracy ubiór business casual, w domu raczej dresy, by zachować work-life balance. Psychoterapii nie potrzebuje, bo przecież nie jest „chory”. Na stres zazwyczaj wybiera się na saunę. Dzięki dobrej formie, wypracowanej na siłowni, cieszy się ogólną sprawnością ciała. Ukończył kurs psychologii społecznej i zarządzania w biznesie, więc zarówno firmowe jak i domowe konflikty rozwiązuje jak rasowy prezes.

 Technicznie rzecz biorąc, taki człowiek spełnia wiele kryteriów „dobrego funkcjonowania”: realizuje cele, kontroluje nawyki, utrzymuje status i sprawczość. Możliwe, że sam opisuje siebie jako szczęśliwego - bo jego potrzeby zewnętrzne są w dużej mierze zabezpieczone. Albo może nawet się nad tym nie zastanawia, czy jest szczęśliwy, bo uznaje to za zbyt mało istotne. 

 Wątpliwość pojawia się wtedy, gdy spojrzymy na różne wymiary “bycia szczęśliwym”. W tym przypadku odróżnimy sprawność od dobrostanu. Sprawność oznacza skuteczne działanie i regulowanie objawów (np. napięcia - choćby wspomniana sauna, relanium czy trening). Dobrostan - bardziej stabilne poczucie sensu, kontaktu ze sobą, relacjami i własnymi emocjami. U części osób „poczucie szczęścia” bywa zastąpione przez „poczucie, że ogarniam”, a pytanie o emocje i odczucia schodzi na dalszy plan. Priorytetem staje się przetrwanie i utrzymanie kontroli.

 Czy taki człowiek poszedłby na psychoterapię? Bodźcem do pójścia paradoksalnie nie musi być traumatyczne doświadczenie, wystarczy dłuższy okres życia w takim dysonansie: „przecież robię wszystko tak jak trzeba, a jednak czegoś brakuje”. To moment, w którym strategia oparta na kontroli przestaje dawać oczekiwany efekt i bardzo trudno się do tego przyznać przed samym sobą. Ale po kolei… Bo najpierw trzeba sobie uświadomić, jak bardzo oddzieleni od własnych emocji potrafimy być na co dzień. 

 Nasz bohater wychodzi z pracy z zamiarem powrotu do domu i już na parkingu orientuje się, że zapomniał kluczyków do samochodu. Obiektywnie: nic nieznaczący drobiazg. Ale subiektywnie, zamiast frustracji związanej ze zgubieniem kluczy, z jakiegoś powodu pojawia się ulga. I to jest cenna informacja, którą bardzo łatwo przeoczyć lub zbagatelizować. Ale pochylmy się nad nią. 

 Jeśli przyjrzeć się kontekstowi, można zauważyć możliwy mechanizm: rano była kłótnia z żoną. Później był stresujący dzień w pracy, który dodatkowo skumulował ilość negatywnych emocji. Nasz bohater jest w tym momencie kłębkiem nerwów. Powrót do domu oznaczałby konfrontację, napięcie, trudną rozmowę - i na pewno skończyłby się wybuchem. „Brak kluczy” tworzy lukę w tym przebiegu zdarzeń - daje chwilę oddechu i odracza spotkanie. Ulga może więc wynikać nie z „gubienia”, ale z chwilowego zmniejszenia presji psychicznej. 

 I część z Was może kojarzyć dokładnie to samo zjawisko z pewnego mema. Różnica jest taka, że poniższe zachowanie jest intencjonalne (uświadomione), a zgubienie kluczy i związana z nim ulga - nie: 

 

 Gdy ktoś ma nawyk szybkiego „wygaszania” emocji zamiast szukania w nich informacji na temat samego siebie, te emocje zmieniają się w jedno nieczytelne doświadczenie: napięcie. 

 W tym miejscu widać, jak działa częsty wzorzec: regulacja objawowa zamiast regulacji opartej na zrozumieniu znaczenia i źródle problemu. Regulacja objawowa skupia się na tym, by szybko obniżyć poziom dyskomfortu (tabletka, trening, sauna jako mechanizmy wyciszania objawów napięcia). Regulacja oparta na znaczeniu zakłada natomiast, że emocja jest informacją. Informacją o naszych potrzebach, granicach, wartościach i wielu innych kwestiach. Zerkając na nią świadomie i dochodząc do sedna, jesteśmy w stanie zidentyfikować a następnie naprawić źródło problemu. I o ile spojrzenie na emocje pod tym kątem nie jest łatwe i przyjemne, to jednak długofalowo to właśnie ono pozwala nam dojść do siebie. 

 Jakby to wytłumaczyć jeszcze prościej - gdy boli Cię ząb, to doraźnie możesz wziąć tabletkę przeciwbólową. Ból (objaw) tymczasowo ustąpi. Ale nie wyleczysz w ten sposób zepsutego zęba. I jeżeli nie skierujesz uwagi na źródło problemu, a ciągle będziesz odsuwać od siebie objawy, to w końcu konsekwencje będą ogromne i leczenie kanałowe to najmniejsza z nich. 

 Współczesna kultura sprzyja regulacji objawowej: łatwo mierzymy kroki, sen, kalorie, efektywność, a znacznie trudniej mierzymy… samopoczucie emocjonalne. Sygnały takie jak rozdrażnienie, niechęć, tęsknotę czy potrzebę bliskości. W efekcie można świetnie funkcjonować na zewnątrz (i nawet aplikacja Cię w tym utwierdza!) a jednocześnie mieć ograniczony dostęp do własnego wnętrza.

 Wróćmy do naszego bohatera. Gdybyśmy zbadali w takim człowieku jego najbardziej bolesne punkty, nie wiadomo, na co byśmy trafili. Czasem scrollowanie telefonu pomaga mu zapomnieć, że jest smutny przez to, że jego ojciec się rozchorował. Kiedy czuje złość z powodu zepsutego ponownie samochodu, zaciska pięści i idzie zrobić cardio na bieżnię. Nie czuje żalu, że skończyły się prawdziwe emocje w małżeństwie, bo po kryjomu korzysta z OnlyFans’a, który nieudolnie ale jednak łata mu tę emocjonalną pustkę. 

 Nie może nic przeżyć, bo nie daje sobie chwili na rozpoznanie i nazwanie tego, co w nim siedzi. Jedyne co zna, to bezimienne napięcie, z którego należy się uwolnić natychmiast. A jeśli już od kogoś bliskiego - nawet od żony - dostaje pytanie o to, co się z nim właściwie dzieje, to odpowiada, że “jest okej, to nic takiego, po prostu zwykłe zmęczenie, niedługo minie”. 

 Wiedza o sobie nie jest wyłącznie wiedzą logiczną. Można mieć świetną narrację o sobie i jednocześnie słaby kontakt z tym, co się realnie przeżywa. Wtedy tożsamość łatwo opiera się na zewnętrznych markerach (pozycja, osiągnięcia, kompetencje), a emocje - zwłaszcza te „niepożądane” - są traktowane jak zakłócenie.

 W takich warunkach pojawiają się krótkie, przypadkowe „przecieki” emocji: nostalgia na widok czyjegoś gestu, tęsknota przy zapachu, krótkie poczucie pustki. Jeśli człowiek natychmiast je zagłusza, traci dostęp do sygnałów, które mówią o jego więziach i stratach. Brak kontaktu ze stratą nie oznacza szczęścia - częściej oznacza brak informacji o sobie.

 Jednocześnie trzeba uczciwie zaznaczyć: nie każdy „sprawny powierzchownie” człowiek jest od razu nieautentyczny. To możliwe, że ma bogaty świat wewnętrzny, że potrafi przeżywać, że jego sukces wynika z pasji, a nie ze skrajnej potrzeby kontroli. Tego nie da się ocenić z zewnątrz.

Wnioskiem z tych rozważań nie jest rezygnacja z dążenia do sukcesu, tylko korekta założeń: nie wszystko da się w nieskończoność wyciszać i kontrolować, a próba pełnej kontroli bywa strategią regulowania lęku. Zamiast natychmiast usuwać przeżycie, można nauczyć się je rozpoznawać i nazywać - a dopiero potem decydować, co z nim zrobić. 

 Wracając do sceny z kluczami: jeśli człowiek zauważy ulgę i potraktuje ją jak informację, może wrócić do domu spokojniej, bo rozumie, co się w nim dzieje (złość, smutek, poczucie winy, zmęczenie). Jeśli zignoruje sygnał i wróci „na autopilocie”, napięcie może znaleźć ujście w relacji - choćby poprzez drażliwość i przeniesienie na postronne osoby.

 To właśnie w takich drobnych, pozornie nieznaczących sytuacjach da się dostrzec różnicę między „ogarnianiem” a prawdziwym dobrostanem. I to właśnie takie drobne, niepozorne sytuacje są pierwszymi sygnałami ostrzegawczymi, że trzeba zajrzeć do środka i zobaczyć, czy wszystko jest ok. Jak to zrobić?

 Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba robić rewolucji ani bawić się w swojego własnego psychoanalityka. Wystarczy być dla siebie bardziej… ludzkim i empatycznym. Wystarczy zwolnić. Zatrzymać się i zapytać: co dokładnie poczułem? Nie “dlaczego”, nie “kto zawinił”, nie “jak to naprawić”, tylko właśnie “co poczułem?”.  

 I w odpowiedzi na to pytanie, możesz spróbować nazwać 3 proste zjawiska: emocję, myśl jej towarzyszącą i sygnał, który zwrócił na nią Twoją uwagę. Przykładowo: “Czuję złość, bo nie wykonałem planu sprzedażowego. Zauważyłem to po zaciśniętej pięści podczas jazdy samochodem”. 

 To brzmi banalnie, ale często już samo nazwanie tych elementów sprawia, że napięcie przestaje być bezimienne, a przez to tak nieuchwytne i trudne do zidentyfikowania, a staje się czymś, co ma sens (ma pewien związek przyczynowo-skutkowy w tle), a zatem można to spróbować rozwiązać. 

 Wtedy robi się miejsce na drobną zmianę języka. Zamiast odpowiadać kolejny raz „jest okej, nic takiego, przejdzie mi” można powiedzieć sobie choćby: „jestem spięty”, „jest mi przykro”, „jestem rozdrażniony”, „jest mi trudno”. To nie jest dramatyzowanie, tylko rezygnacja z bagatelizowania własnych problemów. 

 Na początku będziesz mieć chęć do zagłuszania tych odczuć czymkolwiek, co wpadnie Ci w ręce. Telefonem, pornografią, piwem, serialem, treningiem, bieganiem itd. Ale spróbuj wyjść z tego mechanizmu objaw-wyciszenie. Spróbuj przynajmniej przesunąć w czasie wyciszenie, dopóki nie przyjrzysz się trochę temu objawowi i nie zrozumiesz jego źródła. A jeżeli masz kogoś, komu ufasz, to zwróć się do tej osoby i porozmawiaj właśnie o tym. Być może ona też wycisza swoje emocjonalne objawy, zamiast się im przyjrzeć… 

 Trudno czasem mieć odwagę przyjrzeć się, zapytać siebie -  “o czym” jest to uczucie? Uznać za znak, że coś w środku domaga się, żeby to odkryć. Zobaczyć, że nasze życie, powierzchownie perfekcyjnie uporządkowane i poprawne, nie jest wcale tak bardzo nasze. 

 Bycie człowiekiem, który się nad niczym nie zastanawia tylko prze do przodu może i jest skuteczne w osiąganiu pewnych celów. Ale może niepostrzeżenie stać się  ucieczką od bycia człowiekiem, który przeżywa i czuje. Remedium na te stany jest jedno: wystarczy być… ludzkim. Również dla samego siebie.

 

Zobacz również

12.2025 - Podsumowanie szóstego miesiąca oraz półrocza działalności
Krótka analiza zjawiska społecznego | Listopad 2025
11.2025 - Podsumowanie piątego miesiąca

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...