Jak dobrać siekierę do pory roku?
Wielu z nas, jeszcze zanim postawi pierwszy krok na szlaku, siada na moment i rozprawia w głowie: co właściwie zabrać ze sobą. Co należy do kategorii rzeczy niezbędnych, a co jest jedynie zbędnym luksusem, którego ciężar niepotrzebnie obciąży plecy. To kalkulacja pozornie prosta, a jednak w praktyce wymagająca pewnej dozy chłodnego osądu. Podobny dylemat dotyczy siekiery – narzędzia absolutnie podstawowego, które każdy, kto rusza w teren, powinien mieć przy sobie. W idealnym świecie moglibyśmy pozwolić sobie na komfort wyboru i zabierać kilka modeli jednocześnie – choćby siekierę drwalską, rozłupkową, ciesielską oraz jakiś toporek – i wówczas cały problem zwyczajnie przestałby istnieć. Rzeczywistość jest jednak mniej pobłażliwa, dlatego warto przyjrzeć się temu zagadnieniu bliżej. W tym wpisie spróbuję przedstawić kwestię doboru siekiery w zależności od pory roku.
ZIMA
Zima to nie jest zwyczajna pora roku. To najbardziej wymagający okres; moment, w którym pewne wybory przestają być kwestią wygody, a zaczynają ocierać się o konieczność. To właśnie wtedy posiadanie pełnowymiarowej siekiery przestaje być opcją – staje się krytyczne. W najzimniejsze dni roku stawka jest jasna: trzeba być w stanie ogrzać się ciepłem ogniska albo wysuszyć przemoczone obuwie i odzież. Jeśli poruszamy się z minimalnym ekwipunkiem, ognisko – w tym przypadku „nodia” – nie jest już tylko dodatkiem, lecz źródłem ciepła, które ma nas ogrzewać przez całą noc podczas snu. Oczywiście mówimy tu o tradycyjnym bushcrafcie, gdzie nie korzysta się z materacy i śpiworów za kilka tysięcy złotych.
W takim układzie pytanie o dobór siekiery przestaje być teoretyczne. Trzeba wybrać narzędzie, które pozwoli rąbać grubsze kłody, a jednocześnie umożliwi sprawne zbudowanie ogniska typu nodia lub przygotowanie odpowiedniej ilości grubszego opału na całą noc. W tym scenariuszu żeleziec o wadze między 1300 g a 1800 g jawi się jako wybór optymalny. Interesuje nas wyłącznie drewno suche, pochodzące z martwych drzew – a więc materiał znacznie twardszy niż drewno żywe. To z kolei narzuca określone parametry narzędzia: siekiera powinna mieć stosunkowo krótką krawędź tnącą w porównaniu do wielu modeli gospodarczych.
Dla porównania: moja pełnowymiarowa siekiera posiada krawędź tnącą o długości 12,5 cm przy wadze około 1600 g samego żeleźca. W takiej konfiguracji jest w stanie skutecznie rąbać grube, suche i twarde świerki, które – jak wiadomo – potrafią być wyjątkowo sękate. Przy pełnym kontakcie krawędzi tnącej z drewnem narzędzie to pozwala wyłupywać wcześniej nacięte kawałki drewna z zaciosu. W tym układzie masa i długość krawędzi tnącej nie są detalem – to one wykonują zasadniczą pracę.
Dysponując więc siekierą, której masa żeleźca oscyluje w przedziale 1300–1800 g – i to w połączeniu z jego optymalnym kształtem – wchodzimy na zupełnie inny poziom sprawczości w pracy z drewnem. W takich warunkach rąbanie materiału o niemal dowolnej grubości przestaje być wyzwaniem. Nawet suszka o wymiarze 40 cm u nasady nie stanowi realnej przeszkody, podobnie jak jej podział na konkretne odcinki. Co więcej, narzędzie tej klasy ujawnia swoją wartość szczególnie w mniej sprzyjających okolicznościach – podczas deszczu czy roztopów. To właśnie wtedy pozyskiwanie suchego drewna nabiera znaczenia krytycznego. Dzięki odpowiedniej masie siekiery możliwe jest sprawne rozłupanie kłody i dotarcie do jej suchego wnętrza, które posłuży jako materiał na rozpałkę. Z kolei cięcie belek o średnicy 20–30 cm – czyli takich, które najczęściej spotykamy w dziczy – zaczyna przypominać czynność niemal rutynową, o ile operujemy narzędziem o odpowiednich gabarytach.
Jeśli zaś mówimy o koncepcji siekiery uniwersalnej, sprawa wymaga pewnego doprecyzowania. Nie ma tu miejsca na siekierę gospodarczą, tę popularną, dostępną w marketach. W grę wchodzi wyłącznie siekiera drwalska, czyli narzędzie przeznaczone do ścinki. Jej trzonek powinien mieścić się w przedziale od 60 cm do 80 cm i – co istotne – najlepiej, aby był wykonany z drewna. Taki materiał nie wychładza dłoni w kontakcie, a w sytuacji awaryjnej pozwala, przy użyciu sprawnych rąk, wykonać nowy trzonek. W realiach zimowych jest to kwestia o znaczeniu krytycznym.
Pozostaje jeszcze jeden element, którego nie można zignorować. Żeleziec musi być wolny od wszelkich wad – pęknięć, szczelin czy głębokich rys. Nie powinien być też nadmiernie twardy; za wartość optymalną można przyjąć 55 HRC. Jeśli klin zostanie zahartowany wyżej, rośnie ryzyko pęknięcia, szczególnie w środowisku ekstremalnie niskich temperatur, sięgających nawet −40 stopni Celsjusza.
Praca na zimowym szlaku to nieustanne wystawianie siekiery na działanie skrajnie zmiennych warunków. Raz funkcjonuje ona w temperaturach ujemnych, by za chwilę znaleźć się w środowisku dodatnim. I właśnie w tej niepozornej fluktuacji kryje się mechanizm, którego nie sposób zignorować. Na powierzchni zimnej stali, gwałtownie poddanej ogrzaniu, zaczyna skraplać się woda – klasyczne zjawisko kondensacji, tym wyraźniejsze, im większa jest różnica temperatur. Skroplona wilgoć nie pozostaje jednak bierna. Wnika w głębsze rysy, osiada w najmniejszych pęknięciach, wykorzystując każdą dostępną mikroszczelinę struktury żeleźca. A potem przychodzi moment zamarzania. Woda zwiększa swoją objętość, rozpręża się, a jeśli zdążyła wcześniej przeniknąć w głąb materiału, zaczyna działać od środka. Proces ten, powtarzany cyklicznie, prowadzi do stopniowego rozsadzania struktury żeleźca. W konsekwencji narzędzie ulega degradacji, której finał bywa gwałtowny.
Nie ma w tym kontekście scenariusza bardziej niepożądanego niż utrata siekiery zimą. Może ona pęknąć całkowicie na pół, ale równie dobrze może dojść do odłamania jej fragmentu – a to z kolei niesie ze sobą realne ryzyko urazu. Na tym jednak nie koniec. Istotna jest również górna część trzonka, ta wystająca z ucha siekiery. Musi być ona odpowiednio zakonserwowana, tak aby nie chłonęła wody. Trzonek nasiąkający wilgocią – niezależnie od pory roku – traci swoją stabilność. W efekcie może się obluzować, a w skrajnym przypadku doprowadzić do rozerwania ucha od środka.
JESIEŃ I WIOSNA
Jesień i wiosna to pory roku, które – choć pozornie łagodniejsze – w praktyce wymagają podejścia równie wyważonego. W tym okresie dobrze jest mieć przy sobie siekierę średnią lub dużą. Jeśli dla kogoś masa ekwipunku nie stanowi większego ograniczenia, albo jeśli sama siekiera zajmuje w jego priorytetach miejsce szczególne, nic nie stoi na przeszkodzie, by spakować do plecaka pełnowymiarowy model – dokładnie taki, o jakim była mowa wcześniej.
Nie jest to przesada. W tych porach roku temperatura potrafi spaść naprawdę nisko, zwłaszcza w strefach subarktycznych. Do tego dochodzi wiatr oraz częste opady deszczu, które skutecznie obniżają temperaturę odczuwalną. W takich warunkach posiadanie dużej siekiery daje wyraźną przewagę – pozwala bez większego wysiłku pozyskać suche drewno. Oczywiście siekiera średniej wielkości również spełni swoje zadanie. Żeleziec o masie 800–1300 g, osadzony na trzonku o długości 55–70 cm, okazuje się rozwiązaniem skutecznym zarówno przy pozyskiwaniu drewna, jak i przygotowywaniu rozpałki.
Każdy leśny włóczęga zna tę specyfikę: jesienno-wiosenna pogoda bywa zwodnicza. I właśnie dlatego wybór narzędzia nie powinien być przypadkowy. Warto zabezpieczyć się siekierą, która nie okaże się zbyt mała w momentach, gdy sytuacja zacznie wymagać więcej niż rutynowych działań. Gabaryty średniej siekiery pozwalają na stosunkowo efektywne rąbanie cieńszych suszek – tych o średnicy maksymalnie do 30 cm u nasady. Również łupanie przy użyciu narzędzia o takich parametrach nie powinno sprawiać większych trudności, o ile zadbamy o odpowiednie wykonanie klinów. Jeśli zaś chodzi o sam trzonek, jego długość należy dobrać tak, aby umożliwiała w miarę komfortową pracę zarówno oburącz, jak i jedną ręką.
LATO
Lato to zupełnie inny układ sił, inna dynamika potrzeb. W tej odsłonie terenowej rzeczywistości możemy pozwolić sobie na rozwiązania znacznie lżejsze – dosłownie i w przenośni. Małe siekierki w zupełności wystarczają, ponieważ z reguły nie zachodzi potrzeba pozyskiwania grubego opału. Jeśli pojawia się konieczność podgrzania strawy, często wystarczają gałęzie, które można po prostu złamać na kolanie. Do tego typu działań siekierka nie jest w zasadzie potrzebna. A jednak jej obecność ma swoje uzasadnienie. Przydaje się przy wbijaniu śledzi, oczyszczania szlaku przenoski, a także przy pracach wymagających większej precyzji – struganiu czy ciosaniu.
Dla tych, którzy znajdują upodobanie w pracy z drewnem, otwierają się dodatkowe możliwości. Łyżki, dzieże, kuksy czy misy można z powodzeniem ociosać z grubsza przy użyciu małego toporka. Narzędzie tego typu operuje zazwyczaj w zakresie wagowym od 400 g wzwyż, choć sama liczba nie jest tu wartością absolutną. Ostatecznie wiele zależy od doświadczenia, umiejętności oraz siły w rękach. Jeden użytkownik jest w stanie pracować jednorącz siekierą o masie 1000 g bez wyraźnego zmęczenia, podczas gdy inny nie poradzi sobie nawet z siekierką ważącą 400 g.
ZESTAW UNIWERSALNY
W moim przypadku, gdy mówimy o przebywaniu w terenie liczonym w latach – a więc o funkcjonowaniu w nim niejako na okrągło – wykrystalizował się zestaw, który nie jest efektem przypadku, lecz długotrwałej selekcji. Składa się on z dwóch narzędzi: siekiery pełnowymiarowej oraz mniejszej siekierki.
Siekiera pełnowymiarowa to dokładnie ten model, o którym była mowa wcześniej. Żeleziec o masie oscylującej w okolicach 1600 g, krawędź tnąca o długości 12,5 cm – parametry, które przekładają się na konkretną zdolność operacyjną. Osadzona jest na trzonku z drewna hickory o długości 68 cm, co pozwala mi pracować nią jednorącz przez krótszy okres czasu. Jeśli zaś chodzi o sam model, mamy do czynienia z HSB & Co. OVB – narzędziem, które nie jest jedynie użytkowym przedmiotem, lecz również cenionym przez kolekcjonerów zabytkiem amerykańskiego przemysłu narzędziowego. Pochodzi z chicagowskiej firmy Hibbard, Spencer, Bartlett & Co., a skrót OVB rozwija się jako „Our Very Best”, czyli „nasze najlepsze”. Była to flagowa linia produktów tej firmy, stanowiąca gwarancję najwyższej jakości wykonania. Dziś siekiery OVB pozostają poszukiwane ze względu na wysoką jakość stali oraz charakterystyczne logo. To zarazem wyraźny przykład epoki, w której producenci konkurowali przede wszystkim jakością stali i trwałością, a linia „Our Very Best” stanowiła odpowiedź na potrzeby profesjonalnych drwali i rzemieślników.
Równolegle funkcjonuje drugie narzędzie – krótsza siekierka przeznaczona do prac lżejszych. Jest to klasyczny „Half Hatchet” od renomowanej firmy Germantown Tool Works (GTW) z Filadelfii w stanie Pensylwania w USA. Egzemplarz ten powstał przed 1919 rokiem, czyli przed momentem, w którym firma zmieniła nazwę na Griffith Tool Works, choć historia samego zakładu sięga aż 1858 roku. W okresie swojej świetności narzędzie to pełniło rolę odpowiednika współczesnego multitoola dla dekarzy i cieśli. Umożliwiało ciosanie drewna, wbijanie gwoździ obuchem, a także ich wyciąganie przy użyciu specjalnej szczeliny – wszystko to bez konieczności odkładania narzędzia, pracując jedną ręką.
W praktyce przekłada się to na bardzo konkretne zastosowania. Siekierka ta sprawdza się przy ciosaniu, wbijaniu śledzi na szlaku czy pracach przy leśnych konstrukcjach w stacjonarnym obozowisku. Jest także nieodzowna gdy oczyszczam szlak do przenoski. Żeleziec o wadze około 800 g stanowi tu wyraźny kompromis pomiędzy siłą uderzenia a precyzją. Szerokość krawędzi tnącej wynosi 8,5 cm, a sama głowica została wykuta z wysokiej jakości stali węglowej typu 1065, znanej z bardzo dobrego trzymania ostrości i trwałości. Całość osadzona jest na trzonku z twardego drewna hickory o długości 35 cm, co sprawia, że narzędzie nie przeszkadza, gdy zawieszam je na pasie.
Taki zestaw pokrywa niemal wszystkie zadania, jakie stawia przede mną szlak. Używam go od ponad 12 lat i nie widzę powodu, by zastępować go czymkolwiek innym. Sprawdził się zarówno podczas krótszych wyjazdów – od weekendowych, przez kilkutygodniowe – jak i w trakcie sześcioletniej wyprawy dookoła Skandynawii.
Zwraca uwagę jeszcze jeden aspekt tej konfiguracji. W zestawie nie ma siekiery średniej jako jedynego narzędzia. Taki wariant mógłby okazać się zbyt mały w warunkach zimowych, szczególnie w rejonach okołobiegunowych, a jednocześnie zbyt ciężki do długotrwałej pracy jednorącz.
Trwa ładowanie...