Zacofana Europa
Prawie trzy lata temu wpadłem na pomysł napisania książki pt. "Zacofana Europa", o tym wszystkim co spowodowało i wciąż powoduje, że Europa, czyli Unia Europejska, biorąc to w uproszczeniu, została w tyle za USA i przodującymi krajami Azji na polach: technologicznym, naukowym a także ogólnorozwojowym. Zacząłem gromadzić materiał, zbierać mniej znane fakty, przygotowywać dane i referencje...
Po paru miesiącach zorientowałem się, że temat jest już wszędzie. Może byłem jednym z pierwszych, który wpadł na zajęcie się nim, ale niezależnie, mnóstwo komentatorów, internetowych bytów i zwykłych ludzi zaczęło mówić i pisać o europejskim zacofaniu. Uznałem więc, że, skoro moje spojrzenie straciło niestety walor względnego pierwszeństwa i oryginalności, wstrzymam pracę nad tym co przygotowywałem.
Mam jednak sporo materiału, którym, jak myślę warto się podzielić. Może w trakcie publikacji na Patronite, zrodzi się z tego jakiś nowy pomysł?
- Przestarzałej produkcji chcemy pozbyć się z Tajwanu i przenieść ją do krajów technologicznie zacofanych - mówi menedżer w największej firmie produkującej chipy na świecie.
- Czyli do jakich, na przykład?
- Na przykład do Niemiec.
Z grubsza prawdziwa anegdotka (rozmowa o takim wydźwięku rzeczywiście miała miejsce na Tajwanie) którą rozpoczynam, nawiązuje do znanego i chętnie wymienianego przez urzędników brukselskich jako przykład „powrotu produkcji procesorów krzemowych do Europy”, zakładu w Dreźnie.
Przedstawiciel TSMC wyjaśniał, że chodzi o proces „trzydziesto-nanometrowy” czyli zapewne technologie bramek krzemowych 32 nm, która ma już piętnaście lat. Fabryki na Tajwanie weszły już jakiś czas temu w litografię trzech nanometrów i schodzą na poziomy dwóch i niżej - do jednego nanometra. Chipy, które miały być produkowane w Niemczech są z innej, w kategoriach krzemowych, archaicznej epoki technologicznej. TSMC nie chce się nimi już zajmować na Tajwanie.
Nawiasem mówiąc w Dreźnie nie tyle chodziło o produkcję, ile o sam montaż. TSMC uważa, że w tym zakładzie nie potrzeba pracowników o wysoko zaawansowanych kwalifikacjach. Do składania z komponentów wystarczą sprawni i dodatkowo przygotowani technicy.
Z punktu widzenia Tajwańczyków inwestycja zapowiada się intratnie, zwłaszcza, że budowę zakładu finansuje rząd niemiecki a głównym odbiorcą jest europejski przemysł samochodowy, który wciąż gwarantuje spory popyt. Wprawdzie z dalekowschodniego punktu widzenia na dłuższą metę sektor produkcji czegokolwiek w Europie ma marne perspektywy, jednak przemysł na starym kontynencie nie padnie od razu a przez ten czas Azjaci będą mogli zrealizować swoje cele, nie tylko sprzedażowe.
Tak nas, Europę, widzą obecnie po drugiej stronie Eurazji. Jesteśmy terenem na którym można upchnąć mniej zaawansowaną produkcję, by u siebie skupić się na rozwiązaniach top edge.
Jeśli dodamy do tego tamtejsze opinie, że umiejętności informatyków z Francji i Niemiec są takie sobie i nieco passé, a nowocześniej wykształceni Polacy są bardziej cenieni w topowej firmie branży krzemowej, to osobom tkwiącym w starych przekonaniach świat się może trochę zawalić.
My w Polsce, nawiasem mówiąc, raczej nie będziemy mieć z tego wiele, poza czczą satysfakcją, bo najzdolniejsi młodzi ludzie są do zacofanej polskiej gospodarki ni przypiął ni przyłatał. Co miałyby począć polskie firmy z super zdolną polską młodzieżą, która zasiedliła zespół amerykańskiej OpenAI? W naszym kraju informatyk jest potrzebny do instalowania gotowych rozwiązań z zagranicy, przyuczania pracowników do ich obsługi i kontaktu z serwisem sprzedawcy technologii. A zakład Intela, który miał kilka lat temu powstać pod Wrocławiem byłby w gruncie rzeczy tym samym, czym ma być Drezno. I u nas i w Niemczech potrzebni byliby w tych fabrykach raczej przyuczeni technicy a nie kwiat programistyki.
Polacy w OpenAI
A co do montowni, które buduje się w Europie - eurourzędnicy są oczywiście zachwyceni powrotem „krzemowej technologii” na nasz kontynent. Większość z nich zapewne w ogóle nie rozumie, co tak naprawdę za Dreznem i podobnymi inwestycjami się kryje. A jeśli któryś rozumie to i tak nie daje po sobie poznać. Obowiązuje logika urzędnicza. Miał być znów krzem w Europie? To jest. W papierach wszystko się zgadza, więc o co chodzi?
Przez lata jako autor i redaktor „Młodego Technika” pisałem artykuły o nowych technologiach, ich rozwoju, perspektywach. Często były to tzw. przekrojówki, które polegały na prezentowaniu postępów w określonej dziedzinie, czy to sztucznej inteligencji, czy badaniach nad kontrolowaną syntezą termojądrową, czy to autonomicznych samochodach czy w czymkolwiek innym będącym nurtem współczesnej rozwoju technologicznego i naukowego. Zbierając i redagując materiały, zwróciłem uwagę na charakterystyczna prawidłowość. Były informacje o osiągnięciach i poszukiwaniach amerykańskich ośrodków akademickich, ewentualnie startupów, potem w nieco mniejszej ilości garść doniesień z Azji, Chin, Japonii czy Korei Południowej, czasem coś ciekawego z Australii, a z Europy niemal za każdym razem miałem do wyboru informacje nie o badaniach naukowych czy firmach, lecz wstawkę o tym co zarządzili lub zamierzają zarządzić urzędnicy Unii Europejskiej w danej dziedzinie. Ten schemat powtarzał się tyle razy, że końcu stał się jedną z pobudek pomysłu na książkę, z o którym wspominam wyżej.
W internecie spotkałem się z określeniem „cesarstwo regulacyjne”. To dowcipnie i trafnie oddaje sytuację w jakiej znalazła się Unia Europejska. Rzeczywiście zarząd UE świetnie sobie radzi z generowaniem dyrektyw, zarządzeń, niezliczonych przepisów i regulacji, w gąszczu których nie tylko zwykły euro-szarak ale także firmy, instytucje, organizacje z zastępami ludzi wydawałoby się wykształconych i przygotowanych merytorycznie, zaczynają ginąć i tonąć. Brukselscy urzędnicy, którzy zresztą też nie znają dokładnie wszystkiego, co ten biurokratyczny potwór generuje, czują się w tym oceanie mętnej wody jednak świetnie. W końcu to i tak do nich należy interpretacyjne ostatnie słowo gdy ktoś pyta i zgłasza wątpliwości.
Nie dziwię się temu, że ci urzędnicy wierzą, że generowane w ich biurach dyrektywy i inne dokumenty mają moc sprawczą w takich dziedzinach jak badania naukowe, technologie, innowacje i wynalazki. Jak wskazuje przykład zarządzonego w Brukseli „powrotu branży krzemowej do Europy”, by urzędnicze cele zrealizować nie potrzeba aż tak wiele wysiłku. Wystarczy dogadać się z prawdziwie innowacyjną firmą spoza UE, by za pieniądze państw UE zechciała zainwestować w coś co i tak tej firmie przyniesie korzyści. Że niewiele ma to wspólnego z realnym powrotem półprzewodnikowych innowacji do Europy, wiadomo dopiero po głębszym zbadaniu całej rzeczy. Ale fabryka stanie. Urzędniczy cel zostanie zrealizowany. Co więcej, sądzę, że większość Brukselczyków będzie głęboko przekonana, że tak, to właśnie jest to o czym mówili w mediach – półprzewodniki znów są w Europie.
Do europejskiego planu krzemowego wrócę i spróbuję zająć się nim możliwie dokładnie. Spróbuję przeanalizować również inne wielkie przedsięwzięcie Unii jakim jest wysiłek na rzecz „uregulowania AI”. Tym razem żadna fabryka, nawet taka produkująca przestarzały sprzęt, z tego raczej nie powstanie a tym bardziej żaden model językowy ani nawet „EurochatGPT”. Jest to wielka urzędnicza awantura na rzecz opanowania sztucznej inteligencji i okiełznania jej, zanim zrobi coś, co zdaniem urzędników europejskich jest niewłaściwe lub nielegalne. Realne problemy, zagrożenia i dokuczliwości dla użytkowników ze strony AI mają tu mniejsze znaczenie. W logice urzędniczej, a cały czas podkreślam, że w obecnym stanie UE to ona decyduje, jest ważne tylko, czy AI działa zgodnie „prawem unijnym” tak jak rozumieją je i interpretują eurourzędnicy.
Oczywiście wszystko to jest nieco zabawne, bo „AI Act” wszedł w życie w momencie, gdy fala pierwszej mody i popularności sztucznej inteligencji generatywnej (wielkie modele językowe, LLM i oparte na nich generatory treści tekstowych i wizualnych) już przeminęła i zapewne w niedalekiej przyszłości, gdy rozwój technik sztucznej inteligencji wejdzie na kolejny etap, wiele z tych regulacji mieć się będzie nijak do przyszłych, obecnie jeszcze nieznanych, wcieleń AI. Urzędnicy tego nigdy nie zrozumieją, ale my między nami możemy chyba sobie bez ceregieli powiedzieć, że przepisy, zwłaszcza przy tak szybkim postępie technologicznym, nigdy nie nadążają na zmianami.
Oczywiście dla eurourzędników to nie tak wielki problem, bo z przyjemnością przystąpią do tworzenia nowych przepisów dostosowujących „AI Act” i inne "akty" do nowych technologii, które po kilku latach mozołu znów okażą się zapóźnione i tak usque sin finem…
Większy problem dla Europy, i tu powracamy do analogii z krzemem, polega na tym, że eurourzędnicy regulują innowacje i rozwiązania, które pochodzą, przynajmniej w ogromnej większości, spoza Europy. Nasuwa się tu nieuchronnie analogia z internetem, choć kilka dekad temu koncepcja sieci telekomunikacyjnej miała swoje szanse i niezłe nawet rozwiązania własne także na starym kontynencie. Zanim wszedł WWW stworzony przez Tima Bernersa-Lee w sercu Europy, czyli w CERN, swoje początki miał francuski system telekomunikacyjny Minitel, który w latach 80-tych XX wieku nie wydawał się całkowicie bez szans w porównaniu z raczkującym amerykańskim internetem. Staram się odnaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego te stare europejskie wynalazki (w tym także prawdziwe innowacje półprzewodnikowe, które oczywiście też kiedyś miały miejsce w Europie), jakoś giną, przegrywają i usuwają się w cień przytłoczone amerykańskimi rozwiązaniami.
Właściwym i konkretnym momentem narodzin pomysłu napisania „Zacofanej Europy” była wiadomość, że użytkownicy Windows na terenie UE nie będą mieć dostępu do Copilota, ze względu na unijne regulacje prawne. Produkt ten wprawdzie budzi wiele kontrowersji, jednak wówczas poczułem się wykluczony jak Europejczyk, który nie może legalnie nawet wypróbować tej usługi a potem dopiero krytykować. Może bym ją od razu z szyderczym śmiechem odrzucił, ale najważniejsze jest to, że nawet nie miałem szansy. Rok później analogiczna rzecz działa się z podobnym produktem sztucznej inteligencji Apple. I znów, daleki jestem od bezkrytycznego zachwytu, ale chciałbym sam sprawdzić a nie mogę, bo Unia mnie odgradza od jakiegoś obszaru technologicznych zmian.
To co piszę może zostać odebrane jako coś w rodzaju antyeuropejskiej propagandy. Nie jest to jednak trafny odbiór. Nie jestem nastawiony antyeuropejsko. Krytykowani przeze mnie urzędnicy i politycy, zgodnie ze swoimi fachem, którego częścią jest manipulowanie rzeczywistością, zapewne będą chcieli tak przedstawiać krytykę tego rodzaju. Taki mają zawód. Walczą o swoją pozycje i interesy, wprowadzając w błąd, manipulując a gdy trzeba bezczelnie kłamiąc. Ale nie mają władzy i mocy tam, gdzie rozumiem, my rozumiemy, kim są, co robią i jakie mają cele.
Moje nastawienie nie jest więc antyeuropejskie. Wręcz przeciwnie. Nie wysilałbym się, gdybym nie był zatroskany o coś, co uważam za coś ważnego i cennego. A Europa jest czymś takim. Co więcej nie jestem nawet przeciwnikiem Unii Europejskiej, którą ogólnie uważam za niezły pomysł. Ostro jednak sprzeciwiam się tej dziwacznej aberracji, w jaką się przeobraziła. Ta katastrofa biurokratyczno-regulacyjna nie będzie oczywiście wieczna, bo z natury rzeczy taki twór prowadzi do degeneracji i zniszczenia organizmu na którym się rozwinął. Tym organizmem jest Europa, która po tej chorobie może się już tak łatwo nie podnieść.
Trwa ładowanie...