Wojna jako narzędzie przetrwania dla upadającej władzy. Czy Iran uratuje Trumpa?

Obrazek posta

Prezydent stojący nad polityczną przepaścią ma do dyspozycji narzędzie prostsze niż reforma czy kompromis: wojnę. Konflikt zewnętrzny z reguły podnosi notowania, najczęściej rozbraja opozycję i otwiera drogę do użycia aparatu państwa w prywatnym interesie. Przeczytałem na ten temat ciekawą analizę Timothy’ego Snydera, który proponuje, aby na atak na Iran spojrzeć z dwóch perspektyw porządkujących ten mechanizm: wojna jako sposób demontażu demokracji od środka oraz wojna jako kanał osobistej korupcji prezydenta.

 

No dobrze, ale wracają do teorii, że wojna w Iranie została rozpętana przez Trumpa na potrzeby wewnętrzne. Z perspektywy nauk politycznych ten schemat nie jest nowy. Teoria „diversionary war”, rozwijana od dekad w badaniach nad polityką zagraniczną, opisuje sytuację, w której przywódca uwikłany w kryzys wewnętrzny (na przykład dramatycznie słabe wyniki gospodarcze, za którymi idą fatalne sondaże i to w dodatku na progu wyborów) inicjuje konflikt międzynarodowy, licząc na efekt „rally ’round the flag”.

“Rally ‘round the flag” to popularne zawołanie patriotyczne z czasów wojny secesyjnej w USA, oznaczające jednoczenie się wokół sztandaru w walce o wolność. Ten termin ma swoje źródło w piosence żołnierskiej “The Battle Cry of Freedom”, napisanej przez George'a F. Roota. W 1862 roku był to hymn Unii (Północy) wzywający do walki z secesjonistami, a dziś w naukach politycznych ta fraza oznacza po prostu gwałtowny wzrost poparcia dla lidera politycznego w czasie kryzysu międzynarodowego lub wojny.

W krótkim horyzoncie taki ruch często bywa skuteczny. Część elektoratu opozycji i wyborców niezdecydowanych zawiesza krytykę i przesuwa się w stronę władzy, bo zagrożenie zewnętrzne wydaje się ważniejsze niż skandal, inflacja czy nieskuteczne rządzenie. To, co w czasie pokoju uchodzi za zwykły polityczny konflikt, w czasie wojny łatwo przedstawić jako brak lojalności. Krytyk działań zbrojnych zaczyna funkcjonować w tym samym języku, którym opisuje się przeciwnika na froncie. Snyder ujmuje to wprost: wojna stwarza pretekst do „zjednoczenia się” wokół przywódcy i oznaczenia oponentów jako zdrajców.

 

W przypadku Trumpa i ataku na Iran na razie średnio to działa, a za to prowadzi do jeszcze większej polaryzacji wśród Amerykanów. Tylko 7-10% demokratów popiera działania militarne przeciwko Iranowi, zaś 74-79% sprzeciwia się tej interwencji. Z kolei wśród republikanów poparcie wynosi ok. 68%. Dla porównania, w klasycznym efekcie „rally” (jak po 11 września) poparcie rosło gwałtownie w obu obozach. W tym wypadku Demokraci niemal całkowicie odrzucają działania administracji. Jeśli więc doszło do efektu “Rally ‘round the flag”, to być może Trumpowi chodziło o konsolidację własnego elektoratu, bardzo ostatnio zdemobilizowanego.

Drugi poziom dotyczy instytucji. Wojna sprzyja koncentracji decyzji: szybkim rozkazom, tajnym dokumentom i operacjom prowadzonym bez szerokiej debaty. Procedury demokratyczne, takie jak uchwały parlamentu, kontrola sądowa czy jawność działania, z natury rzeczy spowalniają ten proces. Charles Tilly (jeden z najbardziej wpływowych amerykańskich socjologów, politologów i historyków XX wieku, uznawany za twórcę nowoczesnej socjologii historycznej) podsumował to jednym zdaniem: nowoczesne państwa powstawały dzięki wojnie, a sam mechanizm miał wiele wspólnego z „zorganizowaną przestępczością”, czyli ochroną oferowaną w zamian za pieniądze i podporządkowanie.

Konflikt wymaga stałej armii, rozbudowanego aparatu fiskalnego, służb bezpieczeństwa i systemu nadzoru. Raz zbudowane, te narzędzia rzadko znikają po zawieszeniu broni. Snyder przenosi tę diagnozę na współczesne Stany Zjednoczone: wojna z Iranem nie toczy się w próżni, lecz w kraju, w którym prezydent od lat sprawdza, jak daleko może przesunąć granice władzy wykonawczej wobec innych instytucji.

Ale mamy tu do czynienia z jeszcze jedną warstwą - pieniędzmi. Snyder zadaje pytanie o przepływy finansowe: kto płacił, komu i w jakim momencie. Regionalnymi przeciwnikami Iranu są państwa Zatoki Perskiej oraz Izrael, a to właśnie te podmioty w ostatnich latach pompowały fundusze w biznesowe otoczenie Trumpa: emirackie inwestycje w firmy rodziny Trumpa, saudyjskie kontrakty i wydarzenia organizowane w jego obiektach, prywatny odrzutowiec przekazany przez Katar. Gdy amerykańskie rakiety uderzają w Teheran, działają w interesie tych samych rządów, które wcześniej zasilały majątek osobisty głowy państwa. Każdy, kto śledzi bliskowschodnią geopolitykę, dobrze wie o politycznym i wyznaniowym konflikcie między Iranem a arabskimi krajami Zatoki Perskiej. Spór przestaje więc dotyczyć wyłącznie „amerykańskich interesów narodowych”. Pojawia się pytanie, czy armia Stanów Zjednoczonych nie staje się instrumentem obsługi zobowiązań wobec zagranicznych patronów prezydenta.

Snyder nie idealizuje Iranu; ja zresztą też go nie rozgrzeszam i mam o religijnym reżimie w Teheranie jak najgorsze zdanie. Masowe zabójstwa pokojowych demonstrantów i brutalna reakcja reżimu na społeczne niezadowolenie, w tym protesty wywołane katastrofalnym kryzysem - to wszystko prawda, to wszystko miało miejsce. Nawiasem mówiąc, wynajmuję dom na przedmieściach Waszyngtonu od kobiety, która uciekła z Iranu po rewolucji islamskiej, więc co się też od niej nasłuchałem, to moje. Istnieją inne narzędzia nacisku: długofalowe sankcje, wsparcie dla opozycji czy poważna polityka klimatyczna. Takie działania wymagają cierpliwości i wiarygodności, a tych może brakować administracji skupionej przede wszystkim na własnym przetrwaniu i własnym bilansie finansowym.

 

Współczesne badania nad erozją demokracji pokazują, że to właśnie momenty kryzysowe przyspieszają ten proces. Profesorowie Steven Levitsky i Daniel Ziblatt (wykładowcy z Uniwersytetu Harvarda) opisują, jak liderzy wybrani w wolnych wyborach wykorzystują stany wyjątkowe, by stopniowo podporządkować sobie sądy, media i system wyborczy. Snyder wpisuje wojnę z Iranem w ten wzorzec. Postrzega ją jako moment, w którym można jednocześnie ograniczyć możliwość głosowania, choćby przez atak na głosowanie korespondencyjne w armii, zawęzić debatę publiczną do patriotycznych haseł i skierować ogromne środki finansowe do wąskiej grupy beneficjentów.

Wojna nie wymazuje przeszłości. Nie tworzy czystej kartki, na której obywatele nagle uwierzą w każdą sprzeczną narrację, jeśli towarzyszą jej flaga i retoryka bezpieczeństwa narodowego. Konflikt zbrojny raczej obnaża rdzeń systemu: sposób zarządzania strachem, wykorzystywania aparatu państwa i traktowania przemocy, czy jako narzędzia polityki publicznej, czy jako inwestycji z prywatnym zwrotem. Najgorsze, co mogłaby dzisiaj zrobić Ameryka, to uwierzyć, że znajduje się w sytuacji binarnego wyboru - ktoś jest złoczyńcą, a ktoś bohaterem. Bo może to jest po prostu wybór między dwiema formami erozji demokracji lub po prostu dwie różne formy destabilizacji. W niektórych historiach nie ma bohaterów pozytywnych.

P.S.

Zachęcam też do wysłuchania ostatniego odcinka podcastu - niby o micie Straconej Sprawy, wojnie secesyjnej i jej współczesnych konsekwencjach, a jednak częściowo również o stanie i amerykańskiej armii i zarządzaniu wojskiem. Kto słuchał mojego wywiadu z emerytowanym generałem Ty Seidulem, może potwierdzić, że wyszła z tego fantastyczna rozmowa: https://smartlink.ausha.co/adz/zdrajcy-na-pomnikach-jak-historia-usa-zostala-zdeformowana-przez-mit-szlachetnego-poludnia

 

Zobacz również

Szwindel wyborczy jednak był, ale nie ten, o którym mówił Donald Trump
Most, drony, szczepienia i spisek, czyli zwykły tydzień w Ameryce
Cena złamanych reguł. Dziś Bill Clinton, jutro Donald Trump

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...