Walka o klimat, czyli wielka para w mały gwizdek

Obrazek posta

Amin Nasser, dyrektor generalny Saudi Aramco, ogłosił parę lat temu, że świat powinien „porzucić fantazję o wycofywaniu się z ropy i gazu”. Podczas CERAWeek 2024 zwrócił uwagę, że mimo inwestycji w alternatywne źródła w wysokości ponad 9,5 biliona dolarów w ciągu ostatnich dwudziestu lat, energia wiatru i słońca stanowi mniej niż 4 proc. całkowitych dostaw energii na świecie.
Ekonomista zajmujący się klimatem, prof. Richard Tol, który m. in. współpracował z think tankiem Copenhagen Consensus Bjørna Lomborga (o którego poglądach piszę szerzej w dalszej części tego tekstu), wykazywał już przed laty, że za każdego dolara wydanego na redukcję emisji dwutlenku węgla kupujemy tylko 2 centy wartości unikniętych szkód klimatycznych.

Kto buja w obłokach? Może jednak klimatyści?

Jeśli komuś nie w smak były poprzednie odsłony mojego cyklu, że to niby takie bujanie w obłokach, odległe od teraźniejszości problemy, to, uwaga, wracam w tym odcinku na Ziemię, do twardej ekonomii. Gdy bowiem zaczniemy liczyć, tak jak zrobił to pan Nasser, zaczyna wyłaniać się z tych rachunków nieprzyjemne wrażenie, że w obłokach to, owszem, bujają i od rzeczywistości oderwani są ci, którzy tu i teraz chcą „ratować planetę”. Przy czym, powtarzam i podkreślam, to „ratowanie”, obejmuje najwyżej sto lat – im dłuższa perspektywa czasowa, tym bardziej wątpliwy jest sens „walki o klimat”, który może się zmienić i odwrócić tendencje z całego mnóstwa powodów, mniej lub bardziej, w miarę upływu czasu, prawdopodobnych zjawisk i wydarzeń

Cytowane na początku słowa Saudyjczyka to jeden z wielu ostatnio przykładów weryfikacji głoszonych przez lata prawd i zaklęć. Wiele z głoszonych przez lata twierdzeń, np. te o samochodach elektrycznych, które miały rozwiązać problem emisji gazów cieplarnianych i szybko przekroczyć ograniczenia technologiczne, stać się powszechnie, tanio dostępne, lub prognozy dotyczące roli źródeł odnawialnych w systemie energetycznym, konfrontuje się dziś boleśnie z rzeczywistością, która wygląda inaczej niż różowe, a raczej zielone, wizje sprzed lat.

Także same dane o emisji gazów cieplarnianych, zwłaszcza dwutlenku węgla nie są wcale dziś tak jednoznaczne i niekoniecznie pasują do dawnych schematów myślenia i dogmatów. Z jednej bowiem strony nie ulega wątpliwości, że kraje zachodnie, Stany Zjednoczone i Unia Europejska, z roku na rok obniżają swoje emisje gazów cieplarnianych. Z drugiej - wiele raportów mówi o globalnym wzroście emisji. Można by to tłumaczyć faktem ich szybkiego wzrostu w Chinach, Indiach i innych tzw. gospodarkach wschodzących. Wtedy jednak trzeba by zapytać, dlaczego nie wywiera się większych nacisków na te kraje zamiast wciąż wparcie stawiać pod pręgierzem Europę i USA?

Jeśli jednak wkład chińsko-indyjski nie decyduje o wzroście emisji (bo według danych wciąż są to niższe wartości bezwzględne niż Zachodu), to powstaje pytanie, dlaczego niektóre raporty wykazują nieustanny wzrost emisji. Czy są wiarygodne? A jeśli są, to może za ten wzrost emisji gazów cieplarnianych odpowiadają nie tylko, a może nawet nie w decydującym stopniu, kominy i rury wydechowe? Pytań i wątpliwości jest więcej a cytowane wyżej słowa szefa Saudi Aramco to wyraz ostatecznej wątpliwości – po co te wszystkie wysiłki i koszt, skoro rezultaty są tak, najdelikatniej to ujmując, skromne? Czy to ma sens?

Te pytania oczywiście warto przenieść na perspektywę tego co nazywam „Projektem Noe”. Coraz silniej bowiem wydaje się, że cała ta kosztowna polityka klimatyczna i hałaśliwe zabiegi o redukcję emisji a w konsekwencji o drobne w gruncie rzeczy, takie jak oscylujące w granicach 1-2 stopni, nawet przecież nie spadki średniej temperatury globu, ale limity jej „bezpiecznego” wzrostu, w skali wieku, to rzecz nieistotna, gdy mówimy o dłuższych dystansach czasowych, ale to nie wszystko, bo ten wielki i kosztowny wysiłek rujnuje nas i drenuje z zasobów, które można by wykorzystać z większym sensem i pożytkiem długofalowym dla dobra i ludzkości, i planety, i życia, którego jest domem.

Przejęty alarmem klimatycznym obywatelu – po prostu oddaj portfel

Bo te 9,5 biliona, na które wyrzekał Amin Nasser to i tak dopiero rozbiegówka przed kosztami, które chcą zrzucić na barki ludzkości orędownicy programu obniżenia ziemskiej temperatury o stopień lub dwa na kilka pokoleń. 100 albo nawet 150 bilionów dolarów globalnie kosztować może to pompowanie pary w relatywnie słaby gwizdek, czyli „przejście z tradycyjnej, opartej na emisjach związków węgla gospodarki do ekonomii klimatycznie neutralnej”, w ciągu najbliższych trzech dekad. Szacunek ten należałoby traktować z powagą, gdyż podała go była sekretarz skarbu USA Janet Yellen w liście do uczestników szczytu COP26 w Glasgow w 2021 r. Jeśli więc chcecie dać władzę tym, którzy chcą znanymi już rujnującymi sposobami „walczyć o planetę”, to szykujcie, a właściwie może już całkiem oddajcie swoje portfele.

Na owym szczycie COP26 jak to na szczycie klimatycznym, liderzy państw świata obradowali w atmosferze nigdy nie słabnącego kryzysu energetycznego, na co nakładał się rytualny alarmizm klimatyczny. Ten alarmizm ma oblicze nie tylko klimatyczne, ale wiele innych, w tym także także takie, które wskazują na konsekwencje różnych polityk spod znaku „Net Zero”. Na alarm w sprawie możliwych niepokojów społecznych z powodu rosnących cen energii biło podczas konferencji wiele znanych postaci, m. in. prezes firmy Blackstone Stephen Schwartzman, który powiedział CNN, że jego zdaniem niedobory na rynku gazowym i naftowym doprowadzą do kryzysu społecznego w krajach na całym świecie.

Przeciwnicy odnawialnych źródeł wskazują na to, że energia przede wszystkim z wiatru i słońca zawiodła na całej linii w 2021 roku, gdy świat próbował się dźwignąć z pandemii. Było tak z powodu związanej z warunkami pogodowymi niestabilności i znacznie mniejszej od oczekiwanej wydajności turbin i paneli fotowoltaicznych. W rzeczywistości oczywiście nie można mówić o jednej tylko przyczynie niedoborów energii, a co za tym idzie wysokich cen. W głównej mierze zaistniały kryzys przypisywano wysokiemu popytowi ze strony wychodzącego z pandemii świata. Jednocześnie, co przypominał cytowany Schwartzman, firmy energetyczne nie mogły ze względu na drakońskie ograniczenia, choćby opłaty za emisje CO2, tak po prostu zwiększyć wydobycia ropy czy otwierać tradycyjnych bloków w elektrowniach. Swoje dorzuciła polityka Rosji przygotowującej grunt pod atak na Ukrainę.

Tak czy inaczej, widać było nie najgorzej, jakie są i mogą być koszty nadmiernie radykalnej polityki dążącej do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Ówczesna sytuacja dość dobrze obnażyła skalę niebezpieczeństwa, na które naraża się nowoczesna cywilizacja obezwładniając się w sposób pochopny i bardzo kosztowny w imię realizacji celów, które są oddalone w czasie o dekady, ale przede wszystkim sprawiają wrażenie dość skromnych w stosunku do gigantycznych poświęceń jakich się żąda od ludzkości.

Biorąc ponadto pod uwagę, że po drodze do „celu klimatycznego” może dojść do wydarzeń zmieniających grę, takich, które statystycznie są prawdopodobne, jak np. wybuch wulkanu o sile co najmniej VEI 7, a w dłuższej skali czasowej do innych jeszcze zjawisk, które klimat jeszcze bardziej ocieplą lub wręcz przeciwnie - ochłodzą, cała ta zabawa w „redukowanie emisji” do 2050 czy 2100 roku, wydaje się zawracaniem głowy. Niestety rujnująco kosztownym zawracaniem,

Zamiast kar za emisje – nagrody za innowacje, także te „zielone”

Pierwszy raz na problem niewspółmierności kosztów zbyt radykalnej „polityki klimatycznej” w stosunku do małych i w dodatku niepewnych efektów, zwróciłem uwagę przed laty, gdy natknąłem się na artykuł prezentujący poglądy duńskiego uczonego Bjørna Lomborga. Zaciekawił mnie a potem obserwowałem ze zdumieniem, że ten wierzący w globalne ocieplenie, nie mający wątpliwości, że jest ono „human induced”, myśliciel, jest obrzucany przez strażników ortodoksji klimatystycznej inwektywami i nazywany „denialistą”. Dlaczego? Najkrócej mówiąc z tego powodu, iż Lomborg uważa, że to co proponują radykałowie emisyjnego „Net Zero” ludzkości i światu się po prostu nie opłaca.

Lomborg nie zaprzecza globalnemu ociepleniu, choć twierdzi, że ryzyko związane ze zmianami klimatu jest wyolbrzymiane. „Podstawowym przesłaniem ekonomistów nie było to, że powinniśmy ignorować zmiany klimatyczne.” Pisał Lomborg w „The Banker” w 2011 r. „Chodzi o to, że nie ma sensu, aby świat zubażał się, przyjmując kiepskie rozwiązanie jednego problemu, podczas gdy istnieją pilniejsze wyzwania humanitarne, które można rozwiązać mniejszym kosztem już teraz”.

Lomborg twierdzi, że wysiłki na rzecz ograniczenia emisji dwutlenku węgla, które były głównym tematem w większości „szczytów Ziemi”, protokołu z Kioto, potem porozumienia paryskiego itd., nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. Nie przyniosą one rezultatów, ponieważ ograniczenie emisji dwutlenku węgla jest zbyt kosztowne. Nie oznacza to, że nie powinniśmy inwestować w łagodzenie zmian klimatycznych, ponieważ jest to kosztowne. Powinniśmy dokonywać inwestycji, o ile przynoszą one dobre zyski. Inaczej mówiąc, Lomborg domaga się rzetelnego liczenia Return of Investment (ROI), wszelkich działań, jakie podejmujemy w sprawie emisji i globalnego ocieplenia. Nie każdy bowiem wysiłek „na rzecz klimatu” jest pozbawiony ekonomicznego sensu. Dotyczy to zwłaszcza projektów rozwijających innowacje, nowych technologii, wszystkiego co posuwa ludzkość naukowo i technicznie do przodu. Postęp ten ludzkości zawsze się opłaca.

Duński badacz nie szczędzi słów krytyki naszym „drogim przywódcom” różnej maści, czyli politykom. W opublikowanej we wrześniu 2025 w serwisie thoughteconomics.com Vikasa Shaha, rozmowie z Lomborgiem czytamy m. in.: „Światowi przywódcy obiecali wszystkim wszystko. Ale nie udaje im się tego osiągnąć... Cele zrównoważonego rozwoju ONZ mają zostać zrealizowane do 2030 roku. Cele te obejmują dosłownie wszystko, np. wyeliminowanie ubóstwa, głodu i chorób, powstrzymanie wojen i zmian klimatycznych, położenie kresu korupcji, naprawę systemu edukacji oraz niezliczone inne obietnice. W tym roku [2025 – przyp. MU] świat znajduje się w połowie drogi do realizacji swoich obietnic, ale daleko mu jeszcze do osiągnięcia połowy celu”.

Zamiast polityki redukcji emisji Lomborg proponuje tańszą, ale równie skuteczną, w jego ocenie, opcję. Sugeruje, że powinniśmy skupić się na inżynierii klimatycznej (tu mocno się z nim nie zgadzam a do kiepskich i niebezpiecznych pomysłów geoinżynieryjnego majstrowania przy klimacie jeszcze wrócę w moim cyklu) a także na badaniach nad energią bezemisyjną, a nie na ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych.

Bjørn Lomborg jest prezesem wspomnianego już ośrodka Copenhagen Consensus i wykładowcą w Hoover Institution na Uniwersytecie Stanforda. Jego nowa książka „Best Things First” opisuje tuzin nowych, zrecenzowanych prac badawczych, których celem wspólnym jest wskazanie drogi do uczynienia świata lepszym miejscem w najlepszy [i najbardziej opłacalny] sposób. Według zawartych w książce oszacowań wystarczy wydatek 35 miliardów dolarów rocznie (tyle samo, ile wzrosły globalne wydatki na kosmetyki w ciągu ostatnich 2 lat) na 12 konkretnych programów może uratować 4,2 miliona istnień ludzkich rocznie i wygenerować ponad 1,1 biliona dolarów nowego bogactwa. Każdy wydany dolar ma przynieść 52 dolary globalnych korzyści. 

„Zrealizowaliśmy również inny projekt, Copenhagen Consensus on Climate, w ramach którego przeanalizowaliśmy opłacalność różnych strategii klimatycznych. Staraliśmy się ustalić, gdzie każda zainwestowana w walkę ze zmianami klimatycznymi złotówka przyniesie największe korzyści. Nasze ustalenia wykazały, że najbardziej produktywna długoterminowa inwestycja w politykę klimatyczną to innowacje,” pisze. „Nasze badania wykazały, że innowacje przynoszą 11 dolarów zwrotu z każdego zainwestowanego dolara, w porównaniu z 2 dolarami zwrotu z obecnych strategii”.

Warto zwrócić uwagę, że Duńczyk nie neguje z góry wartości tzw. zielonych technologii. Przesuwa jedynie akcenty. Zamiast represyjnej polityki karania gospodarki za emisje chce wspierania nowych, prawdziwie rozwojowych, technologii, akurat w tym kontekście mówiąc o tych „zielonych”.

Nauka została już ustalona i żadne zaskakujące klimatologów fakty nie mogą jej zmienić

U podstaw paryskiego porozumienia klimatycznego z 2015 r. legło dążenie do „utrzymania wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie znacznie poniżej 2 °C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej”. W 2015 uznawano, że musimy jak najszybciej, najlepiej do 2020 r., osiągnąć poziom szczytowy emisji, a następnie wyzerować je do około 2070 r.

Idea dwóch stopni jako „bezpiecznego progu ocieplenia” rozwinęła się w ciągu dekad od pierwszej wzmianki ekonomisty Williama Nordhausa z 1975 roku.  W połowie lat 90-tych europejscy ministrowie podpisywali się pod dwustopniowym limitem, a do 2010 roku była to oficjalna polityka ONZ. Rządy podczas spotkania w Cancún zgodziły się na „utrzymanie wzrostu średnich temperatur na świecie poniżej dwóch stopni”. Jesienią 2018 r.  naukowcy uderzyli w bardziej dramatyczny ton. Ogłoszono, że jeśli Ziemia ogrzeje się o zaledwie 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu do okresu przedindustrialnego do 2100 roku, a nie o 2 stopnie, to unikniemy zagrażających życiu upałów, suszy i ekstremalnych opadów atmosferycznych, mniej podniesień poziomu morza i mniej gatunków utraconych. Takie m. in. przewidywania przedstawione zostały w głośnym w mediach raporcie, którego podsumowanie zostało opublikowane 8 października 2018 r. przez Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu (IPCC) po spotkaniu w Incheon w Korei Południowej. Opracowanie oparte było na dziesiątkach prac naukowych klimatologów i innych specjalistów z całego świata.

Już przy okazji podpisywania porozumienia paryskiego wielu naukowców alarmowało, że cel 2-stopniowy nie jest wystarczający, aby zapobiec „poważnym zmianom środowiskowym wpływającym na wszystko, począwszy od poziomu morza, poprzez niedobór wody, aż po utratę siedlisk”. Podczas rozmów paryskich ponad sto państw, w tym te najbardziej narażone na zmiany klimatyczne, wezwało do obniżenia celu dotyczącego ocieplenia o 1,5 stopnia.

Jeśli zawiodą plany redukcji emisji, to, według alarmistów, idziemy w scenariusze grubo przekraczające dwa stopnie a górnej granicy prognoz zbliżające się do czterech. Jednak dalsze obserwacje wykazały, że planeta nie ociepla się równomiernie, Na przykład ocieplenie w niewielkim stopniu dotknęło obszary wschodniego Oceanu Spokojnego i Oceanu Południowego, gdzie zimne, głębokie wody wznoszą się w wielkiej masie na powierzchnię i pochłaniają ciepło i CO2. Oczywiście, to, zdaniem alarmistów, będzie działać tylko do czasu i wszystko i tak będzie się ocieplać, bo ocieplenie globalne jest „nieuchronne” i „nieodwołalne”

Problem z tymi prognozami, przewidywaniami i ogólnie futurystyką klimatyczną spod znaku „ratowania planety natychmiast”, polega nie tylko na tym, że ma to wszystko relatywnie króciutką skalę czasową (o czym do znudzenia przypominam, tym silniej im bardziej sekcja „ratowania planety” unika tego tematu), ale również na tym, że nawet w tej krótkiej skali, nie wszystko jest takie proste i liniowe. Ziemia zasadniczo nie ma jednego klimatu, lecz wiele klimatów. Raz po raz dowiadujemy się o zjawiskach i procesach, które „zaskoczyły klimatologów”. A tak ogólnie zagadnienie zmian klimatyczno-pogodowo-temperaturowych na planecie Ziemia jest tematem bardzo skomplikowanym. W dodatku, wbrew zapewnieniom niektórych „szybkich w konkluzjach”, wcale nie wiemy wszystkiego o tych zjawiskach. Być może nie wiemy nawet, ile nie wiemy, ale do tego zagadnienia wrócę w innym odcinku, skupionym głównie na komplikacjach i wątpliwościach co do jednolitej wizji tego co naprawdę na Ziemi zachodzi, może i będzie zachodzić,

Chatki z tego co można przetworzyć na ekopaliwo

W tym artykule chcę trzymać się tematyki ekonomiczno-gospodarczej. Boje „o klimat” mają bowiem także takie aspekty, które dziwnie kojarzą się z dawnymi czasami kolonialnej dominacji gospodarczej globalnej Północy nad Południem. A mówiąc wprost – kraje rozwijające się coraz częściej widzą w presji klimatystów i ogólniej lobbystów ekologicznych narzędzie ucisku i blokowania ich rozwoju przez kraje bogatsze.

Grupy aktywistów ekologicznych ostro skrytykowały kilka lat temu Bank Światowy za pożyczkę na budowę zapory Inga 3 na rzece Kongo, kolejnej części gigantycznego hydroprojektu, który, według planu ma zapewnić największemu afrykańskiemu państwu 90 proc. energii elektrycznej. Ekolodzy twierdzili, że energia trafi tylko do dużych miast i najbogatszych, proponując w zamian budowę mikro-instalacji opartych na panelach słonecznych, co jest zgodne z klimatystyczną agendą, ale niekoniecznie dałoby afrykańskiemu państwu, które chciałoby się np. trochę uprzemysłowić, wystarczające moce energetyczne.

Breakthrough Institute z Kalifornii, znany z krzewienia proekologicznych metod pozyskiwania energii w raporcie pt. „Our High Energy Planet” z kolei otwarcie głosi, że promocja farm słonecznych i innych form energii odnawialnych w krajach trzeciego świata ma charakter „neokolonialny” i nieetyczny, bowiem prowadzi do zahamowania rozwoju krajów biedniejszych w imię realizacji postulatów ekologicznych.

Krajom trzeciego świata oferuje się bardzo często energetyczne rozwiązania „minimalistyczne” technologicznie i wytwarzające energię ekologicznie w skali mikro. Taki jest np. projekt grawitacyjnego urządzenia oświetleniowego GravityLight, które zostało zaprojektowane z myślą o zapewnieniu światła odległym regionom Trzeciego Świata, Kosztujące od 30 do 45 złotych za sztukę. GravityLight zawiesza się na suficie. Zwisa z niej przewód, na którym przymocowana jest torba wypełniona dziewięcioma kilogramami ziemi i kamieni. W miarę opuszczania się, balast obraca koło zębate wewnątrz urządzenia. Ta przez przekładnię przetwarza wolne obroty na szybkie – wystarczające do napędu niewielkiego generatora z prędkością 1500 do 2000 obrotów na minutę. Generator wytwarza energię elektryczną, która rozświetla lampę. Większość części urządzenia wykonana jest z tworzywa sztucznego, by koszty nie były wysokie. Jedno opuszczenie torby z balastem wystarcza na pół godziny świecenia.

Innym charakterystycznym pomysłem energetyczno-higienicznym dla krajów trzeciego świata jest słoneczna toaleta o nazwie Sol-Char. Grupa Reinvent the Toilet, która to stworzyła, uzyskała wsparcie samego Billa Gatesa i jego fundacji. Celem projektu było stworzenie „bezwodnej, higienicznej toalety, która nie potrzebuje podłączenia do kanału” a koszt jej użytkowania wyniesie mniej niż 5 centów dziennie. W stworzonym prototypie odchody zamieniane są w paliwo. System Sol-Char podgrzewa je do temperatury ok. 315 stopni Celsjusza. Źródłem potrzebnej do tego energii jest słońce. Efektem tego procesu jest gruboziarnista substancja przypominająca węgiel drzewny, która może posłużyć, jako paliwo lub jako nawóz.

Czasopismo „NewScientist” cytowało kilka lat temu Davida Ockwella z Uniwersytetu w Sussex, który podczas konferencji w Wielkiej Brytanii najpierw podawał liczbę 300 tysięcy gospodarstw domowych w Kenii wyposażonych w panele słoneczne a następnie w rozmowie przyznał, że energii z tego źródła starcza na naładowanie telefonu, kilka domowych żarówek i ewentualnie radio a już ugotowanie wody w czajniku jest poza zasięgiem. Z pewnością Kenijczycy woleliby jednak być podłączeni do normalnej stabilnej i wydajnej sieci energetycznej.

Owszem ten klimatyczny neokolonializm nie wygląda najlepiej, ale być może aktywiści klimatyczni tak naprawdę nie są neokolonialistami, którzy chcą dusić rozwój gospodarczy i cywilizacyjny krajów biednych. Niepokojąca jest inna myśl - że oni te słoneczne ogniwa starczające na pół godziny świecenia żarówki, te zmyślne przetworniki kupek na ekopaliwo, projektują jako pomysł dla całego świata, także dla krajów rozwiniętych, które tym samym przestaną być rozwinięte.

Wystarczy zanurzyć się w świat fantazji radykałów klimatycznych. Hasło „de-rozwój” czy „de-wzrost” jest tam znane. Nie wykluczam niestety, że uda się im przekonać ludzkość, by zamieszkała znów w chatkach z… tego co można przetworzyć na ekopaliwo, jadła paleo-strawę, zapomniała o cywilizacji i postępie naukowo-technicznym. Jeśli tak ma być, to lepiej by stało się to szybciej, by nieudany eksperyment ewolucyjny Homo sapiens zrobił miejsce w sztafecie doboru naturalnego gatunkom, które mogłyby lepiej zrozumieć, po co jest potrzebna cywilizacja, rozwój, nauka i technologia, po co warto gromadzić bogactwo i jak je z sensem i pożytkiem dla świata, w którym żyjemy, wykorzystać.

A my z powrotem na drzewa.

Mirosław Usidus


Kolejne odcinki cyklu Projekt Noe - opublikowane na Platformie Medium

zmiany klimatu globalne ocieplenie ekonomia kolonializm Projekt Noe

Zobacz również

Czas na zmianę… klimatu i perspektywy

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...