Hegseth publicznie zapowiedział popełnianie zbrodni wojennych

Obrazek posta

Sekretarz obrony Pete Hegseth (którego uparcie odmawiam nazywania sekretarzem wojny) zapowiedział w ubiegłym tygodniu, że w wojnie z Iranem amerykańskie siły pokażą wrogom „no quarter, no mercy” – używając formuły, którą prawo wojny rozumie jako odmowę oszczędzania przeciwnika nawet wtedy, gdy jest ranny, bezbronny lub próbuje się poddać. Nie był to wprawdzie formalny rozkaz, raczej barwny ozdobnik w wypowiedzi dla prasy, ale wielu ekspertów prawa wojennego nie odebrało tej wypowiedzi w kategoriach metafory, lecz jako zapowiedź praktyki, którą współczesne prawo jednoznacznie uznaje za zbrodnię wojenną.

Podczas briefingu w Pentagonie Hegseth oświadczył, że miniony piątek miał być „najbardziej intensywną i śmiercionośną” fazą amerykańskiej kampanii powietrznej w Iranie i chwalił się szybkim „unieszkodliwieniem” potencjału militarnego przeciwnika. W pewnym momencie dodał, że siły USA pokażą wrogom „no quarter, no mercy”. Historycznie ta fraza jest deklaracją bezwzględnego uderzenia w przeciwnika, nawet wtedy, gdy nie jest on już zdolny do walki. Ma ona w tradycji wojennej bardzo konkretne znaczenie, czyli odmowę brania jeńców i oszczędzania żołnierzy składających broń, wywołała falę alarmistycznych reakcji prawników i organizacji broniących praw człowieka.

Historycznie fraza „no quarter” wywodzi się z języka wojskowego XVII wieku i oznacza odmowę darowania życia przeciwnikowi, który się poddaje. Najczęściej łączy się ją z pojęciem „quarters”, czyli zakwaterowania dla jeńców: jeśli zwycięzca odmawiał wzięcia ich do niewoli, nie musiał ich utrzymywać przy życiu. Istnieje też drugie wyjaśnienie, wiążące ten zwrot z dawnym zwyczajem wykupu oficera za część jego żołdu. W obu przypadkach sens pozostaje ten sam: przeciwnik nie może liczyć ani na łaskę ani na niewolę.

Od czasów wojen napoleońskich „no quarter” przestało być wyłącznie brutalnym hasłem dowódców i stało się pojęciem technicznym. W XIX wieku Kodeks Liebera, przygotowany dla armii Unii podczas wojny secesyjnej, po raz pierwszy próbował skodyfikować zasady „cywilizowanego” prowadzenia działań zbrojnych. Lieber wyraźnie odróżniał środki surowe, ale dozwolone, od praktyk całkowicie zakazanych, w tym rozkazów, które w praktyce oznaczałyby zabijanie przeciwnika nawet po jego kapitulacji. Ta tradycja, później wzmocniona przez Regulamin Haski (regulamin dotyczący praw i zwyczajów wojny lądowej z 1907 r.) i powojenne raporty dotyczące zbrodni I wojny światowej, prowadzi do współczesnego konsensusu: „no quarter” nie jest ani barwnym idiomem ani kwestią interpretacji, lecz sygnałem, że jedna ze stron zamierza odrzucić samą ideę poddania się.

Współczesne prawo humanitarne traktuje „no quarter” jednoznacznie i surowo. Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża ujmuje ten zakaz w regule 46 swojego zestawienia zwyczajowych norm prawa konfliktów zbrojnych: wydawanie rozkazu „no quarter”, grożenie takim rozkazem lub prowadzenie działań na tej podstawie jest zakazane bez względu na charakter konfliktu. Opracowania akademickie od lat podkreślają, że mowa o normie zwyczajowej, potwierdzanej w podręcznikach wojskowych, ustawodawstwie i praktyce państw. W literaturze poświęconej prawu wojny nie ma sporu co do tego, że „no quarter” należy do twardego rdzenia zakazów, obok masakr ludności cywilnej i zabijania jeńców.

Ten konsensus znajduje odzwierciedlenie także w instrumentach prawa karnego międzynarodowego. Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego, ratyfikowany przez dziesiątki państw, wymienia deklarowanie, że „no quarter will be given” wprost jako zbrodnię wojenną w kontekście międzynarodowego konfliktu zbrojnego. Co istotne, odpowiedzialności karnej podlega nie tylko ten, kto faktycznie doprowadza do masakry poddających się żołnierzy, ale również ten, kto publicznie ogłasza, że nie będzie „ocalałych”. Samo wypowiedzenie takiej deklaracji w warunkach realnego konfliktu zbrojnego i z pozycji dowódczej jest traktowane jako przekroczenie czerwonej linii.

Amerykańskie opracowania wojskowe, choć powstają na użytek wewnętrzny, są w tej kwestii równie jednoznaczne. Podręczniki prawa wojennego dla sił zbrojnych USA, kontynuujące w pewnym sensie tradycję Liebera, zakazują zarówno wydawania, jak i wykonywania rozkazów zmierzających do zabicia przeciwnika po jego kapitulacji. Uderza tu zbieżność języka: „orders that there shall be no survivors” są wskazywane jako oczywiście bezprawne, niezależnie od tego, czy przybierają formę pisemnego rozkazu, czy ustnej deklaracji dowódcy. W wielu komentarzach przypomina się też, że amerykańscy żołnierze mają obowiązek odmówić wykonania rozkazów jawnie sprzecznych z prawem wojennym, a „no quarter” należy do najbardziej klasycznych przykładów takich rozkazów.

Dlatego dla prawników specjalizujących się w tej dziedzinie wystąpienie Hegsetha nie było niewinną wpadką semantyczną. Byli prawnicy rządowi zwracają uwagę, że urzędnik tej rangi, odpowiedzialny za łańcuch dowodzenia i zasady użycia siły, nie może pozwolić sobie na język, który z perspektywy prawa międzynarodowego brzmi jak zapowiedź zbrodni wojennej. Nawet jeśli intencją było podniesienie morale własnej opinii publicznej albo wysłanie sygnału determinacji do Teheranu, słowa „no quarter” wypowiedziane z mównicy Pentagonu są czymś więcej niż retoryczną przesadą.

Część ekspertów dopuszcza możliwość, że Hegseth użył historycznego terminu w kontekście ataku na Iran, nie do końca świadomy jego prawniczego ciężaru. Ale ta linia obrony sama stała się przedmiotem krytyki. Od szefa resortu, który od miesięcy forsuje obraz „moralnej słabości” prawa wojny i publicznie narzeka na „kajdany Konwencji Genewskich”, trudno oczekiwać, że nie rozumie podstawowych pojęć z własnego podręcznika. W tym sensie „no quarter” nie pojawia się w próżni. Wpisuje się w szerszą wizję konfliktu, w której skuteczność militarną przeciwstawia się rzekomej „miękkości” norm humanitarnych.

Dla żołnierzy na niższych szczeblach taki przekaz pozostaje niebezpiecznie dwuznaczny. Z jednej strony oficjalne regulaminy i szkolenia podkreślają bezwzględny zakaz zabijania osób, które się poddały. Z drugiej słyszą z Waszyngtonu hasła, które w języku prawa wojny oznaczają właśnie to, czego prawo zabrania. W praktyce oznacza to przerzucenie części ciężaru odpowiedzialności na ludzi w polu: to oni mają rozpoznać, kiedy słowa przełożonego są „tylko retoryką”, a kiedy stają się sygnałem, że normy humanitarne można potraktować jako opcjonalne.

Reakcje świata prawniczego na wystąpienie Hegsetha są więc czymś więcej niż akademicką debatą o językowych niuansach. Czy Stany Zjednoczone, państwo, które przez dekady współtworzyło reżim prawa humanitarnego, są gotowe tolerować na czele resortu obrony człowieka, który igra z jednym z jego najbardziej fundamentalnych zakazów? Nawet jeśli żaden formalny rozkaz „no quarter” nigdy nie zostanie spisany, szkoda wyrządzona samym podważaniem tej normy może okazać się trudna do odwrócenia. Granice między brutalnością a bezprawiem, raz rozchwiane, rzadko same wracają na swoje miejsce.

PS. Pamiętajcie, żeby wysłuchać najnowszych odcinków podastu: Zapraszam też do wysłuchania najświeższych odcinków podcastu: https://smartlink.ausha.co/adz

Zobacz również

Demokraci złapali wiatr, Republikanie utknęli w wojnie domowej
Wojna jako narzędzie przetrwania dla upadającej władzy. Czy Iran uratuje Trumpa?
Szwindel wyborczy jednak był, ale nie ten, o którym mówił Donald Trump

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...