Ukraina, Fire Point I europejskie zdolności rakietowe
Z doniesień dzienników FAZ i Financial Times wynika, że Boris Pistorius ma zamiar udać się do Waszyngtonu po to aby przekonywać administrację Trumpa o celowości wywiązania się z umowy w sprawie Tomahawków. Z formalnego punktu widzenia sprawa nie jest jeszcze przesądzona, mimo doniesień mediów, bo Waszyngton nie odpowiedział na niemiecki wniosek, złożony w lipcu 2025 roku, zawierający prośbę o sprzedaż tych systemów. Jednak sama podróż też nie jest jeszcze przesądzona, bo niemieccy przedstawiciele „mają problemy” z komunikacją na linii ambasada - Pentagon, co interpretowane jest jako skutek „pogarszających się relacji”. Nie czekając na wynik starań dyplomatycznych Pistorius udał się niespodziewaną wizytą do Kijowa, gdzie spotkał się ze swym ukraińskim odpowiednikiem i rozmawiał, jak donosi niemiecka prasa, na temat pozyskania ukraińskich zdolności dalekiego zasięgu. Niemiecki polityk powiedział prasie, że „nacisk kładziemy na wspólny rozwój najnowocześniejszych systemów bezzałogowych o różnym zasięgu, zwłaszcza w zakresie uderzeń na duże odległości. W ten sposób wzmacniamy bezpieczeństwo naszych krajów” co oznacza najprawdopodobniej rozmowy na temat możliwości pozyskania alternatywy dla amerykańskich Tomahawków. Tego rodzaju posunięcie zapowiadane było już wcześniej przez przedstawicieli CDU, trudno więc je uznać za zaskakujące. Wcześniej, w czasie wizyty w Niemczech prezydenta Zełenskiego i ministra Fiodorowa podpisano kilka porozumień w tym dwa o współpracy technologicznej pomiędzy Diehl Defence a ukraińskimi firmami Fire Point i Łucz. W tym przypadku chodzi z pewnością o systemy rakietowe i których producentami są obydwie firmy. W niemieckich mediach pojawiły się też informacje na temat „partnerstwa technologicznego” między Diehl Defence a Fire Point a konkretnie współpracy w zakresie rozwoju pocisku IRIS-T SLX o zasięgu do 100 km nad którym od pewnego czasu pracuje niemiecka firma.
Warto zwrócić uwagę na charakter i przedmiot działań Berlina. Po pierwsze Niemcy nie budują alternatywy wobec współpracy z Amerykami, kooperację z którymi nadal traktują priorytetowo. Jednak ograniczenia produkcyjne i spory polityczne skłaniają ich do poszukiwania alternatywnych, zapasowych dróg pozyskania zdolności, które wcześniej dostarczyć miały Stany Zjednoczone. Prowadzone rozmowy nie dotyczą, co też jest warte podkreślenia, współpracy biznesowej a nacisk kładziony jest na partnerstwo technologiczne, czyli raczej wspólne rozwijanie produktu a niekoniecznie tworzenie wspólnych przedsięwzięć, choć i tego nie można wykluczyć.
Wymogi polityki odstraszania Federacji Rosyjskiej gdzie wzbierają głosy na temat potrzeby wyprzedzającego uderzenia na cele w państwach członkach NATO po to aby w ten sposób zakończyć na rosyjskich warunkach wojnę na Ukrainie, a także uwikłanie Stanów Zjednoczonych w konflikt na Bliskim Wschodzie czego bezpośrednim skutkiem jest zwiększona „konsumpcja” pocisków rakietowych, nakazują poważne rozważenie możliwości Europy w zakresie budowy własnych zdolności dalekiego rażenia.
1. Amerykańskie zdolności a Europa
Pierwszą kwestią jest „problem Ameryki” czyli szukanie odpowiedzi na pytanie o źródła decyzji administracji Trupa, która deklaruje wycofanie się z umowy podpisanej z Berlinem w 2024 roku. Nie można w związku z tym uniknąć kwestii stanu amerykańskich zasobów rakietowych i zdolności sektora zbrojeniowego w zakresie ich uzupełnienia. Think tank CSIS przeanalizował dotychczasowe zużycie siedmiu najważniejszych pocisków, którymi dysponują amerykańskie siły zbrojne. Są to szacunki oddające sytuację na koniec kwietnia, co oznacza, że wznowienie działań wojennych w konflikcie z Iranem mogą zmienić tę sytuację. I tak stan Tomahawków szacowano na 3 100 sztuk przed wybuchem konfliktu, zużycie przekracza 1000 sztuk, a dostawy przemysłu oceniane są na poziomie 47 sztuk miesięcznie. Z informacji producenta wynika, że w związku z ubiegłoroczną inwestycją w zdolności produkcyjne liczba dostarczanych rakiet ma wzrosnąć do 1000 w skali roku, jednak warto też pamiętać, że umowy zawarte między Pentagonem a koncernem RTX przewidują 7 letni okres ich wykonania, co nakazuje ostrożność w ocenach zdolności producenta do jednoczesnego uzupełnienia zapasów amerykańskich jak i realizowania większych dostaw dla sojuszników. Rakiet JASSM, których w zasobach amerykańskich sił zbrojnych znajdowało się do wojny z Iranem 4 400 sztuk również zużyto w czasie konfliktu ponad 1000. Podobnie jak w przypadku Tomahawków zdolności producentów szacowane są przez CSIS na poziomie 48 sztuk miesięcznie. Plany producenta, koncernu Lockheed Martin zakładają budowę 396 sztuk tych systemów w 2026 roku i dojście do wielkości 860 (co obejmuje również rakiety do zwalczania celów morskich LRASM) o ile rozbudowane zostaną linie produkcyjne. Warto jednak zwrócić uwagę na deklarację przedstawicieli amerykańskich sił zbrojnych, którzy zapowiedzieli znaczące powiększenie zasobów arsenałowych tych systemów do liczby 11 tys sztuk. I tak tylko amerykańskie lotnictwo chce kupić w najbliższych latach (do 2031 roku) 4300 sztuk tych rakiet. Realizacja tego rodzaju zamierzeń, jeśli nie będzie im towarzyszyła skokowa rozbudowa potencjału produkcyjnego sektora zbrojeniowego, może negatywnie wpłynąć na harmonogram dostaw dla sojuszników Stanów Zjednoczonych. Sytuacja z rakietami PrSM i THAAD jest jeszcze gorsza ze względu na ich znacząco mniejsze zasoby magazynowe przed wojną z Iranem. Tych pierwszych na składach amerykańskich sił zbrojnych było 90 a jak się szacuje zużyto ich od 40 do 70 sztuk, a w przypadku drugich do dyspozycji było 2300 sztuk, ale zużycie jest szacowane na od 1040 do 1430 sztuk przy zdolnościach dostaw sektora zbrojeniowego wynoszących 43 sztuki miesięcznie. Abstrahując od faktu, że żaden z tych dwóch systemów nie można uznać za dalekiego zasięgu to warto podkreślić, iż na ich dostępność, nawet jeśli uda się rozwiązać kwestie natury politycznej, zasadniczy wpływ będzie mieć zwiększone zapotrzebowanie ze strony amerykańskich sił zbrojnych.
2. Europejskie „projekty własne” i Ukraina
A to oznacza, iż trzeba się zastanowić jakimi alternatywami dysponuje w tym zakresie Europa. Innymi słowy, wymaga to rozważenia kwestii jakie są realne możliwości państw naszego kontynentu, będących w większości członkami NATO, w zakresie osiągnięcia zdolności uderzeń rakietowych na dużą głębokość. Jest to tym istotniejsze jeśli Amerykanie nie będą chcieli albo mogli dyslokować własne systemów na kontynent europejski. Fabian Hoffman, znany ekspert, pracujący na Uniwersytecie w Oslo, jest zdania, że „Europa ma trzy drogi”. Są to (w kolejności podanej przez niemieckiego eksperta) - pozyskanie systemów ukraińskiej konstrukcji, pozyskanie dostępnych na rynku rozwiązań (nie ukraińskich) i przyspieszenie własnych prac w zakresie rozbudowy zdolności. Hofman argumentuje, że „Jeśli państwa europejskie uznają zasięg rażenia za priorytet i chcą szybko pozyskać zdolność o zasięgu porównywalnym z pociskiem manewrującym Tomahawk przeznaczonym do ataku na cele lądowe (1600 kilometrów), to ukraińscy producenci dronów dalekiego zasięgu mogą okazać się jedyną realną alternatywą w najbliższej przyszłości. (Poder. MB)” Ukraińscy producenci, którzy w przeszłości argumentowali, iż mają wolne moce produkcyjne i są w stanie zaspokoić zapotrzebowanie państw naszego kontynentu to przede wszystkim prywatny Fire Point i państwowy Ukroboronprom. W zakresie dronów dalekiego zasięgu (1500 km +) w grę wchodzą FP-1 tej pierwszej firmy oraz Antonow An-196 Liutyj. Mają one mniejsze głowice niż Tomahawk, który może przenosić 454 kg materiałów wybuchowych, podczas gdy ukraińskie drony znacznie mniej (informacje katalogowe określają maksymalny payload FP-1 na 60 kg a FP-2 na 105 kg, tylko, że w tym drugim przypadku powiększenie głowicy bojowej odbyło się kosztem znacznej redukcji zasięgu, który spadł do 200 km). Poruszają się one znacznie wolniej niż Tomahawki, mają mniejszą energię kinetyczną, co oznacza, że przy ich użyciu można atakować „miękkie cele” w rodzaju rafinerii ale już nie da się niszczyć lepiej umocnionych obiektów nie mówiąc o bunkrach i podziemnych magazynach. Jak zauważa Hofman „państwa europejskie musiałyby zaakceptować kompromisy” związane z ich prędkością, przeżywalnością i skutecznością uderzeń. To oczywiste, ale ukraińskie systemy maja jedną niekwestionowaną przewagę nad amerykańskimi Tomahawkami - są dostępne w krótkiej perspektywie czasowej, podczas gdy rozwiązania zza oceanu nie. I to fundamentalnie zmienia sytuację w zakresie zdolności do odstraszania ewentualnej rosyjskiej agresji. Polityka w tym obszarze nie może się bowiem sprowadzać do porównywania parametrów katalogowych (a mam wrażenie, że wśród polskich „ekspertów” tak to wygląda) tylko szukania najlepszych, dostępnych, rozwiązań. Kwestią o której niewiele można powiedzieć są warunki polityczne związane z dostawami tego rodzaju zdolności. Ani Amerykanie ani Ukraińcy nie będą udostępniać swoich rozwiązań „z dobroci serca”, każde z tych państw postawi warunki. Wydaje się jednak, że Kijów korzystający z pomocy finansowej państw Unii Europejskiej i innych działających w ramach „koalicji chętnych” jest obecnie w gorszej pozycji negocjacyjnej niż Waszyngton. Z perspektywy stolic naszego kontynentu to również może być istotny argument. Wracając do rozważań Hofmana warto przytoczyć jeszcze jedną jego ocenę. Jak argumentuje należy myśleć o pozyskaniu innych ukraińskich rakiet manewrujących takich jak Mars, Piekło, Palyanitsa o mniejszym zasięgu (od 500 do 800 km). Niemiecki ekspert pisze też, że „Zasadniczo państwa europejskie mogłyby również dążyć do dołączenia do istniejących programów ciężkich pocisków rakietowych, takich jak ciężki pocisk manewrujący Flamingo firmy Fire Point, przeznaczony do zwalczania celów lądowych, czy planowane pociski balistyczne FP-7 i FP-9. W przeciwieństwie do lżejszych systemów opisanych powyżej, nie są to jednak programy dojrzałe. Zakup wiązałby się zatem z większym ryzykiem i prawdopodobnie wiązałby się z wydłużonym terminem dostaw.” O ile drony dalekiego zasięgu i mini rakiety manewrujące to systemy, które można pozyskać „od zaraz”, o tyle rozwiązania dalekiego zasięgu stale się rozwijają. Co to oznacza dla ewentualnych europejskich partnerów firm ukraińskich? Mogą oni poczekać aż rozwiązania takie jak Flamingo czy budowane rakiety balistyczne przejdą fazę ulepszeń i poprawiania zdolności (co ma właśnie miejsce i będzie jeszcze trwało) a także będzie dostępne więcej informacji na temat użycia i skuteczności tych systemów. Drugą opcją jest włączenie się, zarówno kapitałowo jak i konstrukcyjnie, w prace nad rozwijaniem tych zdolności i systemów. Wymagałoby to kooperacji, sprawdzenia technologii i partnerstwa konstrukcyjnego a także, co może okazać się trudne, akceptacji „ryzyka politycznego” związanego ze współpracą choćby z Fire Point, która jest ostatnio przedmiotem kontrowersji na Ukrainie. Ani w polityce ani tym bardziej w kwestiach bezpieczeństwa nie ma jednak darmowych obiadów. Jeśli państwa europejskie będą czekać aż konstrukcje Fire Point dojrzeją i zostaną sprawdzone w warunkach bojowych a sama firma i jej właściciel oczyszczeni z podejrzeń to po pierwsze wydłuży się czas pozyskania tych zdolności, co osłabi politykę odstraszania Rosji, a po drugie, nie ma gwarancji, że dopracowane rozwiązania będą nadal cenowo tak atrakcyjne jak obecnie. Alternatywą jest współpraca konstrukcyjna i produkcyjna już na obecnym etapie zaawansowania tych systemów, ale to oczywiście jest związane zarówno z ryzykiem niepowdzenia jak i politycznym. Będę o tym jeszcze pisał, ale jeśli amerykańskie rozwiązania nadal będą niedostępne to rozważanie konieczności ich pozyskania należy uznać za „ślepą uliczkę” i należy zastanowić się nad warunkami jakie winny zostać spełnione aby współpraca z firmami ukraińskimi była w najmniejszym stopniu ryzykowana a nie toczyć bezprzedmiotowe dyskusje czy w ogóle należy ją zaczynać. Chyba, że prócz amerykańskich niedostępnych i ukraińskich dostępnych ale trudnych opcji Europa, w tym i Polska ma inne możliwości. Pisze o tym Hoffman w drugim punkcie swych rozważań. Jeśli chodzi o systemy „z półki” to często mówi się o amerykańskich rakietach AGM-158B JASSM-ER (zasięg 1000 km), które Polska planuje pozyskać. Problem polega wszakże na tym, że tylko teoretycznie są one „z półki”, bo ostatnie doniesienia medialne, które nota bene nie uwzględniają zmiany sytuacji w związku z wojna z Iranem, wiążą początek realizacji zamówień złożonych przez nas zkraj, Finlandię i Holandię z otwarciem nowej fabryki producenta tych systemów na Florydzie, co ma nastąpić w 2032 roku. Opcją jest też pozyskanie południowokoreańskich rakiet Chunmoo MLRS (zasięg 500 km +) ale i w tym wypadku trzeba się liczyć z wydłużonym w obecnych geostrategicznych relacjach terminem dostaw. Nie dotyczy to Polski, bo my zakupiliśmy 290 wyrzutni tych systemów, z czego do lata 2025 dostarczono już ich 117. Jednak nasi sojusznicy w Europie, którzy nie podjęli tego rodzaju decyzji mogą mieć problemy z szybkim pozyskaniem tych wyrzutni, z podobnymi ograniczeniami należy się też zapewne liczyć jeśli chodzi o rakiety. W związku z niestabilną sytuacją w świecie Hanwha Aerospace, producent tych systemów nie może narzekać na brak zamówień. I tak np. W grudniu Estonia podpisała umowe na zakup 6 wyrzutni, a w maju złożyła zamówienie na 3 kolejne.
Rakiety produkowane przez Izrael są również opcją bardziej teoretyczna niż praktyczną co ma związek zarówno z faktem zmniejszenia zapasów magazynowych w wyniku wojen toczonych przez to państwo czego konsekwencją będzie pokrywanie przez miejscowych producentów w pierwszym rzędzie własnych potrzeb jak i wynika z faktu, że są to rozwiązania, jak to ma miejsce w przypadku rakiet Arrow (Herz), które planują pozyskać Niemcy, z dużym zaangażowaniem partnerów amerykańskich co oznacza takie samo „ryzyko polityczne” jak w przypadku Tomahawków.
O zdolnościach europejskich jeszcze napisze, ale warto prześledzić trzecią drogę, którą analizuje Hofman. Jego zdaniem państwa naszego kontynentu mają tez opcję polegająca na przyspieszeniu realizacji dotychczasowych własnych programów budowy rakiet średniego i dalekiego zasięgu. Najlepsza opcją jest przyspieszenie programu Land Cruise Missiles realizowanego w ramach koncepcji Deep Precision Strike. Bazuje on na francuskich rozwiązaniach i konstrukcjach w zakresie rakiet wystrzeliwanych z okrętów. Sukces w zakresie „przyspieszenia” zależy od rozwiązania kontrowersji związanych z lokalizacją fabryki mającej produkować rakiety nowego typu i od znalezienia niezbędnych funduszy na to aby zintensyfikować prace. Ale nawet jeśliby udało się przyspieszyć działania programu ELSA, to i tak, zdaniem Hofmana niemożliwe jest osiągnięcie jakichkolwiek wymiernych rezultatów przed rokiem 2028. Jednak, jak donosiły media, skupiający 7 krajów projekt ELSA, był w grudniu ubiegłego roku już opóźniony o 18 miesięcy a o przyspieszenie będzie trudno bo cztery państwa z tej siódemki uruchomiły własne „narodowe” programy budowy zdolności rakietowych dalekiego zasięgu co oznacza, iż mamy do czynienia z faktyczną zmianą priorytetów. W listopadzie 2025 Szwedzi wspólnie z Holendrami zaczęli współpracę z brytyjską firmą GKN Aerospace, która na zlecenie Sztokholmu (kontrakt opiewa na kwotę 15,8 mln koron) ma zbudować dron dalekiego zasięgu napędzany silnikiem odrzutowym. Eksperci porównują te konstrukcje do Barrakudy - 500 Andurilu i są zdania, że te „mini - rakiety” mogą mieć zasięg do 2 tys km. Mówimy jednak o planach, które nawet jeśli uda się zrealizować bardzo ambitny i napiety harmonogram działań przynieść mają pierwsze efekty nie wcześniej niż w 2028 roku. Brytyjczycy uruchomili również własne projekty w tym zakresie. Mowa o Brakestop Project Mirrors wzorowanym na ukraińskiej konstrukcji Palianica. W tym wypadku projektowany dron - rakieta ma być wystrzeliwany z platformy naziemnej, przemieszczać się z prędkością 600 km i mieć podobny zasięg. Pierwotne plany zakładały wejście tej konstrukcji do masowej produkcji pod koniec 2025 roku i osiągnięcie zdolności budowy 240 sztuk rocznie, jednak do grudnia tego roku projekt „złapał” 18 miesięczne opóźnienie. Nie zakończyły się testy poligonowe i seryjna produkcja zostanie uruchomiona, jak się obecnie szacuje pod koniec 2026 roku, co też jest ambitnym celem. Nie zmienia to też faktu, że tej konstrukcji z pewnością nie można uznać za rozwiązanie umożliwiające uderzenia dalekiego zasięgu. Drugim brytyjskim projektem jest British Nightfall. Przewiduje on budowę rakiety balistycznej również o zasięgu 600 km, jednak jesienią 2025 szacowano czas potrzebny na zbudowanie prototypów na 9 do 12 miesięcy, nie mówiąc już o seryjnej produkcji.
Brytyjski think tank IISS, który w listopadzie 2025 roku poddał analizie programy realizowane przez państwa europejskie, w tym Turcję, w zakresie budowy systemów rakietowych zdolnych do rażenia celów na dużych głębokościach oceniał, że stopień ich zaawansowania (za wyjątkiem tureckiej rakiety Kara Atmaca, która ma jednak zasięg 400 km) nie uzasadnia optymizmu i nie będą one dostępne wcześniej niż pod koniec obecnego dziesięciolecia lub w pięcioleciu 2030 - 2035. Rafael Loss z European Council on Foreign Relations analizujący na początku maja możliwości państw europejskich w zakresie zastąpienia własnymi rozwiązaniami amerykańskich zdolności w zakresie uderzeń rakietowych na dużych głębokościach dochodzi w gruncie rzeczy do podobnych konkluzji. Jego zdaniem niemiecko - brytyjskie porozumienie, zawarte w marcu 2026 w kwestii wspólnej budowy systemów dalekiego zasięgu da efekty najwcześniej w połowie 2035 roku, podobnie francuskie plany rozbudowy tego rodzaju zdolności nie przyniosą wcześniej wymiernych efektów. W opinii tego analityka jedną z opcji, którą mogą brać pod uwagę państwa europejskie jest współpraca i wspólne rozwijanie technologii z Turcją lub Koreą Płd. oraz rozważenie perspektyw kooperacji z Ukrainą. Jego opinią w tej ostatniej kwestii warto przytoczyć w całości - „Ukraina z kolei dysponuje rozwijającą się, ale dopiero rozwijającą się bazą produkcyjną pocisków rakietowych, a programy takie jak Flamingo przynoszą wstępne rezultaty przy niższych niż deklarowane możliwościach. Niemniej jednak, sprawdzona w boju broń dalekiego zasięgu Ukrainy (lub jej ewolucje) może stanowić część przyszłego „połączenia wysokiego i niskiego zasięgu” europejskich zdolności uderzeniowych.” Warto zwrócić uwagę na przesłanie tego co napisał Loss. Ukraina nie dysponuje jeszcze „dojrzałą” technologią, ale robi szybkie postępy i współpraca państw europejskich z tamtejszymi konstruktorami może dać obiecujące rezultaty, zapewne szybciej niż w przypadku kooperacji z Turcją, Koreą Płd czy dotychczasowymi partnerami w rodzaju Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Mamy w tym przypadku do czynienia z próbą dojrzałego podejścia do kwestii pozyskania zdolności. Chodzi o dostęp do rozwijającej się technologii i możliwości jej testowania w warunkach pola walki a nie zakup „gotowych” rozwiązań. W tym sensie kontrowersje wokół Fire Point, którym poświęca się w Polsce wiele, ale mam wrażenie, że jednostronnej uwagi, są mniej w tym podejściu istotne. Przedmiotem rozmów i ewentualnego transferu jest bowiem w tym wypadku technologia a nie ukraiński model biznesowy i system zamówień który sprawdził się w kraju prowadzącym wojnę a niekoniecznie musi być w lustrzany sposób implementowany gdzie indziej.
3. Fire Point
Dziennik Financial Times poinformował w minionym tygodniu, że Fire Point umieścił na orbicie ziemi dwa satelity i w 2027 roku planuje podobne operacje mające „o kilka tuzinów” zwiekszyć jej zdolności w tym zakresie. Przedsięwzięcie ma związek z projektem Freya, budowy europejskiego systemu ochrony przestrzeni powietrznej, którego rozpoczęcie Denis Stilerman, główny konstruktor i właściciel firmy, ogłosił kilka miesięcy temu. Jak powiedział brytyjskiemu dziennikowi „Idea, która przyświeca naszej broni, polega na tym, że sprzedajemy nie tylko broń i nie tylko bezpieczeństwo, ale także niezależność w zakresie bezpieczeństwa”.
Zdolności produkcyjne rakiety manewrującej Flamingo Stilerman określił na 200 sztuk miesięcznie argumentując, że wąskie gardło postaci produkcji silników „będzie wkrótce rozwiązane”. Aby przyspieszyć i zwiększyć produkcję firma potrzebuje, jego zdaniem ‚zamówień i pieniędzy”.
Projekty Fire Point, w tym budowa fabryki paliwa stałego wspólnie z rządem Danii uległy ostatnio „zamrożeniu”, co ma związek z nowa odsłoną „skandalu Mindycza” i ujawnieniem nowych podsłuchów w których ten przedsiębiorca, obecnie znajdujący się w Izraelu, rozmawia z ówczesnym ministrem obrony Umerowem, tak jakby był głównym beneficjentem firmy. Pojawiły się też niepotwierdzone informacje, że nagranie rozmowy zostało opublikowane w przeddzień spotkania przedstawicieli europejskich rządów z reprezentantami Fire Point w sprawie programu Freya, co doprowadzić miało do przełożenia rozmów na ten temat na czas nieokreślony, jak można się domyślać do momentu rozwiania watpliwości. Nie wydaje się aby to szybko nastąpiło, bo teraz do kwestii związanych z afera Mindycza doszły publikacje ukraińskiego Centrum Walki z Korupcją na temat rosyjskich interesów i powiązań Stilermana z czasów kiedy prowadził on interesy w Federacji Rosyjskiej.
Opis ukraińskiej debaty na temat Fire Point wart jest osobnego, szczegółowego, potraktowania, tym bardziej, że relacje polskich mediów mają w mojej ocenie jednostronny charakter. Nie to jest jednak, jak się wydaje, problemem a kwestia zdolności do pozyskania technologii, której w Europie ukraińska firma jest dziś jedynym dysponentem. Jeśli myśleć o współpracy z ukraińskimi firmami, w tym z Fire Point, w kategoriach fuzji, wejścia kapitałowego czy joint venture to ryzyka związane z ewentualnymi uwikłaniami i przeszłością biznesową Denisa Stilermana winny być brane pod uwagę. Ale jest to bardziej kwestia akceptacji ryzyka, w tym i wizerunkowego, ewentualnych partnerów biznesowych tej firmy. Będą to z pewnością, znając nastawienie Fire Point, podmioty prywatne. Ale jakie znaczenie ma to w przypadku jeśli chcemy pozyskać technologię, pracować nad poprawą konstrukcji i samodzielnie (lub w ramach wspólnego podmiotu ale podlegającego polskiej jurysdykcji i procedurom) te systemy produkować? Wydaje się, że niewielkie i z takiego zapewne założenia wyszedł premier Norwegii Jonas Gahr Støre, który w lutym a zatem już po publikacji „taśm Mindycza”, odwiedził siedzibę Fire Point i rozmawiał z właścicielem firmy.
Warto precyzyjnie opisywać sytuację. W obliczu ograniczonych amerykańskich zdolności w zakresie dostaw systemów dalekiego zasięgu i opóźnień (projekty europejskie) w budowie własnych rozwiązań współpraca z Ukrainą jest jedyną realną dziś opcją. Nie musi ona zostać podjęta, ale alternatywą jest słabnięcie odstraszania, pogodzenie się z deficytem bezpieczeństwa i „dziurą w zakresie zdolności”. Ta asymetria może wręcz prowokować Rosjan do realizacji gróźb formułowanych choćby przez Karaganowa (w wywiadzie z Diesenem mówi, że podobnie jak on myśli większość rosyjskiej elity strategicznej) tym bardziej jeśli sojusznicy z NATO bedą prowadzili zróżnicowaną politykę i obok państw kooperujących z ukraińskimi podmiotami będą też takie, które ze względów „etycznych” czy politycznych nie zdecydują się na to. Warto też dać szansę władzom Ukrainy aby same rozstrzygnęły wszystkie kontrowersje a aparat państwa polskiego raczej nakierować na pozyskanie technologii, wspólny ich rozwój i zachowanie wszystkich procedur zarówno w zakresie przejrzystości polityki zamówień i ich finansowania jak i prawidłowości i ochrony kontrwywiadowczej.
Trwa ładowanie...