Nowe równania geostrategiczne w Europie
Aleksandr Łukaszenka podpisał dekret przewidujący powołanie do służby wojskowej mężczyzn którzy nie ukończyli 27 lat. Mowa o oficerach rezerwy, którzy, nie odbyli zasadniczej służby wojskowej i nie zostali też „skreśleni z ewidencji”. Chodzi najprawdopodobniej o tych, którzy odbywali przeszkolenie w czasie studiów, ale ostatnie posunięcie białoruskiego dyktatora trzeba widzieć w szerszym kontekście, czyli w związku z realizowanymi przez Mińsk od początku roku posunięciami w sferze wojskowej, przeglądem gotowości sił zbrojnych i szeregiem dość konfrontacyjnych posunięć o których pisałem ze szczegółami w Notatniku białoruskim, czuję się zatem zwolniony z ponownego przytaczania informacji na ten temat.
Prezydent Ukrainy publicznie ostrzegł w związku z podjętymi krokami Łukaszenkę przed „powtórzeniem losu” Maduro i poinformował opinię publiczną, że na Białorusi, zgodnie z doniesieniami ukraińskiego wywiadu, w pobliżu granicy, budowane są drogi i stanowiska artyleryjskie. Na wystąpienie Zełenskiego warto zwrócić uwagę nie tylko ze względu na groźby, które ten sformułował pod adresem białoruskiego dyktatora, choć byłoby niezwykle ciekawym ruchem gdyby ukraińscy specjalsi podjęli próbę ujęcia i wywiezienia Łukaszenki. Nikt nie wątpi, że stać ich na śmiałą operację a rozważania sprzed kilkunastu dni na temat tego czy Baćka zostanie objęty oskarżeniem Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości nabierają w związku z wypowiedziami Zełenskiego zupełnie innego znaczenia. Z tych deklaracji nie wyciągałbym wniosku, że wejście Białorusi do wojny jest „za horyzontem” czy nieuchronne co nie zmienia faktu, że wypowiedzi ukraińskiego prezydenta, który przyznał też, iż rozmawiał o tej kwestii z Aleksandrem Syrskim, dowódcą ukraińskich sił zbrojnych mają swój ciężar gatunkowy. Tym bardziej, że prezydent Ukrainy połączył sytuację na Białorusi z rosyjskimi działaniami na frontach trwającej wojny, przede wszystkim z dążeniem do przegrupowania sił i rozpoczęciem kolejnej ofensywy.
Innymi słowy działania Rosjan i Białorusinów byłyby, w świetle tych informacji nie tyle obliczone na przeprowadzenie kolejnego uderzenia z północy, choć i takich scenariuszy nie należy a priori odrzucać, co raczej zmierzałyby do wymuszenia rozciągnięcia sił ukraińskich. Nowe zagrożenia miałyby skłonić dowództwo do obsadzenie dodatkowych kierunków co musiałoby osłabić zdolności w obszarach gdzie toczą się aktywne walki, tym bardziej, że Ukraina, co nie jest nowością, ma problemy kadrowe. To zmusza nas do skrótowego rozpatrzenia sytuacji na froncie.
Z niedawnych wypowiedzi Aleksandra Syrskiego wynika, że od listopada Rosjanie w nieskutecznych atakach stracili więcej żołnierzy niż byli w stanie wcielić do swej armii, ale znacznie istotniejsze informacje znaleźć można w niedawnym oświadczeniu Azowa. Wynika z niego, że ta formacje, dziś 1. Korpus Ukraińskich Sił Zbrojnych kontroluje wszystkie trasy zaopatrzenia i logistykę wokół Doniecka. Te doniesienia wymagają jeszcze potwierdzenia, bo jak wiadomo mamy do czynienia z zalewem informacji niesprawdzonych czy wręcz fałszywych, ale warto zwrócić uwagę na tendencję a nie opisywany fakt. Tym bardziej, że trend, który mam na myśli potwierdzają inne relacje z ukraińskiego frontu. Sergiej Lefter, oficer prasowy 7 Korpusu Wojsk Powietrzno - Desantowych, który odpowiada za obronę na kierunku pokrowskim opowiedział portalowi NV jak dziś, czyli w kwietniu 2026, wygląda linia frontu. To podkreślenie, że mówimy o obecnej sytuacji ma znaczenie, bo za kilka miesięcy może ona ulec zmianie i dlatego decyzje strategiczne podejmowane są w oparciu o kilkumiesięczną co najwyżej perspektywę planowania. Lefer mówi, co nie jest nowością, że nie ma żadnego frontu, rozumianej liniowo linii kontaktowej gdzie walczą ze sobą Ukraińcy i Rosjanie. Należy mowić o „strefie śmierci” czyli obszarze walk, który do tej pory umownie dzielił się na dwie „podstrefy”. Pierwsza z nich obejmuje obszar o głębokości kilku kilometrów po obu stronach umownego frontu. „To granica działań dronów FPV i rozpoznania powietrznego. - argumentuje - Każdy ruch piechoty lub sprzętu w tym miejscu jest niebezpieczny, ponieważ jeśli wróg je zauważy, istnieje 100% szans na trafienie dziesiątkami bezzałogowych statków powietrznych jednocześnie.” Drugi obszar rozciąga się na głębokości 10 - 15 km (znów po obu stronach) to strefa aktywności dronów średniego zasięgu. „Głównym celem jest logistyka: magazyny, pojazdy i szlaki zaopatrzeniowe. - argumentuje ukraiński oficer - Kiedy ataki na magazyny i pojazdy stają się intensywne, rotacja zostaje zakłócona, dostawy amunicji stają się trudniejsze, a front odczuwa to nieustannie”. Ale teraz pojawił się nowy obszar „strefy walk” i na strategiczne znaczenie tej sytuacji chciałbym zwrócić Państwu uwagę. To strefa aktywności dronów dalekiego zasięgu, czyli pas terenu położony w odległości od 50 do 100 km od lini styczności. Tutaj celem ataków, które ulegają w ostatnich tygodniach nasileniu, stają się punkty dowodzenia, magazyny, kanały logistyczne. „Nie za górami - mówi ukraiński oficer - jest sytuacja kiedy strefa rażenia wroga będzie sięgać od zera do 50-100 kilometrów. Przynajmniej będziemy mogli regularnie atakować centra logistyczne i dowodzenia”. Tak w praktyce wyglądać będzie Linia Drapatego, o której ten ukraiński generał mówił wiosną ubiegłego roku. Drapatyj nie jest już dowódcą ukraińskich sił dronowych, ale koncepcja strategiczna, sprowadzająca się w gruncie rzeczy do stworzenia „strefy buforowej” jest nadal realizowana i coraz bliższa urzeczywistnieniu. Inne działania podejmowane przez Kijów wiążą się z ministrem Fiodorowem, który z jednej strony dąży do budowy zdolności pozwalających Ukraińcom eliminować miesięcznie z walki 50 tys. Rosjan (dziś jest to ok. 35 tys) a także ma w nieodległej przyszłości przedstawić propozycje w zakresie reformy ukraińskiego systemu poboru i walki z dezercjami (samowolnymi opuszczeniami oddziałów) które stały się dużym problemem. Nie przesądzając czy działania podejmowane przez Fiodorowa przyniosą oczekiwany skutek, bo tego nie wiemy, warto zastanowić się jakie są ich średniookresowe (w perspektywie kilku najbliższych miesięcy) skutki strategiczne. Nie ulega wątpliwości, że Rosjanom będzie trudniej i kolejne gorączkowe szturmy najprawdopodobniej nie przyniosą oczekiwanego rezultatu. Do jesieni Ukraina ma na tym odcinku spokój czyli oddaliła się perspektywa katastrofalnego rozwoju sytuacji a Rosja ma problem bo trudno mówić o rachubach na odniesienie szybkiego zwycięstwa, przynajmniej na tym froncie. Z tego też względu działania mające na celu „rozciągnięcie” sił ukraińskich można uznać za rozsądne (z rosyjskiego punktu widzenia).
Do podobnego katalogu zaliczyłbym kroki, których celem jest nie tyle wywołanie wojny z NATO co raczej postawienie państw Sojuszu w sytuacji „dylematu strategicznego”.
Zmusza nas to do rozważenia zasadniczej kwestii a mianowicie szukania odpowiedzi na pytanie czy Rosjanie mogą inicjować agresywne działania wobec NATO i jaki to ma związek z wojną na Ukrainie. Przyznam, że do podjęcia tego tematu skłoniła mnie wczorajsza dyskusja, którą mialem z p. Prof. Kuźniarem i p. Jakóbowskim wice-szefem OSW. O ile w zasadniczych kwestiach mój i p. Jakóbowskiego pogląd na sytuację Europy, nasze bezpieczeństwo i przyszłość wydaje się zbieżny o tyle ku mojemu zaskoczeniu zapatruję się na wiele, może nawet większość spraw, w odmienny sposób niż p. Prof Kuźniar. Zainteresowanych odsyłam do debaty, która zostanie niedługo opublikowana, chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną kwestię. Otóż p. Prof Kuźniar, w przeszłości kierujący przecież pracami Biura Bezpieczeństwa Narodowego, w toku dyskusji sformułował pogląd, który jest w Polsce dość popularny w świetle którego „mamy czas” bo ze względu na straty na Ukrainie i problemy z odbudowa potencjału jeszcze przez kilka lat Rosjanie nie będą w stanie nam zagrozić. Nie podzielam tej oceny, podobnie jak entuzjazmu p. Prof wobec Unii Europejskiej. Z faktu, że to narzędzie polskiej polityki (przystąpienie do Wspólnoty) sprawdziło się w ostatnim dwudziestoleciu nie wynika jeszcze, a tak odczytałem stanowisko p. Profesora, iż będzie ono skuteczne w obliczu wyzwań przyszłości. Wie o tym każdy kto jeździ 10 letnim samochodem zaczynającym przysparzać kłopotów mimo, że „wcześniej nigdy się nie psuł”. I co z tego? Zostawmy jednak te debaty i zacznijmy rozmawiać o przyszłości, bo rozważania historyczne (sam jestem historykiem z wykształcenia) mimo, że pasjonujące niewiele nam pomogą w zrozumieniu obecnej sytuacji.
Do rosyjskiej perspektywy jeszcze wrócę, ale teraz warto poświęcić nieco uwagi sytuacji w „europejskiej części NATO”. Co stało się w ostatnim czasie? Nie chodzi mi o przegląd wydarzeń i analizę wypowiedzi, bo było ich wiele, ale o decyzje rządów niektórych państw. Zacznijmy od Hiszpanii, której socjalistyczny gabinet zdecydował nie tylko o uniemożliwieniu Amerykanom wykorzystywania ich baz w Rota i Miron ale również zamknął przestrzeń powietrzną kraju. Nie odmawiam rządowi Sancheza prawa do tego rodzaju decyzji, ale warto zastanowić się jaki ma ona wpływ na relacje sojusznicze, również w ramach NATO. Czym innym jest bowiem nieuczestniczenie w przedsięwzięciu wojskowym które uznaje się za błąd (atak na Iran), czemu może towarzyszyć nawet najostrzejsza krytyka a czym innym decyzja którą podjął Madryt, ale również w nieco innym wymiarze Londyn (Diego Garcia). Tym bardziej, że art. 3 Traktatu Waszyngtońskiego stanowi, i warto go w tym miejscu przypomnieć, iż „Aby skuteczniej osiągnąć cele niniejszego Traktatu, Strony, każda z osobna i wszystkie razem, poprzez ciągłą i skuteczną samopomoc i pomoc wzajemną, (podkr. MB) będą utrzymywać i rozwijać swoją indywidualną i zbiorową zdolność do przeciwstawienia się zbrojnej napaści.” Ta sprawa nie jest nieistotna bo stanowiska Hiszpanii (niezależnie od motywów) nie można uznać za działanie w duchu podkreślonych przeze mnie zapisów. Refleksja na ten temat jest tym istotniejsza, że decyzję Madrytu oficjalnie poparł Paryż, Rzym i Londyn, a to oznacza, iż nie mamy do czynienia z jakimś polityczny „wyskokiem” tracącego w sondażach Sancheza a faktyczną próbą, podjętą przez część państw Sojuszu, redefinicji traktatu leżącego u podstaw NATO. Można oczywiście twierdzić, że stanowisko tych państw może być interpretowane na gruncie zapisów art. 1 gdzie mowa o Karcie Narodów Zjednoczonych i ONZ a polityka Trumpa z pewnością nie ma mandatu tej organizacji, nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia zarówno z różnicą zdań na temat polityki Waszyngtonu jak i z krokiem, który idzie dalej, niż nieangażowanie się w operację. Czym innym jest bowiem własne dessinteresmant (taką formułę dopuszcza również art. 5) a czym innym decyzja o zamknięciu własnej przestrzeni powietrznej dla sojusznika, bo w tym wypadku mamy do czynienia z czynnym przeciwdziałaniem jego działaniom, co z pewnością trudno uznać za „ciągłą i skuteczną … pomoc wzajemną”. Jak na to patrzą komentatorzy amerykańscy i eksperci międzynarodowi? Zostawmy z boku kwestie osobowości Trumpa, o których tak lubimy dyskutować, a dajmy głos tym, którzy z polityką obecnej administracji nie mają wiele wspólnego. I tak Imran Khalid, pakistański specjalista ds. polityki międzynarodowej pisze na łamach The Hill, że decyzja rządu Hiszpanii jest równoznaczna z obwieszczeniem „końca uniwersalnych sojuszy” jakim niewątpliwie było NATO. Jego zdaniem nie mamy w związku z decyzją Madrytu do czynienia jedynie z kryzysem dyplomatycznym jakich w historii NATO było wiele ale z poważnym pęknięciem strukturalnym, którego istotą jest zakończenie polityki „czeków in blanco”. Myślę, że większość Europejczyków zgodziłaby się z tym podejściem a nawet uznała za oczywiste, że mamy prawo nie angażować się a nawet dystansować od tych elementów polityki Stanów Zjednoczonych z którymi się nie zgadzamy. Jest to tak oczywiste, że nie podlega dyskusji. Tylko, że jak pisze Khan na uznaniu prawomocności tego właśnie podejścia formułowanego przez wielu przedstawicieli europejskich rządów polega obecny kryzys NATO. Jak zauważa przyjęcie takiej wytycznej działania „sygnalizuje koniec ery automatyzmu. Madryt nie tylko wyraża preferencje, ale także opowiada się za modelem stawiającym na pierwszym miejscu interesy suwerenności, który fundamentalnie zmienia geografię współczesnej wojny.” Nie chodzi wyłącznie o konsekwencje logistyczne decyzji Sancheza z którymi musieli zmierzyć się Amerykanie ale o coś znacznie poważniejszego. Otóż jeśli uznamy i zgodzimy się na zakwestionowanie „automatyzmu” to jednocześnie uznajemy inną nową regułę - doraźnych negocjacji. Khan argumentuje, „że nawet w ramach najbardziej ugruntowanych sojuszy, wsparcie musi być teraz negocjowane indywidualnie. Waszyngton nie może już zakładać, że podpisanie 75-lat temu traktatu daje mu prawo do przelotu nad terytorium suwerennego sojusznika w celu przeprowadzenia misji, którą sojusznik uważa za naruszenie norm globalnych.” Można różnić się w ocenie czy Madryt i popierający Hiszpanię Paryż właśnie „podłożyli minę” pod NATO, nawet jeśli uznamy decyzję rządów tych państw za słuszną i godną pochwały, to nie ulega wątpliwości, że jej konsekwencje będą poważniejsze niż tylko doraźne.
Otwierają bowiem drogę do „przeglądu” przez Amerykanów własnego systemu sojuszniczego. Takie głosy, postulujące analizę zaangażowania i celowość „zrzucenia z siebie” odpowiedzialności za sytuację w oddalonych regionach świata słychać za oceanem już od dawna, ale w ostatnim czasie mamy do czynienia z powrotem do tego rodzaju debat. I tak Naman Karl-Thomas Habtom argumentuje na łamach Foreign Affairs, że problemem Ameryki są stale sojusze w rodzaju NATO i Waszyngton znacznie lepiej dbałby o amerykańskie interesy gdyby przeszedł do formuły doraźnych, np. z 10 letnim „okresem ważności” porozumień strategicznych. Dziś, jak argumentuje Autor, Ameryka jest przeciążona liczbą zobowiązań, którym nie jest w stanie już sprostać ale dzielnie próbuje je dźwigać bo nie chce rozstać się z myślą o swej hegemonistycznej pozycji należącej już do przeszłości. Tego rodzaju postawa utrudnia jej koncentrację sił i środków na najważniejszych kierunkach i powoduje tylko frustracje bo sojusznicy uważają, ze Amerykanie nie dotrzymują zobowiązań a w Waszyngtonie te z kolei zaczyna się traktować bardziej jako utrudniający działanie balast niż atut. Nawiasem mówiąc Autor postuluje ograniczenie amerykańskiego systemu sojuszniczego w Europie do porozumień z Niemcami i państwami położonymi w zachodniej części kontynentu bo współpraca ze Wschodem, nie mówiąc już o obecności wojskowej wystawia Stany Zjednoczone na ryzyko „wciągnięcia” Ameryki do niepotrzebnej wojny z Rosją. Możemy się pocieszać, że Autor powiązany z Quincy Institute for Responsible Statecraft reprezentuje dość marginalny kierunek amerykańskiego myślenia geostrategicznego, ale warto zwrócić uwagę, że głosy o potrzebie „przeglądu” systemu sojuszniczego rozlegają się również z innych, znacznie bardziej mainstreamowych ośrodków. Christopher S. Chivvis z Carnegie pisze, że Ameryka „potrzebuje audytu sojuszników” i nie wszyscy dotychczasowi partnerzy są Stanom Zjednoczonym w równym stopniu potrzebni. Proponuje on ich przegląd niezależnie od tego czy ruch MAGA utrzyma się przy władzy. Nawet jeśli Amerykanie zdecydują o powierzeniu przyszłych rządów politykowi z obozu Demokratów, choć warto jednak pamiętać, że może on objąć władzę dopiero za 3 lata co w polityce międzynarodowej zwłaszcza obecnie stanowi „szmat czasu”, to tym bardziej wówczas należy dokonać analizy systemu sojuszniczego i dokonać jego przebudowy. Chivvis, jak się wydaje podziela oceny wielu europejskich komentatorów pisząc „Prezydent Donald Trump niszczy długoletni system sojuszy Stanów Zjednoczonych. Szantażując starych przyjaciół dla krótkoterminowych korzyści, grożąc aneksją terytoriów sojuszniczych i bezkrytycznie stosując cła, zmarnował dekady współpracy, która służyła interesom USA na całym świecie.” Ale jednocześnie wyciąga z tego opisu zupełnie odmienne niż w Europie wnioski. Nie chce powrotu „starych dobrych czasów” ale argumentuje, że „Kiedy Trump ostatecznie opuści urząd, następny prezydent będzie musiał zdecydować, czy próbować odbudować te więzi. Jeśli następcą będzie demokrata, instynktownie może chcieć wskrzesić ramy sojuszu z czasów zimnej wojny. Ale to byłoby niewłaściwe podejście.” Philip H. Gordon i Mara Karlin obydwoje pracujący dla Brookings, wielkiego liberalnego think tanku zarzucają z kolei europejskim sojusznikom Stanów Zjednoczonych, że ci nie mają żadnego planu B, nie wiedzą w gruncie rzeczy co zrobić w sytuacji słabnięcia więzi atlantyckich. Ich diagnoza jest bezlitosna kiedy piszą, że „Porzucenie przez Trumpa tradycyjnej amerykańskiej polityki zagranicznej ma głębokie implikacje dla ewoluującego porządku świata i dla wszystkich krajów, które przez dekady tak bardzo polegały na Stanach Zjednoczonych . Ponieważ rzeczywistość jest taka, że nie mają oczywistego planu B. Wielu najbliższych przyjaciół Waszyngtonu nie jest przygotowanych na świat, w którym nie mogą już liczyć na pomoc Stanów Zjednoczonych w ich ochronie, a tym bardziej na taki, w którym Stany Zjednoczone stają się ich przeciwnikiem. Niechętnie zaczynają dostrzegać skalę zmian zachodzących w świecie i wiedzą, że muszą się do tego przygotować. Jednak lata zależności, głębokie podziały wewnętrzne i regionalne oraz preferowanie wydatków na potrzeby społeczne nad obronnością pozbawiły ich realnych opcji krótkoterminowych.” Nadzieje na powrót „starych dobrych czasów” mogą okazać się płonne, zmiany w amerykańskiej polityce i systemie sojuszniczym trwalsze niż może się to wydawać z dzisiejszej perspektywy a złudzenie, iż obecnej sytuacji nie dostrzegają wrogowie, choćby Federacja Rosyjska, będzie drogo kosztować.
Piszę o tym również z tego powodu, iż w amerykańskich kręgach eksperckich już zaczyna stawiać się pytanie o kształt relacji, w tym sytuację w Europie po zakończeniu wojny na Ukrainie. Liberalni myśliciele uważają, iż pozostaną one wrogie. Samuel Charap z RAND i Hiski Haukkala, pracujący w Fińskim Instytucie SPraw Międzynarodowych są przeświadczeni, iż w gruncie rzeczy będziemy mieli do czynienia ze „zbrojnym pokojem”, czyli z napiętymi relacjami na granicy wybuchu konfliktu, tym razem o znacznie szerszym i poważniejszym wymiarze, bo stronami starcia będą nie tak jak obecnie Rosja i Ukraina, ale w wojnie mogą znaleźć się państwa Europy. Co ciekawe zbliżone oceny formułował podczas swej ostatniej konferencji prasowej, po czterogodzinnych rozmowach z szefem chińskiego MSZ-u, Sergiej Ławrow stojący na czele rosyjskiej dyplomacji. Nie chodzi w tym wypadku o „fatalizm nieuchronnego starcia”, choć tego rodzaju intelektualna predyspozycja, pojawiająca się i na Ukrainie, i w Rosji i w Europie, jest też czynnikiem powodującym wzrost ryzyka konfliktu, bo jak skądinąd wiadomo wojny, zanim staną się konfliktami kinetycznymi, wybuchają w umysłach ludzi. Warto wrócić do diagnoz Charapa i Haukkali, ekspertów dalekich od ruchu MAGA. Piszą oni, mając na myśli wojną na Ukrainie, że zakończenie „konfliktu, niezależnie od jego charakteru, nie położy kresu siłom, które uwolnił. Wręcz przeciwnie, zawieszenie broni może oznaczać początek jeszcze bardziej niebezpiecznej ery. Gdy armaty ucichną, Rosja i Ukraina nadal będą pogrążone w napiętej konfrontacji. Moskwa będzie się zbroić i prawdopodobnie nasili swoje destabilizujące działania na kontynencie. Europa będzie nadal wydawać więcej na obronność, odrzucając dotychczasową integrację z Rosją i przyjmując bardziej jastrzębią postawę. Stany Zjednoczone mogą próbować wyplątać się z impasu, ale ich interesy gospodarcze i polityczne w Europie uniemożliwią całkowite wycofanie. Krótko mówiąc, między NATO a Rosją będzie niewiele komunikacji, a wiele podejrzeń.” Wejdziemy, innymi słowy, w pełną napięć epokę „zbrojnego pokoju” który charakteryzował się będzie zarówno większymi tarciami, odwoływaniem się stron do argumentów siły jak i próbami destabilizacji przeciwnika poniżej progu wojny kinetycznej. Jak argumentują amerykańscy eksperci obecnie rysujące się trendy „nie są receptą na trwały pokój”. Remilitaryzująca się Europa, agresywna i wroga Rosja, Ukraina, która będzie szukała swego nowego miejsca, słabnące więzi atlantyckie, wszystkie te elementy raczej zwiększają niż zmniejszają ryzyko przyszłego starcia. Charap i Haukkala wzywają do budowy nowego modelu „zarządzania” relacjami z Rosją, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na myśl z artykułu Chivissa, która choć paradoksalna to jest, co nie mniej intrygujące, zbieżna z niektórymi ocenami innych przywoływanych tu ekspertów. Pisze on, że sojusze pociągają za sobą, co oczywiste, zobowiązania po stronie Stanów Zjednoczonych. W obecnych czasach jednak „Jeśli chodzi o sojusze, więcej nie zawsze znaczy lepiej. W końcu splot sojuszy pomógł przekształcić to, co mogło być niewielkim konfliktem między Serbią a Austro-Węgrami, w I wojnę światową. Sojusze obronne mogą być błędnie interpretowane jako ofensywne, wywołując agresję, której miały zapobiec. Mogą też ośmielić mniejszych partnerów do bardziej lekkomyślnych działań, potencjalnie wciągając większe kraje w niechcianą walkę.” I tu mamy istotę problemu. Jeśli ryzyko konfliktu z Rosją będzie po zakończeniu aktywnej fazy wojny na Ukrainie większe to trwanie dotychczasowego systemu sojuszniczego, zwłaszcza w sytuacji istotnych ograniczeń amerykańskich możliwości, jest czynnikiem ryzyka, zwiększenia prawdopodobieństwa wybuchu wojny. Rośnie bowiem ryzyko pomyłki w kalkulacji strategicznej. Rosjanie mogą być przekonani, że Ameryka słabnie i nie zdecyduje się na wsparcie sojuszników a państwa europejskie będą uważać z kolei, iż „kiedy przyjdzie co do czego” to na Waszyngton można będzie liczyć. To ryzyko pomyłki kalkulacyjnej jeszcze wzrośnie jeśli nie zapadną definitywne rozstrzygnięcia i będziemy mieli jednocześnie do czynienia za słabnącym odstraszaniem, ugruntowanym przekonaniem po stronie mniejszych, europejskich państw, że „Amerykanie pomogą” i jednoczesnym zniecierpliwieniem w Stanach Zjednoczonych postawą Europejczyków. My mamy skłonność myśleć o sojuszach w kategoriach powinności i automatyzmu, ale należałoby też na nie spojrzeć jak na odpowiedź państw na sytuację strategiczną w której się znalazły lub mogą znaleźć.
W przypadku Ameryki utrzymywanie zobowiązań sojuszniczych, zwłaszcza w Europie Środkowej oznaczać może wzrost ryzyka „wciągnięcia” w niechcianą wojnę. Europejczycy, nie mając żadnego Planu B, ani nie dysponując zasobami i wolą aby szybko jakiekolwiek rezerwy przekształcić w realne zdolności wojskowe będą zainteresowani w utrzymywaniu fikcji zobowiązań sojuszniczych. Narracja na temat „przeczekania Trumpa” czy nierealności porzucenia przez Amerykę Europy będzie utrzymywana, ale nie wzmocni ona odstraszania, które już uległo osłabieniu. Jej celem będzie przysłonięcie niewygodnych faktów i usprawiedliwienie bezczynności. Państwa, takie jak Polska, mocno wierzące w siłę gwarancji bezpieczeństwa będą skłonne do uprawiania bardziej jastrzębiej polityki niż w sytuacji gdyby były zdane wyłącznie na własne siły a nasi sojusznicy z Zachodu, tacy jak Hiszpania, nawet działając w dobrej wierze będą osłabiać więzi atlantyckie nie mając często świadomości tego co robią. Co gorsze w Warszawie może utrzymać się nostalgiczna postawa sprowadzająca się do lokowania naszych nadziei w rozwiązaniach z przeszłości, tak jakby sukces ekonomiczny Unii ostatniego dwudziestolecia dawał nam gwarancje na jej skuteczność w polityce bezpieczeństwa następnych kilkunastu lat. Tam gdzie sojusze kruszeją pojawia się skłonność do przeprowadzania rachunku sił, zwłaszcza jeśli czas, jak to wydaje się mieć obecnie miejsce na ukraińskim froncie, przestaje działać na korzyść jednej ze stron, w tym wypadku rosyjskiej. Powstaje niebezpieczna mieszanka gdzie imperatyw działania jednych (Rosji) spotyka się ze złudzeniami innych (np. Polski) co do trwałości systemu sojuszniczego a dotychczasowi partnerzy (Stany Zjednoczone) obawiają wciągnięcia do nieporządanych konfliktów. Paradoks obecnej sytuacji nie polega na tym, że rośnie ryzyko wojny ale na czymś zgoła innym. Otóż odwoływanie się do starych formatów bezpieczeństwa i działanie „tak jakby nic się nie zmieniło” zwiększa prawdopodobieństwo wybuchu. W takiej sytuacji polityka „w połowie” drogi jest najgorsza opcją. Rozstanie się Europy z Ameryką (czego nie proponuję i czego nie chcę) byłaby paradoksalnie lepszym rozwiązaniem bo z jednej strony wymuszałby szybszą budowę własnych możliwości i modelu odstraszania (jak robi to Ukraina) a z drugiej nieuchronną byłaby zmiana polityki wobec Rosji na znacznie bardziej ostrożną i stonowaną (co proponują m.in. Charap i Haukkala). Obecna linia Warszawy, ale również Berlina jest moim zdaniem najgorszą opcją, bo z jednej strony demobilizuje nasze wysiłki, a z pewnością państw które nie czują się zagrożone tak jak my (Włochy, Francja, Hiszpania) a z drugiej prowadzi do optowania za twardą antyrosyjską linią tak jakby relacje atlantyckie były nienaruszone i gwarancje amerykańskie pewne w 100 %. Rozsądna polityka, zwłaszcza jeśli nie chcemy godzić się na ustępstwa powinna polegać na obronie relacji ze Stanami Zjednoczonymi nawet za cenę poróżnienia się z takimi państwami jak Hiszpania, czyli nie owijając w bawełnę musi być realizowana kosztem spoistości Unii Europejskiej i oznaczać dążenie do budowania silnego, regionalnego aliansu wojskowego, czego też nie da się zrobić bez naruszenia spoistości Wspólnoty. Choćby z tego powodu, że jeśli sojusz ma być silny to musi oznaczać zakwestionowanie unijnej polityki energetycznej i przemysłowej. Gorszą opcją jest zerwanie z Ameryką i „stanięcie w prawdzie” co też oznacza postawienie na własne siły, forsowny wzrost wydatków zbrojeniowych i powszechne szkolenie wojskowe, ale z racji zapóźnień pociąga za sobą też ryzyko zaostrzenia relacji z Rosją bo Moskale mogą chcieć wykorzystać „okienko możliwości”. Wiarygodność sojuszników z zachodniej części Europy też nie jest najwyższego lotu co oznacza przyjęcie opcji ukraińskiej, przynajmniej jej poważane rozważenie. Najgorszym rozwiązaniem jest polityka, którą właśnie próbujemy realizować, czyli polityków półśrodków i udawania, że wyszko w porządku a największym naszym problemem jest „przeczekanie Trumpa”. Zmian w amerykańskiej polityce i strategii nie da się przeczekać i pora to wreszcie zrozumieć.
Trwa ładowanie...