Gry strategiczne o przyszłość Europy
Stacja telewizyjna CBS informuje, że Donald Trump ma zamiar zmniejszyć amerykański kontyngent wojskowy w Niemczech. Redukcja ma objąć 5 tys żołnierzy z 36 tys stacjonujących w tym państwie, co nie jest zresztą wielkim zaskoczeniem bo od kilkunastu dni światowe media piszą o tego rodzaju posunięciu które miałoby być reakcją na decyzje europejskich sojuszników Stanów Zjednoczonych odmawiających Ameryce pomocy w wojnie z Iranem. Trump miałby też w ten sposób zareagować na zaostrzający się w ostatnich dniach ton komentarzy kanclerza Merza w kwestii wojny z Iranem, ale nie zmienia to faktu, iż prawdopodobna redukcja ma objąć rownież Hiszpanię, gdzie w dwóch bazach (Rota - marynarka wojenna i Morón - lotnictwo) stacjonuje obecnie 3 814 amerykańskich żołnierzy oraz Włochy (12 662). Ta arytmetyka jest ważna bo przyjmuje się, że w Europie jest obecnie ok. 85 tys żołnierzy a decyzją Kongresu redukcja ich liczby nie może doprowadzić do sytuacji spadku liczebności amerykańskiego kontyngentu do poziomu poniżej 76 tys bez zgody legislatywy, co oznacza, że w przypadku Włoch, jeśli w ogóle, to będziemy mieć do czynienia z ograniczoną redukcją. Przypadek Hiszpanii jest ciekawszy, bo i „wina” Sancheza, który zabronił Amerykanom korzystania z ich baz wojskowych i przestrzeni powietrznej, co jest drastycznym naruszeniem zapisów art. 3 Traktatu Waszyngtońskiego, jest znacznie większa. Przed dwoma tygodniami Elbridge Colby, odpowiadający w Pentagonie za międzynarodową politykę wojskową i uznawany za głównego stratega rządzącej Ameryką ekipy podpisał z Maroko 10 - letnią umowę o współpracy wojskowej, co może być pierwszym krokiem którego celem będzie przeniesienie bazy amerykańskiej marynarki wojennej do tego kraju. W 2020 roku Stany Zjednoczone były pierwszym na świecie państwem, które uznało zwierzchność Rabatu nad Saharą Zachodnią a teraz nie można wykluczyć, że Trump poprze roszczenia Maroko do hiszpańskich enklaw (Ceuta i Melilla) znajdujących się na kontynencie afrykańskim. To na razie spekulacje, ale Waszyngton już rewiduje swoje stanowisko w sprawie przynależności państwowej Falklandów, bo Argentyna rządzono przez Mileia jest bliskim sojusznikiem a Wielka Brytania w coraz mniejszym stopniu. Właśnie zakończona wizyta króla Karola może na pewien czas zatrzymać ten proces a za niecały tydzień Partia Pracy poniesie bolesną klęskę w wyborach lokalnych (ostatnie sondaże wskazują na możliwość utraty 1850 mandatów) i polityczna przyszłość Starmera, który okazał się bardzo nieudolnym premierem, już wisi na włosku.
Pod koniec kwietnia Reuters ujawnił notatkę, autorstwa Elbridga Colby, w której pada propozycja wykluczenia Hiszpanii z NATO i rewizji amerykańskiego stanowiska w kwestii Falklandów, co miałoby być retorsją za postawę Madrytu i Londynu w kwestii zaangażowania w wojnę z Iranem. Wyrzucenie Hiszpanii z NATO w świetle obowiązujących dokumentów Paktu, ale także w związku z faktem, że stanowisko Madrytu poparł Paryż, jest mało prawdopodobne co oznacza, iż opcja „zamknięcia baz” jest znacznie bardziej realna.
Jeśli obserwujemy amerykańską dyskusję strategiczną, a ja staram się to robić, to nie można pominąć milczeniem artykułu Wessą Mitchella opublikowanego w Foreign Affairs. Ten były z-ca Sekretarza Stanu (w pierwszej administracji Trumpa) a prywatnie przyjaciel i współpracownik (w The Marathon Initiative) Colbyego pisze o „wielkiej strategii konsolidacji” Stanów Zjednoczonych. Lektura tego wystąpienia zmartwi zwolenników tezy o „szaleństwie” amerykańskiego prezydenta, który w świetle tego rodzaju interpretacji ma niszczyć z niezrozumiałych i irracjonalnych powodów dobrze funkcjonujący do tej pory amerykański system sojuszniczy. Mitchell jest przekonany o konieczności rewizji dotychczasowych zasad, ale nie w kierunku „porzucenia strategicznego” dotychczasowych partnerów ale redukcji skali zobowiązań. To rozróżnienie jest istotne bo porzucenie zakłada definitywne wycofanie się i pozostawienie po sobie geostrategicznej pustki a redukcja zobowiązań, co Mitchell nazywa konsolidacją, oznacza wolę utrzymania imperium ale też konieczność jego reorganizacji. Zmiana zasad jest Ameryce potrzebna, bo musi ona przejść wewnętrzną przemianę i potrzebuje skoncentrować się na własnych problemach, a to oznacza, iż sojusznicy w oddalonych i niebezpiecznych zakątkach świata będą musieli wziąć na siebie więcej obowiązków. Po jakimś czasie, trzeba tu liczyć w dziesięcioleciach, Stany Zjednoczone będąc nadal wielkim mocarstwem, ale dysponując też odnowionymi zdolnościami (ekonomicznymi a co za tym idzie również wojskowymi) powrócą do roli, którą niedawno były w stanie pełnić. Mitchell jest przeciwnikiem zarówno rozszerzonego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w światowe problemy jak i uwikłania w długie wojny, również w konflikt z Iranem. Argumentuje - „Amerykańska potęga jest przesadnie rozbudowana. Zaangażowanie kraju przekracza jego zasoby finansowe i wojskowe. To przesadne wykorzystanie sił – wyraźnie widoczne dla obywateli, sojuszników i przeciwników – wynikało ze zmian w międzynarodowej równowadze sił, ale także z wcześniejszych decyzji politycznych USA.” Konsolidacja oznacza zatem zarówno redukcję zaangażowania, skupienie się na własnych problemach (rozwój gospodarki, nowe technologie, nauka etc) jak i „postawienie” na wybranych, chcących działać i mających odpowiedni potencjał sojuszników. Można zadać pytanie o to jakie gwarancje mają państwa sprzymierzone ze Stanami Zjednoczonymi, iż te po przeprowadzeniu konsolidacji w ogóle powrócą? Gwarancją jest to, że Ameryka nigdy nie odejdzie, nadal dostarczając zaawansowanych zdolności sojusznikom, zmienić się ma skala tego zaangażowania i rozkład ciężarów. „Konsolidacja to nie to samo, co redukcja. - przekonuje Mitchell - Obie są odpowiedzią na nadmierne rozciągnięcie. Różnią się jednak podstawowym problemem, który mają rozwiązać, i celem końcowym, który próbują osiągnąć. Redukcja ma miejsce, gdy mocarstwo uważa, że jego rdzeń jest tak wyczerpany, że żadne zmiany, nawet najbardziej kreatywne, nie pozwolą mu utrzymać dawnej pozycji. Celem mocarstwa jest rezygnacja z tego, co posiada, aby zmniejszyć obciążenie. Natomiast konsolidacja opiera się na założeniu, że rdzeń siły mocarstwa pozostaje żywotny, ale został niewłaściwie zarządzany w sposób, który podkopuje jego potencjał. W tym przypadku celem mocarstwa jest zachowanie i uzupełnienie tego, co posiada, poprzez zmianę wagi swoich zobowiązań zewnętrznych i mobilizację bazy zasobów.” Źle przeprowadzona konsolidacja może przerodzić się w redukcję, ale punktem wyjścia tej strategii jest dążenie do zwiększenia własnych możliwości i w konsekwencji realizacja ambitniejszych planów a nie ich ograniczenie. Elementem strategii konsolidacji jest również działanie na rzecz poprawy relacji z głównymi rywalami strategicznymi. Nie oznacza to „prorosyjskości” jak lubi się u nas bezsensownie argumentować, ani tym bardziej „prochińskości”, ale dążenie do stabilizowania sytuacji. Oczywiście motywy, którymi kieruje się administracja Trumpa w tym wypadku trzeba uznać za egoistyczne, bo kiedy czas jest istotną kwestią pojawia się tendencja do stabilizowania sytuacji kosztem interesów sojuszników, jak ma to miejsce w przypadku negocjacji pokojowych mających zakończyć wojnę na Ukrainie. Ale paradoksalnie uniknięcie tego zagrożenia w przypadku państwa sojuszniczego jest możliwe nie dzięki opieraniu się logice konsolidacji, ale przeciwnie, wpisanie się w nią. Im będziemy, skrótowo rzecz ujmując, silniejsi, tym mniej dolegliwe będą dla nas próby stabilizowania przez Amerykanów sytuacji kosztem naszych interesów a ich skłonność do tego rodzaju polityki też może być mniejsza.
Mitchell jest zdania, że przewagi technologiczne gwarantują, iż Waszyngton „powróci” i utrzyma swój system sojuszniczy. Pisze: „Strategia rozwoju sztucznej inteligencji złagodziła ograniczenia regulacyjne utrudniające przełomowe odkrycia, przyspieszyła proces wydawania pozwoleń na budowę centrów danych AI, udostępniła grunty federalne dla hiperskalowych obiektów obliczeniowych, zmobilizowała duże prywatne inwestycje w obiekty AI i rozpoczęła proces rozbudowy sieci energetycznej, aby zapewnić obfite źródła energii dla centrów danych o powierzchni kilku kwartałów miejskich.” Jeśli zatem chcemy wyrobić sobie pogląd na temat przyszłości amerykańskiego systemu sojuszniczego to raczej powinniśmy śledzić dyskusję w kwestii „suwerenności cyfrowej” czy opodatkowania amerykańskich gigantów technologicznych w Europie a mniej przejmować się wielkością kontyngentów wojskowych. Te ostatnie będą redukowane przez Amerykanów, którzy nota bene szukają „modelowych sojuszników”. Przywoływany przeze mnie już kilkakrotnie Elbridge Colby pozytywnie przyjął nową strategię wojskową Niemiec i napisał długi wątek na platformie X w którym znalazły się twierdzenia na temat kluczowej roli Berlina w europejskiej i jednocześnie sojuszniczej, strategii bezpieczeństwa. Ze strategicznego punktu widzenia to stanowisko amerykańskiego polityka jest zrozumiałe. Lepiej mieć partnerstwo z najsilniejszym zarówno gospodarczo jak i demograficznie państwem kontynentu, centralnie położonym i takim które przez dziesięciolecia było w sprawach wojskowych blisko, niż stawiać na jakieś nieznane i potencjalnie znacznie mniej stabilne konstrukcje. Warto poważnie potraktować tę opinię Colbyego, bo oznacza ona, że optymalny, zdaniem Amerykanów, układ bezpieczeństwa w Europie musi obejmować Niemcy. Nie zbuduje się, innymi słowy, systemu z dziurą w środku, wykluczając czy degradując naszego zachodniego sąsiada. Byłoby to zresztą groźne bo wówczas nie można byłoby wykluczyć powrotu Niemiec do umownej „linii Bismarcka” czyli dążenia do porozumienia z Rosją. Taki rozwój wydarzeń byłby zgubny dla Polski, co nie oznacza, iż w nowym układzie nie powinniśmy twardo grać o nasze interesy państwowe. Tym bardziej dążyć do balansowania niemieckiej potęgi współpracą z Amerykanami. W naszym wydaniu „europejskość” musi się łączyć a nie wykluczać, z „proamerykańskością”. Ale czym innym jest nierealistyczna opcja na wykluczenie Niemiec z układu sojuszniczego a czy innym rozgrywka której celem byłoby uczynienie z naszego państwa centralny elementu nowej konstrukcji bezpieczeństwa. Będę o tym pisał w dalszej części ale najpierw warto rozstrzygnąć kwestię fundamentalną - czy Niemcy chcą takiej ewolucji amerykańskiego systemu sojuszniczego w Europie o której pisze Mitchell.
Ostateczne decyzje nie zostały jeszcze podjęte, ale na niektóre tendencje warto zwrócić uwagę. Pod koniec kwietnia w Handelsblatt ukazał się wart zainteresowania wywiad z wiceadmirałem Thomasem Daumem. Daum jest Inspektorem Cyberprzestrzeni i przestrzeni informacyjnej, a tym samym najwyższym rangą dowódcą odpowiedniego rodzaju niemieckich sił zbrojnych. Jego wywiad, a zwłaszcza to co mówi, jest istotne dlatego, że Niemcy realizują właśnie strategię budowę własnej, bezpiecznej chmury do przetwarzania danych i aplikacji AI. Postępowanie mające wyłonić firmę, która dostarczy niemieckim siłom zbrojnym odpowiednich rozwiązań jest w toku i co ciekawe Berlin zdecydował się wykluczyć z rozgrywki amerykańskich dostawców, w tym słynny Palantir. Do ostatniej fazy przetargu zakwalifikowano trzy podmioty, dwa z Niemiec i jeden z Francji, które trudno uznać za dużych graczy. To zapewne wpłynie na tempo budowy tych zdolności i jakość implementowanych rozwiązań ale ciekawe jest to co Daum mówi przy okazji na ten temat. Pytany przez dziennikarzy o to czy dostarczany przez Palantir program Maven jest brany pod uwagę odpowiada „W tej chwili nie widzę, żeby miało to w ogóle nastąpić”. To istotna decyzja bo informatyzacja sił zbrojnych i współczesnego pola walki jest nieodwracalną tendencją a decyzje o budowie własnych zdolności a nie wykorzystywanie amerykańskich, znaczenie bardziej zaawansowanych, będzie trudno w przyszłości „odwrócić”. Tendencja ta uniemożliwia też, a z pewnością znacząco utrudnia, realizację strategii konsolidacji której elementem, jak pisał Mitchell, miałoby być utrzymanie technologicznego uzależnienia Europy od Stanów Zjednoczonych.
W niemieckim Die Welt opublikowano też wywiad z generałem von Sandrartem, obecnie już emerytowanym bo przed rokiem odszedł on do rezerwy, który jeszcze niedawno dowodził wielonarodowym korpusem w Szczecinie. Niemiecki wojskowy, krytyczny wobec polityki resortu obrony, zaprezentował w rozmowie wizję zwrotu, a raczej należałoby powiedzieć korekty, strategi własnego państwa. Jak stwierdził „Zaopatrzenie naszych sił w państwach bałtyckich byłoby praktycznie niemożliwe w przypadku wojny lądowej, dlatego musi się odbywać przez Morze Bałtyckie. Przeciwległe wybrzeże to Szwecja i Finlandia. Musimy wreszcie zrozumieć region Morza Bałtyckiego jako spójny obszar operacyjny. Musimy wykorzystać tę strategiczną przewagę dla NATO. Jeśli Niemcy chcą działać jako państwo wiodące, ponieważ mają tam fundamentalne interesy bezpieczeństwa i aspirują do posiadania najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie, muszą wyjść do swoich partnerów z własną wizją – zamiast czekać, aż inni do nas przyjdą; muszą kształtować przyszłość, a nie być przez nią kształtowani!” Nie chodzi w tym wypadku o oczywiste w obecnych, niespokojnych, czasach wezwanie do większej aktywności, ale zarysowanie czytelnego kierunku strategicznego, który w polityce Berlina winien zostać uznany za priorytetowy. Chodzi o zwrot w stronę Morza Bałtyckiego, co jest oczywiście związane z ryzykiem rosyjskiej agresji wymierzonej w państwa bałtyckie, ale historycznie ta opcja była elementem koncepcji Mitteleuropy Neumanna. Von Sandrart, niezwykle krytyczny wobec polityki Pistoriusa, którego określa mianem „przereklamowany” argumentuje też, że przeforsowane przez niemiecki MON reformy w systemie szkolenia (bez obowiązkowego poboru) obniżają a nie zwiększają gotowość operacyjną Bundeswehry. Mamy w tym wypadku do czynienia z kolejnym, o czym już pisałem, przykładem rozbratu między bombastycznymi deklaracjami polityków a realnymi zdolnościami, które nie rosną wraz z ogłoszeniem kolejnych papierowych planów i programów. Niemiecki generał dowodzi bowiem, że „Batalion grenadierów, który spędza dwa lata na szkoleniu (szkoląc rekrutów ochotników - MB) zamiast wypełniać swoją podstawową misję, traci gotowość operacyjną i bojową – a następnie potrzebuje kolejnego roku lub dwóch, aby powrócić do poprzedniego poziomu. Jeśli założymy, że krytyczny termin rozciąga się do 2029 roku, to osłabiamy się tą formą poboru. A 2029 rok jest realistycznym celem, bo dlaczego Putin miałby czekać, aż skończymy?” Warto też zwrócić uwagę na to co proponuje w miejsce obecnego systemu niemiecki generał. Otóż jego zdaniem szkoleniem rekrutów (poborowych) mogliby zająć się specjaliści spoza sił zbrojnych, w tym konkretnym przypadku ci wojskowi, którzy przeszli do rezerwy. Oczywiście system powinien być nadzorowany przez wojsko, ale „punkt ciężkości” szkolenia warto zlokalizować poza siłami zbrojnymi, bo w przeciwnym razie dodając armii dodatkowe obciążenia będziemy zmniejszać gotowość sił operacyjnych. Pytany o plany ministra Pistoriusa, który podtrzymuje wizję rozbudowy potencjału kadrowego Bundeswehry von Sandrart udziela ciekawej odpowiedzi. Zostały one, jak argumentuje, opracowane przy założeniach innej niż to ma miejsce obecnie, amerykańskiej projekcji siły w Europie. A zatem poziom 260 tys żołnierzy Bundeswehry wydaje się być w obecnych realiach niewystarczającym dla budowania samodzielności wojskowej Europy, bo rachuby na zaangażowanie Amerykanów trzeba rewidować. Sandrart jest przekonany, że do umownego roku 2029 nie będziemy w stanie w Europie dokonać przełomu a to oznacza, iż z wojskowego punktu widzenia „obowiązuje następująca zasada: musimy zadowolić się tym, co mamy, i początkowo rozbudować istniejące i sprawdzone systemy – pod względem wytrzymałości, amunicji, sprzętu medycznego i inżynieryjnego oraz części zamiennych. Musi to zostać połączone z tym, co możemy szybko zintegrować: nowoczesnymi systemami dowodzenia i kontroli, sztuczną inteligencją, obroną przeciwlotniczą, obroną powietrzną oraz systemami rozpoznania i uzbrojenia dalekiego zasięgu.”
To co jeszcze warto z tej rozmowy przytoczyć to opinia von Sandrata, iż Rosja równolegle prowadząc wojnę na Ukrainie przebudowuje swe siły zbrojne a skala tych zmian jest większa niż „zapotrzebowanie” frontu. To zaś oznacza, iż już obecnie trwają przygotowania do scenariusza agresji przeciw NATO, czego oczywiście nie należy rozumieć w kategoriach deterministycznych, tzn nie jest on nieuchronny. Jeśli Rosja zakończy wojnę na Ukrainie z przekonaniem, że osiągnęła swoje cele odwołując się do argumentu siły, to ryzyko wzrośnie. Z tego względu von Sandrart podkreśla, iż obecna strategia kolektywnego Zachodu wobec konfliktu jest ryzykowana, bo Rosja powinna wojnę (w sensie psychologicznym) przegrać a wsparcie dla Ukrainy jest limitowane, czyli uniemożliwia Rosjanom osiągnięcie zwycięstwa ale też nie ponoszą oni na tyle dotkliwych strat aby uznać, że droga wojenna nie będzie w przyszłości użytecznym narzędziem realizacji interesów państwowych.
Von Sandrart prezentuje w wywiadzie czytelną, choć nie artykułowaną wprost, wizję niemieckiej strategii. Berlin miałby się koncentrować na obecności, rozbudowie swoich wpływów i bezpieczeństwie w basenie Morza Bałtyckiego nie zapominając o Ukrainie. Tylko, że w tym wypadku miałaby ona być samodzielnym podmiotem bezpieczeństwa, dlatego ważne jest aby wygrała ona wojnę albo przynajmniej „zremisowała ze wskazaniem” i miała dobre relacje z europejskim „jądrem”. Te dóbre relacje opisane zostały w niedawnej niemiecko - francuskiej odpowiedzi na stanowisko Kijowa w kwestii ekspresowego i na specjalnych warunkach przyjęcia do Unii Europejskiej. W odpowiedzi na postulaty Żeleńskiego Merz i Macron sformułowali propozycję nie pełnoprawnego członkostwa, czego oczekiwał Kijów, a połowicznego akcesu - dostępu do rynku, ale bez unijnego transferu środków i bez prawa do współdecydowania.
Merz powiedział też na spotkaniu ze studentami w Merseburgu, że Ukraina będzie musiała najprawdopodobniej ustąpić część swoich terytoriów (Donbas) jeśli chce zakończenia wojny. Jeśli oceniać tę wypowiedź nie w kategorii realizmu ale w świetle tego co mówił von Sandrart to przyjęcie tego scenariusza z pewnością nie oznacza pożądanego z naszej perspektywy przełomu psychologicznego w Rosji. Ze strategicznego punktu widzenia tego rodzaju finał konfliktu jest równoznaczny z utrzymywaniem się też, zapewne przez lata, napięcia rosyjsko - ukraińskiego. Można uznać to w pewnych warunkach za korzystne dla europejskiego bezpieczeństwa, bo Ukraińcy wiążą już i będą w przyszłości wiązać, znaczące siły Rosjan. Jednak z pewnością nie jest to wizja budowy strefy stabilizacji, który miałby obejmować również Ukrainę. Jak zatem pogodzić to z propozycją unijnej akcesji? Do pewnego stopnia ułatwia nam to znów odwołanie się do koncepcji Mitteleuropy, która zakładała strefę wolnego handlu obejmującą zarówno Austro - Węgry jak i Ukrainę. W tym sensie niedawna propozycja Petera Magyara aby reaktywować Austro - Węgry, oczywiście w sensie politycznym, nie koliduje z tego rodzaju polityką a nawet uzupełnia strategię Berlina. Południe Europy (umowne Austro - Węgry) realizowałyby odmienną od Niemiec i ich strefy wpływów politykę w zakresie bezpieczeństwa, co jest oczywiste, bo obszar ten jest w mniejszym stopniu niż basen Morza Bałtyckiego zagrożony rosyjską presją. Obydwa zaś te bloki (wraz z Ukrainą), stanowiłyby obszar swobodnej wymiany handlowej i współpracy gospodarczej, nawet mimo odmiennej polityki wobec Rosji. Z perspektywy Berlina tego rodzaju opcja może być atrakcyjna bo utwierdza centralną rolę Niemiec (bez ich udziału i zaangażowania nie uda się zbudować tego bloku) i jednocześnie daje możliwość elastycznego ułożenia sobie w przyszłości relacji z Moskwą. Niemcy konstruując skrzydło siłowe (Północ Europy i Polska), uzależniając od siebie Ukrainę utrzymują, bo państwa umownych Austro - Węgier nie mają innych, wiarygodnych opcji strategicznych, swą silną pozycję również na skrzydle południowym. Mają też możliwość gry siłowej (Ukraina), kontrolują opcję antyrosyjską w Europie i nie zamykają sobie (w sensie politycznym) możliwości szukania przy pośrednictwie państw bałkańskich, „Węgier czy Austrii, nowego otwarcia z Federacją Rosyjską. Ta konstrukcja, z punktu widzenia interesów Berlina jest też idealna jeśli myśleć o pozycji wobec Francji, a tym bardziej Stanów Zjednoczonych. Skuteczna realizacja koncepcji Mitteleuropy zmniejsza możliwości manewru Paryża, choć ich oczywiście nie niweluje do zera. Przewidując taki rozwój wydarzeń Macron przystąpił do budowy aliansów ograniczających pole manewru Belina, które można byłoby porównać do przedwojennej koncepcji Małej Ententy. Taki wymiar ma niedawna wizyta francuskiego prezydenta w Polsce, podpisane porozumienia, traktat z Nancy, francuska obecność w Rumunii i współpraca wojskowa z Grecją. Mowa oczywiście o przyjacielskiej a nie wrogiej rywalizacji strategicznej, ale nie zmienia to faktu, że każdy z liczących się graczy dąży do budowy takiego systemu który zwiększy jego możliwości a przy okazji obiektywnie zmniejszy pole manewru innych, nawet jeśli się z tymi innymi przyjaźnimy.
Współpraca strategiczna Warszawy z Paryżem za czym najwyraźniej optuje rząd Donalda Tuska musi zostać w związku z tym, jeśli poważnie myśleć o naszych interesach, uzupełniona o nowy wymiar. Jeśli oś Polska - Francja odniesie sukces to być może uda się „okiełznać” przywódcze ambicje Berlina wspólnym polsko - francuskim wysiłkiem ale nie zmieni to faktu, że taki trójkąt będzie wzmacniał Francję i utwierdzał pozycję Polski jako państwa frontowego. Tym bardziej jeśli Ukraina, a to zaproponowali Macron z Merzem, będzie członkiem Unii „drugiej kategorii”. Strategię Paryża można opisać w kilku punktach. Po pierwsze Francja chce wykorzystać swój potencjał nuklearny ale to zakłada osłabienie więzi atlantyckich, bo w porównaniu z Amerykę zdolności Paryża są symboliczne. Po drugie powstanie „europejskiego jądra” przesuwa punkt ciężkości na naszym kontynencie na Zachód, bo jedynym wschodnim jego elementem będzie Polska i częściowo Niemcy, a na zachodzie jest zarówno Francja jak i Hiszpania oraz Włochy. Po trzecie Paryż będzie zainteresowany „związaniem” Wielkiej Brytanii ale już nie jej powrotem do roli gracza w europejskim systemie bezpieczeństwa, co osłabia format JEF. Po czwarte, o czym też mówi Macron, Francja będzie chciała utrzymać zdolność do politycznego i samodzielnego dialogu z Moskwą bo to może być wykorzystane aby stabilizować relacje. Dobrze konsekwencje takiej polityki rozumieją graniczący z Francją Holendrzy, którzy nie mając ochoty stać się satelitą francuskim podkreślają zarówno swą atlantycką lojalność jak i przywiązanie do formatu JEF gwarantującego bezpieczeństwo Morza Północnego i obszarów podbiegunowych.
Politykę Paryża winniśmy starać się równoważyć „przyciągnięciem” Ukrainy. Nie chodzi wyłącznie o zdolności wojskowe Kijowa. Są one ważne, ale w tym wypadku gra toczy się o zakorzenienie niemieckiej polityki na wschodzie i utrzymanie linii konfrontacji z Moskwą. W tym celu trzeba zarówno blokować „opcję austro-węgierską” jak i zwrot w stronę tandemu Paryż - Berlin. Przyciągnięcie Ukrainy potencjalnie przemieszcza centrum rozwoju Unii na wschód czyniąc przy okazji z Polski państwo centralne dla tej konfiguracji. Trójkąt Berlin - Warszaw - Kijów uzupełniać winien porozumienie Paryż - Berlin - Warszawa a dodatkowo może być i powinien zostać uzupełniony o format współpracy Warszawy ze Skandynawami i też w tym formacie z Ukrainą. Chodzi bowiem o to aby w każdej konstrukcji Warszawa stawała się centralnym a nie peryferyjnym elementem, bo to będzie podnosiło nasze znaczenie i może (oczywiście nie musi, potrzeba jest bardzo dobrze prowadzonej polityki) doprowadzić do partnerskich relacji z Niemcami (które dziś są wyraźnie asymetryczne). Jeśli chodzi o politykę Ukrainy to tamtejsze elity muszą ustrzec się poważnego błędu jakim będzie próba budowy porozumienia z Berlinem ponad Warszawą i liczenie, że Polska w obliczu takiej osi podporządkuje się. Tak nie będzie, Polska stawiać będzie wielki opór, co doprowadzi do sytuacji zwycięstwa w niemieckiej polityce linii wykluczenia Ukrainy z europejskiego systemu bezpieczeństwa, czyli pozostawienia jej poza NATO i poza Unią. To z kolei oznacza, że jedynym realnym gwarantem europejskości Ukrainy, jej przyszłego rozwoju i bezpieczeństwa jest Polska i dlatego najpierw należy dążyć do poprawy wzajemnych relacji i nadania ich charakteru strategicznych. Próba wyimpasowania Warszawy będzie ograniczała nasze opcje strategiczne ale dla Ukrainy skończy się to tragicznie. Ta asymetria stawki o którą toczy się gra musi być zrozumiana w Kijowie, ale też inteligentnie wykorzystana w Warszawie. Nie chodzi bowiem o prostackie wykorzystanie tego rodzaju przewagi ale coś znacznie poważniejszego, konstruowanie korzystnego aliansu strategicznego, który da nam (czyli obydwu państwom) bezpieczeństwo, perspektywę wzrostu gospodarczego na dziesięciolecia i większe wpływy w Unii. Ucząc się od Niemców i Francuzów, których porozumienie nadał dynamikę rozwojowi Wspólnoty musimy zbudować podobny tandem na wschodzie i przy jego pomocy przebudować sytuację strategiczną w naszej części Europy, ale w korzystny, a nie byle jak, dla nas sposób.
Trwa ładowanie...