Trump i kres NATO
Wojny, których jesteśmy na szczęście póki co świadkami, odsłaniają strategię państw w nich uczestniczących, a także ukazują nam narzędzia, którymi te się posługują. Warto w związku z tym je obserwować, bo nie tylko mamy możliwość analizy trwających konfliktów ale również, co ważniejsze, możemy dostrzec jakie zmiany one spowodowały. Wojny zmieniają państwa, które musza się, aby przetrwać, być w stanie walczyć i zwyciężyć, zmieniać.
Zacznijmy od Stanów Zjednoczonych. Strategia Donalda Trumpa może być kwestionowana, krytykowana, uznawana za szkodliwą a nawet zgubną dla przyszłości Ameryki, ale niewielu poważnych analityków uznaje ją za sekwencję bezsensownych działań, a z taką interpretacją mamy często do czynienia w Europie a w szczególności w Polsce. Wygłaszana przez wielu naszych ekspertów teza o „szaleństwie” Trumpa jest nie tylko świadectwem intelektualnej bezradności ale też w gruncie rzeczy oznacza lekceważenie interesu Polski, który był i zapewne będzie jeszcze przez pewien czas, broniony, przy założeniu wydolności amerykańskiego systemu sojuszniczego, którego częścią jesteśmy.
A majaczące na horyzoncie zmiany zaliczyć należy do fundamentalnych. Z otoczenia Donalda Trumpa napływają przecieki o tym, że amerykański prezydent może spróbować zrewidować relacje i zasady którymi rządzi się Pakt Północnoatlantycki. Ta próba narzucenia zmian nie musi wiązać się z rozpadem NATO, ale takiego scenariusza nie należy też wykluczać. I tak w serii niedawnych wypowiedzi Donald Trump zapowiedział rewizję amerykańskiej polityki wobec NATO. Na czym miałaby ona polegać? Po pierwsze na redukcji wydatków. Amerykański prezydent krytykując europejskich sojuszników i argumentując, że ich odmowa zaangażowania w wojskową misję która miała doprowadzić do odblokowania cieśniny Ormuz „była wielkim błędem” dodał - „Stany Zjednoczone zarobią na tym mnóstwo pieniędzy, bo wydajemy setki miliardów dolarów rocznie na NATO. Ale teraz, sądząc po ich działaniach, chyba nie musimy”. Tego rodzaju deklaracje są efektem rozczarowania (nie ma znaczenie czy autentycznego czy też markowanego) postawą państw członkowskich Paktu. We wpisie na platformie Truth Trump napisał wielkimi literami - „Państwa NATO nie zrobiły absolutnie nic, żeby pomóc” i dodał, że Stany Zjednoczone, które „niczego nie potrzebują od NATO”, nie zapomną „tego bardzo ważnego momentu”. Brytyjski The Telegraph, zazwyczaj nieźle poinformowany w kwestiach amerykańskiej polityki, powołując się na źródła w administracji pisze o tym, że Trump zamierza „ukarać” tych członków Paktu, którzy nie realizują swoich obietnic w kwestii zwiększenia wydatków na obronność. Te doniesienia nie zaskakują, bo już kilka tygodni temu, w trakcie spotkania ministrów obrony państw NATO w Brukseli, o sprawdzeniu czy państwa członkowskie rzeczywiście zwiększają swe wydatki, wspominał Elbridge Colby, osoba nr 3 w Pentagonie. Na czym miałyby polegać dyscyplinujące państwa NATO działania Donalda Trumpa? Po pierwsze te państwa, które nie wywiązują się z przyjętego na ostatnim szczycie zobowiązania wydawania 3,5 % swego PKB bezpośrednio na obronę i dodatkowych 1,5 % PKB (łącznie 5 %) na inwestycje w infrastrukturę związaną z bezpieczeństwem, miałyby zostać pozbawione możliwości uczestniczenia w podejmowaniu decyzji. Ich głos miałby zostać „zamrożony”, co w gruncie rzeczy oznacza odejście od dotychczasowego mechanizmu podejmowania decyzji w trybie konsensusu. Ale nie tylko o to chodzi, bo takie zmiany miałyby objąć również, jak donoszą dziennikarze, czas wojny. Oznacza, to, że zaatakowane państwo jeśli nie spełnia kryteriów własnego zaangażowania finansowego nie będzie mogło inicjować wewnętrznych procedur które mogą a czasem powinny zmierzać do uruchomienia kolektywnego systemu obrony. Mamy w tym wypadku do czynienia nie tylko z wprowadzeniem mechanizmu warunkowej obrony (jesteś chroniony jeśli płacisz), ale również z oczywistą rewizją art. 5. Można oczywiście powiedzieć, i niewykluczone, że wypowiadający takie tezy będą mieli rację, iż Trump daje wyraz swej frustracji, sygnalizuje jak to ma w zwyczaju daleko idącą postawę negocjacyjna a realne zmiany będą zapewne znacznie bardziej umiarkowane, ale nie byłoby rozsądne lekceważenie intencji amerykańskiego prezydenta. Innym pomysłem „ukarania Europejczyków” miałoby być wycofanie amerykańskiego kontyngentu wojskowego z Niemiec albo jego bardzo poważna redukcja. Już w grudniu ubiegłego roku generał Christian Freuding, Inspektor Generalny Bundeswehry mówił o znaczącym ograniczeniu kontaktów z Pentagonem w wyniku jednostronnych działań Amerykanów, teraz Waszyngton miałby rozważać „dokończenie” planu redukcji inicjowanego w czasie pierwszej kadencji Trumpa, które to posunięcie zostało wstrzymane przez Bidena.
Sekretarz Generalny NATO został trzykrotnie zapytany na konferencji prasowej czy podziela pogląd Donalda Trumpa, iż Pakt „składa się z tchórzy” jak w przypływie emocji (a może szczerości?) po odmowie zaangażowania Europejczyków, powiedział amerykański prezydent. Mark Rutte dyplomatycznie odparł, że „wyczuwa pewną frustrację” u Trumpa. W tym wypadku ciekawa jest nie tyle ostrożna deklaracja Rutte, która nikogo nie zaskoczyła, bo polityk ten znany jest z koncyliacyjnego stanowiska wobec obecnej administracji, ale reakcja państw członkowskich. Niektóre zirytowały słowa Sekretarza Generalnego, który na konferencji prasowej w Brukseli powiedział, iż „Iran nie powinien nabywać ani zdolności nuklearnych, ani pocisków rakietowych”. Jako dowód zagrożenia, jakie ten kraj stwarza „również dla Europy”, przytoczył uderzenie pocisku balistycznego w pobliżu Diego Garcia, 4000 kilometrów od Iranu. „Z zadowoleniem przyjmuję fakt, że Stany Zjednoczone osłabiają te zdolności” - powiedział Sekretarz Generalny, co zostało odczytane w kategoriach jego akceptacji amerykańsko - izraelskiego uderzenia. Rutte miał też, zdaniem prasy niemieckiej, „zbagatelizować” kwestię zgodności interwencji z prawem międzynarodowym, czym przejmują się niektóre państwa członkowskie, a brak jednolitego stanowiska NATO zbył uwagą, że „są one demokracjami” co niekiedy blokuje możliwość osiągnięcie wspólnego poglądu. Gerard Araud, były ambasador Francji w Waszyngtonie, polityk znany ze swego sceptycyzmu wobec obecnej administracji, napisał w sieciach społecznościowych, że ambasador Francji przy NATO „powinien uciszyć” Rutte, od jego wypowiedzi w czytelny sposób zdystansował się też rząd Hiszpanii, a rozmówcy The Financial Times z kręgów europejskiej dyplomacji zdziwieni byli tym do jakiego stopnia deklaracje Sekretarza Generalnego „rozmijają się” ze stanem nastrojów w państwach członkowskich naszego kontynentu. Już ten fakt potwierdzający dramatyczną rozbieżność ocen Amerykanów i Europejczyków powinien niepokoić, bo jest on świadectwem głębokiego kryzysu politycznego w którym znalazło się NATO będące przede wszystkim sojuszem politycznym a dopiero w konsekwencji tego, wojskowym.
Rutte zorganizował spotkanie z dziennikarzami aby zaprezentować coroczną analizę Kwatery Głównej, która poświęcona jest ocenie nakładów państw członkowskich na obronność. Jest to analiza ważna raczej z politycznego niż wojskowego punktu widzenia, choćby z tego powodu, że nakłady nie oznaczają zdolności. Pieniądze można wydać w sposób marnotrawny, np. na szczodre programy socjalne dla starzejącej się armii (Włochy) czy liczyć podwójnie wykorzystując twórczą księgowość i luki w procedurach Paktu (Niemcy). Oficjalne stanowisko Brukseli, która policzyła jakie są nakłady państw członkowskich też nie przybliża nas do oceny realnych zdolności, rachunkowość NATO umożliwia bowiem choćby zarachowywanie środków przekazywanych Ukrainie w poczet własnych wydatków. Teoretycznie moglibyśmy wydać np 5 % naszego PKB na wsparcie dla Kijowa i dojść w ten sposób do ambitnego poziomu wydatków, ale czy zwiększyłoby to nasze bezpieczeństwo na innych kierunkach strategicznych nie mówiąc już o samodzielnych zdolnościach wojskowych? Co wynika z ostatniego raportu Kwatery Głównej na temat wydatków Państw Członkowskich? Po pierwsze, jak się szacuje, wszystkie osiągnęły w 2025 roku ustalony w 2014 roku 2 % wobec PKB poziom wydatków. Liderem jest Polska (4,45 %) ale i my, mając najzdrowszą strukturę nakładów (najmniej wydajemy w naszym budżecie na wynagrodzenia sił zbrojnych a najwięcej na sprzęt i infrastrukturę) nie osiągnęliśmy wskaźnika 5 %. To istotna obserwacja, bo sugestie amerykańskich dyplomatów, od których zacząłem ten artykuł, zostały sformułowane już po publikacji statystyk NATO, co oznacza, gdyby przyjąć, że ten mechanizm zostanie szybko wdrożony, iż „zamrożenie” oznaczać może w gruncie rzeczy likwidację wewnętrznej debaty i trybu wspólnego podejmowania decyzji. Co ciekawe Stany Zjednoczone również nie wydają, co nie jest zaskoczeniem, 5 % PKB na siły zbrojne. W ich przypadku było to w 2025 roku 3,22 % i warto też odnotować, że Ameryka jest jedynym państwem w NATO w przypadku którego odnotowano trend zmniejszenia (w porównaniu z 2014 rokiem) poziomu wydatków wojskowych liczonych w relacji do PKB. Ale tego rodzaju trend nie skłania Donalda Trumpa do mówienia o mniejszej wiarygodności amerykańskich gwarancji ani tym bardziej do deklarowania jakiejś formuły „samoograniczenia” prawa głosu Waszyngtonu. O tym nie ma mowy, to sojusznicy mieliby podlegać „karze” jeśli nie wywiążą się z deklaracji w kwestii nakładów. Już takie stawianie spraw zmienia relacje w NATO przekształcając Alians z formuły współpracy tytularnie równorzędnych partnerów (USA można byłoby określić w tym wypadku mianem primus inter pares) w sojusz kontrolowany, sterowany i używany w celach realizacji przede wszystkim polityki amerykańskiej. Można oczywiście powiedzieć, że w gruncie rzeczy tak było zawsze a mówienie o równorzędności członków było jedynie ładnie wyglądającym decorum, ale w tym wypadku liczą się intencje, plany i zamierzenia bo one będą wyznaczać trajektorię rozwoju Paktu północnoatlantyckiego i kierunki jego ewolucji w nadchodzących latach. Warto też czytając raport NATO zwrócić uwagę na wielkości bezwzględne, a nie tylko kontentować się wskaźnikami relacji do PKB. I tak Amerykanie wydali w 2025 roku 845 mld dolarów (w stałych cenach z 2021 roku) a „cała reszta” 559 mld. W tym ostatnim przypadku mamy do czynienia ze znaczącym wzrostem bo jeszcze dwa lata temu (w 2023 roku) „cała reszta” wydatkowała 407 mld. Ale z pewnością trudno w tym wypadku mówić o układzie „parytetowym”, czyli relacji 50 - 50%. Już w trakcie ostatniego szczytu Amerykanie naciskali aby Europejczycy i Kanada wydawali tyle samo co Stany Zjednoczone i trudno zakładać aby teraz ta kwestia nie była znów stawiana. W związku z „rozczarowaniem” Trumpa wobec postawy sojuszników, a nawet widocznymi (Wielka Brytania) zaniedbaniami skutkującymi istotnym zmniejszeniem zdolności wojskowych, trudno oczekiwać aby tego rodzaju presja osłabła, odwrotnie, należy zakładać jej wzrost. A to oznacza, że aby osiągnąć amerykańsko - europejski (plus Kanada) parytet w zakresie nakładów państwa naszego kontynentu musiałyby zwiekszyć wydatki o niemal 300 mld dolarów, czyli niewiele ponad 50 % obecnych nakładów. W aktualnej sytuacji budżetowej i ekonomicznej Europy scenariusz ten jest nierealistyczny a to oznacza, że amerykańska frustracja będzie tylko narastać i podziały wzrosną zamiast się zmniejszać. Tym bardziej stanie się tak jeśli Amerykanie, co zapowiedział już Trump, zwiększą swój budżet wojskowy do poziomu 1,5 bln dolarów. Innymi słowy deklaracje Trumpa oznaczają rewizję dotychczasowej wykładni art. 5, co oznacza, że to czy mamy, czy też zostaliśmy ich pozbawieni, amerykańskie gwarancje będzie każdorazowo (w sytuacjach kryzysowych) renegocjowane między zainteresowanymi a Waszyngtonem.
O stanie nastrojów wśród Europejczyków świadczy artykuł, który opublikował niedawno brytyjski Daily Mail. Mam świadomość, że to dziennik bulwarowy ale autorzy materiału powołują się, pisząc, że Trump może w związku z wojną z Iranem i koniecznością przesunięcia zasobów wojskowych na ten teatr działań, porozumieć się kosztem Europy z Rosją, na źródła dyplomatyczne w państwach naszego kontynentu i parlamentarny raport z Izby Gmin. To już nieco zmienia optykę, tym bardziej, że znacznie bardziej wyważony Sunday Times opublikował również ostatnio artykuł autorstwa Larisy Brown w którym kreślone są podobne scenariusze. Daily Mail pisze też o dokumencie Izby Gmin, który został niedawno, w minionym tygodniu, opublikowany. W tym wypadku chodzi raport Komitetu ds. Narodowej Strategii Bezpieczeństwa (NSS) Izby Gmin, który opublikowany został w miniony piątek. Trudno omówić ten bardzo obszerny dokument, wszystkim zainteresowanym polecam jego lekturę, ale warto zwrócić uwagę na kilka wniosków w nim zawartych. Oddają one zarówno ocenę obecnej sytuacji jak i zawierają propozycje najbardziej pożądanych kierunków zmiany. I tak punktem wyjścia jest stwierdzenie, że „Powojenny porządek bezpieczeństwa służył Wielkiej Brytanii, Europie i światu przez ponad 80 lat i chociaż wpływ Wielkiej Brytanii jest mniejszy niż kiedyś, nadal istnieje konieczność zrobienia wszystkiego, co możliwe, aby utrzymać i wzmocnić te porozumienia.” (s. 64) Imperatyw utrzymania w możliwie nienaruszonym stanie dotychczasowego porządku opartego na bliskim sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi jest zatem punktem wyjścia jeśli mowa o polityce Wielkiej Brytanii w nowej sytuacji. Nie oznacza to oczywiście, co wydaje się być polską przypadłością, kwestionowania faktu, iż zmiany w relacjach sojuszniczych mają miejsce, nawet jeśli nie odpowiada nam ich kierunek. Zdrowy rozsądek nakazuje w związku z tym budowanie porozumień i szukanie pól współpracy mogących zmniejszyć niedogodności związane z ewolucją amerykańskiego systemu sojuszniczego. I Brytyjczycy to robią. Komitet Izby Gmin w kolejnej rekomendacji postuluje - „Wielka Brytania musi być gotowa ponieść większe koszty bezpieczeństwa własnego i Europy, inwestując w partnerstwa i wielostronne dialogi z innymi „średnimi mocarstwami”, na przykład Kanadą, Australią i Indiami, aby uniknąć presji ze strony rywalizacji mocarstw między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Długoterminowa strategia Wielkiej Brytanii powinna dążyć do złagodzenia narastających napięć związanych z rywalizacją mocarstw, między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, oraz wynikającego z niej globalnego konfliktu dyplomatycznego i gospodarczego.” Jeśli zaś chodzi o strategię Londynu wobec NATO to Wielka Brytania musi przygotować się na sytuację w której wkład Stanów Zjednoczonych w bezpieczeństwo naszego kontynentu będzie mniejszy (rekomendacja 25). Rozwiązaniem ma być zarówno zwiększenie samodzielnych zdolności Wielkiej Brytanii (wątpliwe - MB), jak i europeizacja NATO (jeszcze bardziej wątpliwe) a także sieć porozumień bilateralnych z państwami nie będącymi członkami Sojuszu. To ostatnie wydaje się bardziej prawdopodobne (Ukraina), ale nie o ocenę brytyjskich zdolności w tym wypadku chodzi. Liczą się nastroje, oddające zarówno to jak ocenia się w Europie obecną sytuację jak również jakich odpowiedzi się szuka. Perspektywa oddalania się Stanów Zjednoczonych wydaje się bliższa, bo ze względu na oczywiste problemy Ameryki w wojnie z Iranem mamy do czynienia zarówno z rozczarowaniem, po stronie sojuszników, jak i obawami na temat zapowiedzianego już przez Pentagon przesunięcia zdolności. Im konflikt z Iranem jest intensywniejszy i dłuższy tym bardziej prawdopodobne wydaje się wycofanie amerykańskich zdolności zarówno z Europy jak i z Azji, co z kolei uruchamia scenariusze porozumień z regionalnymi i często wrogo nastawionymi graczami takimi jak Rosja.
Tym bardziej, że jak napisali na łamach The Foreign Affairs Robert O. Koahne i Joseph S. Nye zmienia się natura amerykańskiego systemu sojuszniczego. W świetle ich interpretacji to co uznajemy za przejaw chaosu i braku przemyślanej strategii, czyli używanie ceł na których tracą państwa przez lata powiązane ze Stanami Zjednoczonymi, groźby pod adresem sojuszników czy wycofywanie się Waszyngtonu z wielu porozumień wielostronnych nie są świadectwem pychy czy umysłowej niezborności Donalda Trumpa i jego ekipy (choć tego też nie można wykluczyć) ale symptomami stawiania na nowy model relacji, w tym przede wszystkim sojuszniczych. Jak zauważyli „Trump może działać z pozycji siły. Jego próby wykorzystania ceł do wywierania presji na amerykańskich partnerów handlowych sugerują, że wierzy on, iż współczesne wzorce współzależności wzmacniają potęgę USA. Inne kraje polegają na sile nabywczej ogromnego rynku amerykańskiego i na pewności amerykańskiej potęgi militarnej. Te atuty dają Waszyngtonowi swobodę wywierania presji na swoich partnerów. Jego stanowisko jest zgodne z argumentem, który przedstawiliśmy prawie 50 lat temu: że asymetryczna współzależność daje przewagę mniej zależnemu podmiotowi w relacji.” Innymi słowy hegemon, jakim jest Ameryka nie jest już dobrotliwym partnerem gotowym godzić się na asymetrię w relacjach w imię utrzymania systemu, ale będzie akceptował jej występowanie o ile uzna to za korzystne dla doraźnie rozumianego własnego interesu strategicznego czy bezpośrednich profitów ekonomicznych. W tym nowym układzie to co określamy mianem „amerykańskiego systemu” przekształca się w znacznie bardziej labilny, płynny układ w którym z zasady korzyści rozłożone są nierównomiernie. Państwa słabsze (czyli mniej wnoszące) ale także leżące w potencjalnie niestabilnych częściach świata znajdują się w podwójnie złej sytuacji. Muszą „kupować sobie” protekcję partnera takiego jak Stany Zjednoczone a cena rośnie im bardziej narażeni jesteśmy na agresję rywala strategicznego. Relacja jest w tym wypadku podwójnie dynamiczna, czyli im jesteśmy silniejsi tym mniej będziemy Amerykanom „płacić” i w im bezpieczniejszym miejscu na mapie świata się znajdujemy tym nasza pozycja negocjacyjna jest lepsza. Francuzi są w związku z tym w lepszej sytuacji niż Polacy i utyskiwanie na zmieniający się świat niewiele pomoże. Jeśli optyka Trumpa wygra, będziemy mieć do czynienia z rzeczywistym końcem świata który znamy, czyli takiego w którym zakłada się, że potężniejszy sojusznik będzie świadczył na rzecz bezpieczeństwa słabszego partnera. Teraz wracamy do starych, XIX wiecznych wzorców, w których słabsze państwa zabiegały o przychylność potężniejszych starając się z jednej strony zwiększyć własne zdolności, z drugiej zejść z „linii strzału” czyli nie znaleźć się w obszarach gdzie mocarstwa rywalizują ze sobą. Tego rodzaju podejście widać zarówno w stanowisku komisji Izby Gmin, która postuluje politykę „ratujmy co się da” z dotychczasowego NATO i jednocześnie proponuje budowę alternatywnych, dodatkowych porozumień. W gruncie rzeczy o podobnym podejściu mówił w wywiadzie dla The Telegraph niedawno prezydent Finlandii. W przypadku Helsinek tego rodzaju stanowisko jest też uzupełniane wezwaniami do prowadzenia samodzielnego dialogu z Moskwą, co nie oznacza żadnego „resetu” ale ma prowadzić do zablokowania sojusznikom możliwości realizacji najgorszego dla nas scenariusza, czyli porozumienia z Rosjanami i stabilizowania sytuacji naszym kosztem. To co rozumieją w Helsinkach, w Warszawie traktują jako herezję a nawet asumpt do oskarżeń o prowadzenie polityki prorosyjskiej. Na głupotę nie ma lekarstwa, choć nie należy też zapominać, że ewentualny dialog z Rosjanami może być prowadzony wyłącznie, bo innego języka oni nie rozumieją, z pozycji siły. Naszej a nie sojuszniczej.
Ps.
Chciałem napisać o polityce Ukrainy, która jest nie tylko bardzo interesująca ale i winna być pouczająca również dla nas. Tym bardziej, że właśnie wróciłem z Kijowa. Ale i tak artykuł ten znów rozrósł się do nieakceptowalnych rozmiarów, więc może za tydzień.
Trwa ładowanie...