Rosyjsko - amerykańska rozgrywka o Europę Środkową
Połączmy kropki i odpowiedzmy sobie na pytanie co się dzieje? Ale najpierw prześledźmy wydarzenia ostatnich kilku dni, bo ich nasilenie nie może być kwestia przypadkowej koincydencji. Mamy do czynienia z jakimś planem, pytanie tylko co chcą osiągnąć jego autorzy i jak daleko są w stanie się posunąć. Oto moja interpretacja wydarzeń.
Na Litwie ogłoszono stan wyjątkowy - w minioną środę rano w Wilnie, zawyły syreny. Parlament, premiera i prezydenta przewieziono do bunkra, a mieszkańcy otrzymali na smartfony ostrzeżenie z prośbą o udanie się do schronów. W tym samym czasie w powietrze wzbiły się myśliwce NATO. Powodem były drony, które wtargnęły w przestrzeń powietrzną kraju i przemieszczały się w stronę stolicy. Podobnie jak w przypadku podobnego incydentu w Polsce, jesienią ubiegłego roku, władze Litwy uprzedzone zostały o wszystkim przez białoruskie służby, których rola jest w całej historii co najmniej dwuznaczna. Ale o tym później. Warto jednak odnotować, że to co wydarzyło się w Wilnie było pierwszym tej rangi alarmem w kraju należącym do Unii i NATO od początku wojny na Ukrainie. Również z tego powodu można mówić o eskalacji napięcia.
W tym samym czasie siły zbrojne na Łotwie ogłosiły stan alarmowy (trzeci z w ciągu kilku dni), w górę poderwały się NATO-wskie myśliwce broniące przestrzeni powietrznej tego kraju a w kilku regionach ogłoszono stan podwyższonej gotowości. Powodem, podobnie jak w przypadku Litwy, było wtargnięcie dronów, ale sytuacja w Rydze jest odmienna, bo od tygodnia Łotwa nie ma rządu. Gabinet Eviki Siliny upadł po tym jak zdymisjonowała ona ministra obrony, który nieadekwatnie, zdaniem pani premier, przygotował kraj na zagrożenia. Zmaterializowały się one kilka dni wcześniej w postaci kilku dronów, które wtargnęły w przestrzeń powietrzną kraju, w tym jeden uderzył w zbiorniki paliwa nieopodal miasta Rezekne. Na szczęście był on pusty ale sytuacja stała się napięta, również z tego powodu, że okazało się, iż dron był produkcji ukraińskiej. Służby Litwy i Łotwy są przekonane, że Rosjanie zakłócili tor lotu ukraińskich systemów dalekiego zasięgu, atakujących od kilku tygodni intensywnie ich terytorium, w taki sposób, że byli w stanie „przekierować” je nad obydwa te bałtyckie państwa. Równolegle we wschodniej Łotwie nastąpiła duża awaria sieci energetycznej, 61 tys obywateli zostało pozbawionych prądu, co w tym zamieszkałym przez niewiele ponad 1,8 mln ludzi (z czego 600 tys w stolicy) jest znaczącym wydarzeniem. W przestrzeń powietrzną Estonii w tym samym czasie również wleciał nieznany dron, co postawiło w stan gotowości siły zbrojne, poderwano NATO-wskie myśliwce i zestrzelono obiekt. Mamy zatem do czynienia z „podręcznikową” sytuacją wojny asymetrycznej. Państwa bałtyckie atakowane są przez systemy bezzałogowe o trudnej do ustalenia atrybucji, ludność jest coraz bardziej zaniepokojona, mają miejsce awarie infrastruktury krytycznej a na to nakłada się kryzys polityczny, który nawet jeśli szybko jest rozwiązywany (na Łotwie powstała już nowa koalicja) to i tak pozostaje wrażenie niestabilności i niepokoju. Tym bardziej, że równolegle narasta rosyjska kampania narracyjna. Służba Wywiadu Zagranicznego (SWR) ogłosiła w miniony wtorek, że Ukraina przygotowuje ataki na Rosję z państw bałtyckich i że ukraińskie wojska już stacjonują na Łotwie. W oficjalnym komunikacie wspomniano o łotewskich bazach wojskowych Ādaži, Seliji, Lielvārde, Dyneburg i Jēkabpils, gdzie rzekomo mają znajdować się ukraińskie wojska. Rosjanie zagrozili również Łotwie „sprawiedliwą karą”, przed którą członkostwo w NATO jej nie uchroni, co zresztą wpisuje się w narracje Kremla jakoby państwa graniczące z Rosją prowadziły agresywną politykę prąc w gruncie rzeczy do wojny. Motywy Kremla wydają się w tym wypadku oczywiste. Chodzi o skłócenie Bałtów z Ukrainą i doprowadzenie sytuacji w której liderzy państw najsilniej do tej pory wspierających Kijów zaczną wywierać presją aby Zełenski zaniechał ataków, przy użyciu systemów dalekiego zasięgu, na cele w Federacji Rosyjskiej.
Ale nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o Bałtów, bo gra związana jest również z Białorusią. Kilka dni przed zaostrzeniem sytuacji w Mińsku odbył się Festiwal Nadziei, modlitewne zgromadzenie wspólnot protestanckich, które organizował Franklin Graham, znany kaznodzieja, syn Billego Grahama. W Cziżowka Arenie, jednej z hal sportowych, spotkało i wspólnie modliło 7,5 przedstawicieli białoruskich wspólnot protestanckich. Dlaczego wydarzenie to ma takie znaczenie? Graham to nie jeden z wielu kaznodziei, ale pastor, który uznawany jest za duchowego powiernika Donalda Trumpa, przewodniczył religijnej części ceremonii inauguracji amerykańskiego prezydenta, a jego związki z polityką obecnej administracji podkreśla i to, że w modlitewnym spotkaniu w Mińsku wziął udział John Cole, specjalny wysłannik Białego Domu na Białoruś, wraz z małżonką. Graham spotkał się zresztą z Łukaszenką a w trakcie modlitw miał wezwać, jak informował kanał Christian Vision, do modlitwy za Trumpa, Łukaszenkę i Putina. Nawet jeśli ta ostatnia informacja nie jest prawdziwa to jego kordialne relacje z białoruskim dyktatorem i przełomowy charakter wizyty Grahama, nie budzą wątpliwości. Dlaczego możemy mówić o przełomie? Przede wszystkim z tego względu, że do tej pory Protestanci byli najbardziej prześladowaną wspólnotą religijną na Białorusi. W wyniku represji, wspieranych zresztą przez cerkiew moskiewską która uznaje sąsiedni kraj za swoje terytorium, liczba wspólnot zmniejszyła się z 1034 na początku 2024 roku do 850 obecnie. Zmiana kursu władz w Mińsku, co zresztą podkreślone zostało spotkaniem Grahama z Łukaszenką, w którym uczestniczył metropolitę Vieniamin, kierujący Białoruską Cerkwią Patriarchatu Moskiewskiego, jest w tym wypadku oczywista i motywowana politycznie. Amerykanie znieśli bowiem w lutym sankcje nałożone na państwowy koncern Biłoruśkalij, który jest największym w kraju i liczącym się w świecie, eksporterem nawozów potasowych. Ten gest nie ma jednak większego znaczenie jeśli równolegle nie zmieni się polityka państw sąsiednich w kwestii zgody na tranzyt białoruskich nawozów. Póki co Unia Europejska na amerykańskie działania odpowiedziała w kwietniu przedłużeniem sankcji, co zmusza Łukaszenkę do wykorzystywania znacznie dłuższej, a przez to kosztownej, marszruty przez rosyjskie porty na Bałtyku. Są one ostatnio intensywnie bombardowane przez Ukrainców, co jeszcze dodatkowo zaostrza kwestię. Amerykanie, co publicznie potwierdził prezydent Litwy, zaczęli naciskać na Bałtów i Polskę, aby państwa te zrewidowały politykę wobec Mińska, ale póki co, bezskutecznie. Łukaszenka wyraźnie stara się „wciągnąć” administrację Trump do współpracy. Miał on zaproponować Johnowi Cole amerykańskiej grupie kapitałowej zakup i eksploatację złóż soli potasowych a nawet nie wykluczył wejścia kapitałowego do Białoruśkalij. Gdyby te informacje się potwierdziły to już sam fakt złożenia propozycji tego rodzaju byłby przełomem bo Rosjanie przez lata chcieli kupić udziały w tej firmie albo zacząć eksploatować złoża a Łukaszenka zawsze blokował tego rodzaju transakcję przeciągając do granic możliwości toczące się rozmowy. Pytaniem zasadniczym jest, a tu zdania analityków są podzielone, czy podjęta przez Łukaszenkę próba zbliżenia z Waszyngtonem jest działaniem uzgodnionym z Putinem czy raczej wyrazem dążenia Mińska do poszerzenia obszaru niezależności. To ważne bo odpowiedź na to pytanie pomoże nam w interpretacji białorusko - rosyjskich ćwiczeń sił nuklearnych, które odbywały się na terenie całego kraju w minionym tygodniu. Miały one jawnie prowokacyjny charakter a ich skala, Rosjanie zaangażowali w nich 64 000 żołnierzy, ponad 7800 jednostek broni i sprzętu wojskowego, w tym ponad 200 wyrzutni rakiet oraz więcej niż 140 samolotów, miały pokazać, że nawet mimo wojny dysponują oni znaczącym i groźnym potencjałem. Tym bardziej, że manewry zostały ogłoszone nagle, komunikaty resortów obrony obydwu krajów ukazały się dzień przez ich rozpoczęciem a NATO-wscy analitycy byli zdania, że podobnie jak w ubiegłym roku odbędą się one jesienią. Częścią białoruską tych ćwiczeń kierował Paweł Murawiejka, wiceminister obrony i szef sztabu generalnego sił. Ukraińcy, zarówno prezydent Zełenski jak i dowódca sił zbrojnych Ołeksandr Syrski mówią publicznie o narastającym zagrożeniu atakiem od strony Białorusi, niepokojących ruchach wojsk, udrażnianiu tras komunikacyjnych czy przeprowadzanych szkoleniach wśród lekarzy cywilnych jak radzić sobie z leczeniem ran postrzałowych. Ich zdaniem może to świadczyć o przygotowywaniu przez Rosjan kolejnego ataku z północy na Sumy czy okolice Czernobyla ale nie można wykluczyć, „obrócenia” tych sił i zwiększenie zagrożenia na kierunku bałtyckim.
Tym bardziej, że w typowy dla siebie sposób Kreml zaostrza retorykę. W czasie kiedy rozpoczynały się manewry sil nuklearnych wiceminister spraw zagranicznych Sergiej Riabkow udzielił wywiadu Agencji TASS. Mówił w nim o agresywnej polityce państw europejskich wobec Rosji, ale w szczególności podkreślał „jawnie prowokacyjne działania” takich państw jak Finlandia, która rozważa dopuszczenie na swe terytorium amerykańskiej broni jądrowej czy polsko - francuskie deklaracje w sprawie ćwiczeń nad Bałtykiem sił zdolnych do przenoszenia ładunków nuklearnych. Riabkow nie tylko zagroził „adekwatną odpowiedzią” ale również stwierdził, że próby „rozciągnięcia” francuskiego parasola nuklearnego na Wschód, nie mówiąc już o ruchach w kierunku uzyskania własnych zdolności, doprowadza do wycofania się Rosji z jakichkolwiek rozmów rozbrojeniowych. Ta ostatnia groźba ma swego adresata - Biały Dom, który zainteresowany jest negocjacjami w „trójkącie strategicznym” z udziałem nie tylko Moskwy ale przede wszystkim Pekinu. Rosjanie proponują, jak się wydaje „transakcję wiązaną” - pomoc w zakończeniu wojny w Iranie i wsparcie idei negocjacji nuklearnych, w tym powstrzymywanie ambicji Korei Płn ale za cenę zgody na zakończenie wojny na Ukrainie na swoich warunkach i „uporządkowania” sytuacji w Europie Środkowej.
Amerykanie też mają wizję jak poprawić swoją pozycję. Chcą wynegocjować warunki zakończenia wojny, nawet jeśli ceną miałby być Donbas, bo to da im pozycję gwaranta bezpieczeństwa a co za tym idzie przyszłości Ukrainy i przy okazji będą w stanie zablokować możliwości Europejczyków którzy zaczynają myśleć o samodzielności. Zakończenie wojny, zwłaszcza, że Rosjanie twardo stawiają warunek oddania Donbasu jest w dzisiejszym układzie sił mało prawdopodobne. Powód jest oczywisty. Kijów nie chce oddania „twierdz miejskich” które są nadal w posiadaniu sił ukraińskich, tym bardziej jeśli mamy do czynienia z zagrożeniem z północy. Jeśli jednak udałoby się „zneutralizować” Białoruś ta kalkulacja mogłaby się zmienić. Ale
aby to osiągnąć trzeba zdominować Bałtów, Ukrainę i Polskę. W tym pierwszym przypadku przeszkodą jest Zełenski, który nie chce oddać Donbasu, ale jego pozycja jest osłabiona w związku z kolejną odsłoną korupcyjnej afery Mindycza. W Kijowie, skąd właśnie wróciłem, mówi się, że NABU, specjalna prokuratura antykorupcyjna, jest w gruncie rzeczy narzędziem w rękach Amerykanów. Generując kolejne „kontrolowane przecieki” do mediów ujawniające co bardziej smakowite fragmenty nagrań Mindycza osłabiać mają oni w ten sposób, w świetle tej narracji, pozycję Zełenskiego, ale również determinację Europejczyków aby kontynuować finansowanie skorumpowanego obozu władzy. Czy to oznacza, że Zełenski i jego otocznie są niewinni i czyści jak łza? Oczywiście, że tak nie jest, ale nie bądźmy pięknoduchami, kompromitujące obóz władzy nagrania pojawiają się zawsze w kluczowych momentach kiedy podejmuje się strategiczne decyzje. Zadziwiający przypadek.
Teraz chodzi o to aby wymusić zakończenie wojny. Paradoksalnie mamy do czynienia z wyścigiem na tym polu. Rosjanie chcą zastraszyć Europejczyków, kusząc Trumpa oraz osłabić NATO. Amerykanie z kolei chcą zarządzać procesem zakończenia wojny bo ich niepowodzenie w tym zakresie może w dłuższej perspektywie oznaczać, że i w Europie zaczynają tracić pole bo państwa naszego kontynentu poważnie a nie deklaratywnie jak do tej pory zaczną myśleć o „suwerenności strategicznej”. Ta rywalizacja mocarstw jest, a nie sam fakt rosyjskich prowokacji, czynnikiem destabilizującym sytuację i zwiększającym ryzyko wojny.
Nie tylko bowiem Rosjanie, również Amerykanie naciskają na europejskich sojuszników, w tym na Polskę. Trudno inaczej interpretować decyzję o wstrzymaniu rotacji sił wojskowych do naszego kraju. Jesteśmy jak głosi „uspokajający” komunikat Pentagonu jesteśmy nadal modelowym sojusznikiem ale w kwestii obecności wojskowej nie jest on już tak jednoznaczny. Mimo, że padają tam deklaracje na temat „utrzymania silnej obecności wojskowej w Polsce” to Departament Wojny podtrzymuje decyzję o redukcji z 4 do 3 liczby brygad sił lądowych stacjonujących w Europie. Skąd ta jedna zostanie wycofana? Nie do końca wiadomo, bo wstrzymanie rotacji oznacza, że być może z Polski, ale wcześniej padały też deklaracje o ewakuowaniu amerykańskiej brygady sił lądowych stacjonującej w Bawarii. Takie postawienie sprawy trudno uznać za coś innego jak presję na Warszawę aby ta zrewidowała swe stanowisko. W grę może wchodzić europejska suwerenność strategiczną, którą Tusk chce budować, twarde stanowisko wobec Białorusi a niewykluczone, że i warunki wspierania Ukrainy i zakończenia wojny. Przejście Polski do umownego „obozu Trumpa” zmienia, i to drastycznie, sytuację zarówno Europy, która bez Polski nie zbuduje ani systemu obrony wschodniej flanki jak również Ukrainy. Pytanie czy Amerykanie, czego nie wykluczam, dążąc do realizacji swoich celów są gotowi wymusić przesilenie rządowe w Polsce. Informacja o wstrzymaniu rotacji wywołała w Polsce szok. Politico dotarło do poufnego raportu ambasadora Rosę w którym ten pisze o „silnym szoku politycznym i psychologicznym” jaki w naszym kraju wywołała informacja zza oceanu. Oficjalna narracja, w tym polskich polityków, głosi, że głównym problemem była w tym wypadku „chaotyczna komunikacja” i błędy Amerykanów, którzy tradycyjnie niechętnie i z niewielkim wyprzedzeniem informują sojuszników o swoich planach. Po to aby naprawić szkody do Europy przyjechali Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Dan Caine, który spotkał się z ministrami obrony NATO w Brukseli, a jego zastępca, generał Christopher Mahoney odwiedził Warszawę. Prezydent Trump umieścił też intrygujący wpis na platformie Truth w którym zapowiedział wysłanie do Polski dodatkowego kontyngentu żołnierzy w liczbie 5000 oraz napisał, że decyzja ta ma związek ze zwycięstwem wyborczym prezydenta Nawrockiego. To ciekawe zestawienie, bo trudno przypuszczać aby w Białym Domu nie wiedziano, że wybory prezydenckie w Polsce rozstrzygnięto 18 maja, ale 2025 roku. Można oczywiście uznać, że decyzja Trumpa to „rocznicowy prezent”, ale zaryzykuję inną interpretację, wychodząc z założenia, że we wpisach polityków, tym bardziej prezydenta supermocarstwa (nawet tak ekscentrycznych jak Trump) nic nie pojawia się przypadkowo i przywołanie Nawrockiego ma cel. Pytanie tylko jaki, prócz okazania sympatii, co zdążało się już wcześniej. Warto też przypomnieć, że po uwolnieniu Andrzeja Poczobuta Trump również napisał, że stało się to w wyniku zabiegów p. Prezydenta. Jest jeszcze w całej sprawie dodatkowy „ślad”. Otóż w oświadczeniu Departamentu Wojny, które przywoływałem wcześnie wymienionym z nazwiska jest inny polski polityk - wicepremier Kosiniak - Kamysz. W oświadczeniu przywoływany jest fakt telefonicznej rozmowy Hegsetha z naszym ministrem obrony i w konkluzji możemy przeczytać, że „Departament pozostanie w bliskim kontakcie z naszymi polskimi odpowiednikami w trakcie trwania tej analizy, w tym w celu zapewnienia utrzymania silnej obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Polsce. Polska wykazała się zarówno zdolnością, jak i determinacją, by się bronić. Pozostali sojusznicy NATO powinni pójść w jej ślady.” Analiza o której tu mowa to trwający przegląd amerykańskiej obecności wojskowej poza granicami Stanów Zjednoczonych. Innymi słowy komunikat jest tu czytelny - redukcja sił nastąpi, ale nic nie jest jeszcze przesądzone i słowa te przeznaczone są, jak łatwo zauważyć nie tylko do Polski ale też do innych sojuszników, czyli również z Niemiec skąd ma zostać wycofana jedna brygada amerykańskich sił lądowych. Oświadczenie Departamentu Obrony, mimo, że wspomina się w nim Hegsetha jest sygnowane przez jego zastępcę odpowiadającego za komunikację publiczna. Dlaczego nie ma w nim ani słowa o wizycie dwóch wiceministrów - Zalewskiego i Tomczyka i prowadzonych przez nich rozmowach? No właśnie. Moim zdaniem nie chodzi wyłącznie o rangę rozmówców i podkreślenie roli Hegsetha, który nie powinien zostać zestawiony z polskimi wiceministrami, ale o rodzaj sygnału politycznego niczym dwie strony monety wpisanego w oświadczenie Pentagonu i wpis Trumpa. Personalnie jest on jasny - Nawrocki i Kosiniak - Kamysz, jako dwie osoby symbolizujące przyjaźń z obecna administracją i dobre relacje polsko - amerykańskie. Szok wywołany zapowiedzianą redukcją amerykańskiej obecności wojskowej dotyczył obecnego rzadu, i oczywiście premiera Tuska, który opowiada się za kierunkiem europejskim a jest zdecydowanie mniejszym entuzjastą jeśli chodzi o relacje z Trumpem i Stanami Zjednoczonymi. Amerykanie odpowiadają na to historią z wycofaniem - powrotem sił do Polski. Sprawa nie jest jednoznacznie przesądzona, bo na gruncie wpisu Trumpa nie można przesądzić czy docelowo mieć będziemy 10 czy 15 tys. Żołnierzy, ani też czy będzie to nadal kontyngent rotacyjny. Tym bardziej nie jest to jasne, że przed wylotem na właśnie zakończone spotkanie ministrów spraw zagranicznych w Szwecji Sekretarz Rubio podtrzymał deklaracje redukcji amerykańskich sił wchodzących w skład NATO Force Model w przyszłości. Innymi słowy Amerykanie grają kwestiami bezpieczeństwa wschodniej flanki, wykorzystują zwoją przewagę i słabość państw Paktu aby wzmocnić swoją pozycję, również polityczną. Procesy, które dopiero zaczynają się w Polsce są znacznie bardziej zaawansowane w Rumunii i na Łotwie, gdzie dotychczasowe rządy upadły i obecnie trwają polityczne konsultacje których celem jest powołanie nowych gabinetów.
Sytuacja w Rumunii jest bardzo ciekawa. Upadł tam rząd po tym jak socjaldemokraci wyszli z koalicji a prezydent Nicușor Dan, opisywany jako „nadzieja liberałów” i establishmentu europejskiego, zaczął sygnalizować gotowość do zmiany kursu Bukaresztu. W przemówieniu wygłoszonym w przeddzień święta narodowego powiedział on, że przyszły gabinet będzie miał „kurs prozachodni” co niekoniecznie musi oznaczać „proeuropejski”. To bardzo ciekawe rozróżnienie tym bardziej, że Dan oskarżył poprzednie rządy o to, że niezbyt skutecznie i energicznie zabiegały o interesy Rumunii w Brukseli a na dodatek jego zdaniem Wspólnota popełniła w swej polityce katastrofalne błędy. Jak zauważył „Europa popełniła błędy. Kiedy zrezygnowała z energii jądrowej i oparła swoją energię na tanim rosyjskim gazie, to był błąd. Kiedy zaniedbała swój przemysł obronny, to był błąd. Kiedy w swojej ewidentnie uzasadnionej polityce środowiskowej wyznaczyła sobie zbyt ambitne cele, szkodząc przemysłowi ciężkiemu, to również był błąd. Kiedy w wielu kwestiach działała ideologicznie, to również było błąd.” Bilans członkostwa Rumunii we Wspólnocie jest pozytywny, w tej kwestii Dan nie ma wątpliwości, ale nie oznacza to gotowości kontynuowania dotychczasowej linii. W przeszłości „Rumunia często była słaba w Unii Europejskiej, w prowadzonych tam dyskusjach. Rumunia często nie broniła swoich celów w sposób spójny, ponieważ – powtarzam, to prawda – to polityka, a nie wieczernik, w Unii Europejskiej kraje europejskie promują swoje interesy narodowe.” Jeśli zaś chodzi o przyszłość to rumuński prezydent nie ma wątpliwości - „Europa i Rumunia - deklarował - potrzebują sprawiedliwego, solidnego i sprawiedliwego partnerstwa Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi, a Rumunia jest zwolennikiem takiego partnerstwa.” Z tego też powodu podkreślanie, iż nowy rząd, który powstanie będzie „prozachodni” oznacza akcentowanie nie potrzeby budowania suwerenności strategicznej Europy a przeciwnie, podkreślanie konieczności wzmocnienia kursu na Waszyngton. Podobne deklaracje wygłaszają też gabinetu który upadł. Oana Țoiu minister spraw zagranicznych w Rumuńskim rządzie, który nie ma już większości i niedługo odejdzie, powiedziała w trakcie niedawnego spotkania w Pradze, że Bukareszt chce „stworzyć przestrzeń do rozwoju współpracy ze Stanami Zjednoczonymi” i uzupełniła swoją wypowiedź stwierdzeniem, iż rumuński plan zamówień obejmuje „ponad 2 miliardy dolarów” na sprzęt amerykański. Różnica między działaniami i wypowiedziami przedstawicieli Francji czy Niemiec jest w tym wypadku wyraźna. Przedstawiciele dużych państw europejskich deklarujących dążenie do samodzielności strategicznej naszego kontynentu chcą inwestować przede wszystkim we własne zdolności, kupować od Amerykanów wyłącznie to co absolutnie niezbędne i traktują „suwerenność strategiczną” w kategoriach uniezależnienia się od nieprzewidywalnej administracji.
W Słowenii również mamy do czynienia z nowym rządem na czele którego stanął Janoś Janša ponownie stanął na czele gabinetu, a jak wiadomo polityk ten uchodzi za zwolennika Trumpa i ruchu MAGA.
Uporządkujmy tę część naszych rozważań. W Europie Środkowej w ostatnim czasie zmienił się rząd w Czechach, trwają kryzysy rządowe na Łotwie i w Rumunii, na Słowenii władzę objął zwolennik Trumpa ale jednocześnie polityk opowiadający się za współpracą i dialogiem z Moskwą. Podobnie w Bułgarii, gdzie były prezydent Radew ma zdecydowaną większość. Zełenski jest osłabiony nową odsłoną afery Mindycza, kiedy na początku tygodnia byłem w Kijowie wiele się tam mówiło o perspektywie powrotu z Londynu generała Załużnego i o tym, że rzuci on rękawice coraz mniej popularnemu prezydentowi. W grze jest oczywiście pokój na Ukrainie i z tym też związany jest flirt administracji Trumpa z Łukaszenka. Jeśli bowiem udałoby się w efekcie tych działań zwiększyć stopień niezależności Mińska od Moskwy, a nie ulega wątpliwości, iż białoruski dyktator nie ma ochoty być marionetką Putina, to tego rodzaju dryf zasadniczo zmienia sytuację bezpieczeństwa w całym regionie i przybliża perspektywy pokoju. Dlaczego? Im Rosjanie są mniej pewni czy kontrolują sytuację wojskową na Białorusi, bo Łukaszenka wykonuje podejrzane z ich perspektywy ruchy, tym szybciej korygować musza swe plany strategiczne. Białoruś nie może być już traktowana w kategoriach pewnej „bazy wypadowej” z terenu której można uderzyć (albo grozić uderzeniem) zarówno w stronę Ukrainy jak i państw bałtyckich czy Polski. Różnica jest zasadnicza - Rosjanie muszą kontrolować wojskowo Białoruś, a Amerykanom wystarczy aby państwo to chciało się od Moskwy uniezależniać. Już sam ruch w stronę niezależności wymusza korektę rosyjskich planów i per saldo zwiększa bezpieczeństwo wszystkich w regionie. Najbardziej Ukrainy, która nie musi dyslokować dużych sił dla ochrony północnej granicy. Jeśli nie musi to może je przesunąć na linię styczności z Rosją, co zwiększa poczucie bezpieczeństwa również w przyszłości i być może otwiera drogę do oddania reszty Donbasu zamienionej w system twierdz miejskich. Jeśli ceną za Donbas miałby być pokój z Rosją i gwarancje bezpieczeństwa od Północy to osłabiony Zełenski być może bardziej byłby skłonny rozważyć taką opcję. To zaś oznaczałoby, że Amerykanie nie tylko mogą zakończyć wojnę, ale trzymają w swych rękach „klucz” do bezpieczeństwa Europy Środkowej, bo on dzisiaj znajduje się na Białorusi. Przy okazji Waszyngton miałby możliwość storpedowania koncepcji „suwerenności strategicznej” Europy bo państwa wschodniej flanki (po zmienię kilku rządów) byłyby raczej zainteresowane współpracą z Amerykanami niż orientowaniem się na Paryż czy Londyn. Na dodatek Rosjanie też mogliby być przez Amerykanów rozgrywani, bo umacniając się na Białorusi, Trump i jego następcy zwiększaliby siłę oddziaływania na Moskwę. To z kolei jest ważne jeśli myślec o rozgrywce w trójkącie strategicznym Stany Zjednoczone - Rosja - Chiny. Ale to już zupełnie inna historia.
Rosja ma inne w tej kwestii podejście. Chce eskalując napięcie zastraszyć Europejczyków z Zachodu a organizując ćwiczenia sił nuklearnych na Białorusi wysyła równolegle ostrzeżenie dla Łukaszenki. Już Wielka Brytania osłabiła sankcje nałożone na Rosję, bo osłabiony klęską w wyborach lokalnych Starmer nie chce wzrostu cen na stacjach paliwowych. Bruksela poszukuje zaś negocjatorów, którzy mogliby rozpocząć rozmowy z Rosją. Nie chcąc przyjąć propozycji Putina aby głównym negocjatorem był Schroeder, proponuje się Draghiego, Ninisto, Merkel czy Stubba. Różnica w ich postawie wobec Rosji nie jest wielka, wszyscy są zwolennikami negocjacji. Tylko, że Merkel do tej pory ustępowała Rosjanom a urzędujący prezydent Finlandii, który ma zresztą najmniejsze szanse opowiada się za rozmowami „z pozycji siły”. Aby je prowadzić trzeba mieć siłę i Rosjanie mają zamiar pokazać Europejczykom, że ci jej nie posiadają. Te dwa nowe elementy - rywalizacja z Amerykanami i chęć zakończenie wojny na Ukrainie, a obecnie można to osiągnąć wyłącznie rozbijając obóz sojuszników Kijowa i pozbawiając walczące państwo pomocy finansowej, zwiększa ryzyko scenariuszy eskalacyjnych. Gra o warunki na jakich zakończy się wojna, w tym jak będzie wyglądała sytuacja bezpieczeństwa Ukrainy i całej Europy Środkowej już się zaczęła. Rosjanie ruszyli i będą eskalować, bo boją się, że Amerykanie ich wyprzedzą.
Trwa ładowanie...