Język inkluzywny to coś więcej niż feminatywy

Obrazek posta

Dzień dobry! Temat języka inkluzywnego często brzmi jak zaproszenie do kolejnej internetowej guanoburzy, a w praktyce chodzi o coś dużo prostszego. Chodzi o to, czy ktoś czyta Twoją treść i ma poczucie: „to jest też do mnie”, czy raczej: „to nie moja bajka, idę dalej”. Nie chcę tu prowadzić sporu o końcówki. Interesuje mnie praktyka i codzienność: moment, w którym ktoś czyta Twoją treść i czuje się stroną tej komunikacji. Czasem decyduje o tym jeden przykład, jedna nazwa usługi albo jedno „domyślne” założenie o rodzinie, pracy czy sprawności. Tu jest haczyk. Najbardziej wykluczające rzeczy rzadko wyglądają na wykluczające. Są zwyczajne, przezroczyste, „bo przecież wiadomo”. Dopiero gdy spojrzysz na tekst oczami osoby, która nie mieści się na tym domyślnym obrazku, zaczynasz widzieć, co się tam dzieje.

Post dostępny tylko dla Patronów

Aby zobaczyć ten materiał musisz być zalogowany

Zostań Patronem Zaloguj się
prosty język; komunikacja; piszprosto

Zobacz również

Prosty język jako praktyka dostępności cyfrowej
Wszem wobec
Dlaczego nie warto tracić kasy na redakcję i korektę?