Dron w Rumunii i słabnące odstraszanie Rosji

Rosyjski dron, który uderzył w 10-te piętro budynku mieszkalnego w Gałaczu (dwie osoby zostały ranne i hospitalizowane) okazał się, jak powiedział prezydent Rumunii, Geranem - 2. Nicușor Dan w specjalnym oświadczeniu poinformował też, że dron ten leciał w grupie 45 systemów tego rodzaju, przy użyciu których Rosjanie atakowali cele na wschodzie Ukrainy, ale został on najprawdopodobniej „trafiony” (brak precyzyjnych opisów co to może oznaczać) w efekcie czego zmieniona została trajektoria jego lotu, zboczył on z kursu i trafił w rumuński wieżowiec. Drony miały lecieć w kierunku miasta Reni po ukraińskiej stronie Dunaju. Wystarczy jednak spojrzeć na mapę aby wiedzieć, że Gałacz leży w linii prostej ok. 30 km na zachód od Reni, więc mógł po prostu kontynuować lot, co raczej wskazuje na celowe działanie Rosjan. Prezydent Dan zapytany przez dziennikarzy czy rosyjski dron leciał zgodnie z pierwotnym kursem czy zboczył w wyniku działania ukraińskiej obrony powiedział, że „doznał on kinetycznego uszczerbku” i dlatego uderzył w dom w Gałaczu. Ta interpretacja jest mało prawdopodobna, ale zrozumiała, bo w przeciwnym razie rumuński prezydent musiałby zacząć mówić o intencjonalnym działaniu Rosjan a nie wypadku czy incydencie. Działanie intencjonalne wymaga silniejszej reakcji niż „incydent” więc narracja Bukaresztu na temat tego co się stało wskazuje też na to, że rumuńska dyplomacja, która zaczęła mówić o uruchomieniu art. 4 Traktatu Waszyngtońskiego, nie była zapewne pewna czy NATO w odpowiedni sposób zareaguje. To też znacząca, choć wymagająca potwierdzenia, informacja, tym razem na temat nastrojów w Bukareszcie.

Od początku wojny na Ukrainie szczątki rosyjskich dronów odkryto już 47 razy, ale teraz sytuacja jest inna. Przede wszystkim z tego powodu, że rumuński resort obrony, póki co, nie udzielił odpowiedzi na pytanie dlaczego tym razem dron, który został namierzony przez radarowe systemy obrony przestrzeni powietrznej i w związku z tym zostały poderwane dwa myśliwce dyżurujące, nie został zestrzelony. Te pytania, stawiane publicznie przez dziennikarzy, tym bardziej, że to już drugie tego rodzaju zdarzenie w Gałaczu w ciagu miesiące, wywołały, jak napisał jeden z portali „wściekłość” i frustrację rzecznika rumuńskich sił zbrojnych. Jak powiedział płk Cristian Popovici Rumunia potrafi wykrywać i śledzić rosyjskie drony w rejonie Gałacza, lecz nie dysponuje niezbędną technologią wojskową, aby je zestrzelić, niezależnie od sytuacji. To co się stało w Gałaczu jest, taka jest moja teza, do pewnego stopnia typowe i jest też sygnałem strategicznym, który Rosja adresuje do państw członkowskich NATO. O powtarzalności schematu można mówić również dlatego, że w tym i ubiegłym tygodniu zarówno na Litwie jak i na Łotwie mieliśmy do czynienia z naruszeniem przestrzeni powietrznej przez drony. W tym przypadku, jak wynika z oficjalnych oświadczeń, w przestrzeń powietrzna obydwu krajów wtargnęły drony ukraińskie, których tor lotu miał zostać zniekształcony przez Rosjan w taki sposób aby uderzyły one w cele w obydwu tych bałtyckich państwach. Po tym jak drony trafiły w bazę paliwowa na Łotwie zaczął się w tym kraju kryzys rządowy, najpierw zdymisjonowano ministra obrony, potem rozpadła się koalicja i do dymisji podała się pani Premier. W Rumunii mamy również do czynienia z kryzysem rządowym, który zaczął się wcześniej niż na Łotwie kiedy socjaldemokraci wycofali się z rządu. Opinia publiczna w kwestii polityki wobec Ukrainy jest w Rumunii podzielona (podobnie jak na Łotwie gdzie jest duża mniejszość rosyjskojęzyczna) a na dodatek Rosjanie eskalują też w sąsiedniej i w coraz oczywistszy sposób dążącej do zjednoczenie Mołdawii. 15 maja Putin podpisał ustawę upraszczającą i przyspieszającą procedurę wydawania paszportów rosyjskich dla mieszkańców Naddniestrza, a rosyjski ambasador zachęca ich argumentując, że „dają one realną ochronę” przez zagrożeniami, które mogą się zmaterializować w związku z polityką Kiszyniowa i Bukaresztu. Nie ulega wątpliwości, że Rosjanie chcą destabilizacji sytuacji w Rumunii, będą też w tym celu wykorzystywać nową ustawę dającą Putinowi prawo do wysłania poza granice Rosji żołnierzy po to aby chronić obywateli Federacji. Czy to oznacza wojnę? Oczywiście, że nie, ale próba zastraszenia Bukaresztu a przynajmniej części rumuńskiego społeczeństwa jest ewidentna. Tym bardziej, że Putin pytany przez dziennikarzy w Astanie gdzie właśnie przebywał odparł, iż wymaga sprawdzenia czy nie był to dron ukraiński, który zboczył z kursu. A zatem oficjalna narracja rosyjska wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia z podobną jak w przypadku państw bałtyckich sytuacją, co jest wymowne. Podobnie jak deklaracje Miedwiediewa, który w swoim stylu zagroził, iż narody europejskie muszą się przyzwyczaić do braku „spokojnego snu”.

Incydent z gronem w Gałaczu nie wydaje się w związku z tym wynikiem nieszczęśliwego zabiegu okoliczności. Zakładałbym celowe działanie i kolejny sygnał strategiczny jaki Rosjanie wysyłają państwom wschodniej flanki NATO. Jest on dość czytelny i nie jedyny. Wszystkie rosyjskie działania w ostatnich daniach, i incydenty z dronami, i manewry sił jądrowych na Białorusi, i ataki Oriesznikiem na cele na Ukrainie a także deklaracje o gotowości do zmasowanych uderzeń w dzielnicę rządową w Kijowie są w swej wymowie oczywistym sygnałem - jesteśmy gotowi eskalować wojnę, zarówno horyzontalnie (rozszerzyć na nowe kraje) jak i wertykalnie (użyjemy środków, których do tej pory nie używaliśmy i zaatakujemy bardziej wrażliwe cele). Warto zadać w związku z tym pytanie co spowodowało zmianę dotychczasowej postawy Kremla? Postawię kolejną tezę - odstraszanie Federacji Rosyjskiej przez NATO w ostatnich dwóch miesiącach osłabło, co ośmieliło Putina. Próbą, choć niewystarczającą, poprawy tej sytuacji jest oświadczenie Matthew Whitakera, amerykańskiego ambasadora przy NATO, który po tym co się stało w Gałaczu powiedział, iż „Stoimy po stronie naszego sojusznika z NATO, Rumunii, i potępiamy tę lekkomyślną inwazję na jej terytorium. Będziemy bronić każdego centymetra terytorium NATO”.

Wpływ na postępowanie Rosji ma też trudna z ich perspektywy sytuacja na froncie i malejące szanse na korzystny dla Kremla przełom strategiczny, ale słabnięcie odstraszania jest moim zdaniem głównym powodem dlaczego Rosjanie coraz częściej wywołują incydenty w krajach NATO.

Amerykańskie deklaracje, które miały negatywny wpływ na zdolność do odstraszania to przede wszystkim decyzja o wycofaniu się z umowy zawartej jeszcze przez administrację Bidena w kwestii dyslokowania do Niemiec batalionu Tomahawków i deklaracje na temat redukcji obecności sił lądowych. Ważna jest deklaracja w sprawie redukcji z 4 do 3 Brygadowych Zespołów Bojowych (BCT). Można pocieszać się myślą, że tego rodzaju decyzje oznaczają powrót do stanu z roku 2021 więc trudno mówić o jakimś znaczącym zmniejszeniu sił amerykańskich dedykowanych obronie Europy, co nie zmienia faktu, iż w grze psychologicznej jaką jest odstraszanie już sama zapowiedź redukcji jest sygnałem strategicznym potwierdzającym mniejszą determinację (tego kto podejmuje decyzję) w zakresie gotowości do obrony. Co gorsze do Europy przyjechał Alexander Velez-Green wysoki rangą przedstawiciel Ministerstwa Wojny, który przekazał zaskoczonych tymi wiadomościami przedstawicielom państw naszego kontynentu, iż Amerykanie planują również zmniejszenie zaangażowania w tzw NATO Force Model. Plany te potwierdził przed wylotem na spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw NATO, które odbywało się w Szwecji, Marko Rubio, który, co warto pamiętać łączy funkcję sekretarza stanu i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. 

Dziennik The Wall Street Journal ujawnił z kolei, że zapowiedziane cięcia dotyczyć mają „od jednej trzeciej do połowy” sił amerykańskich, jakie przypisane były do NATO Force Model.

Aby zrozumieć co te decyzje oznaczają dla zdolności do odstraszania trzeba nieco uwagi poświęcić modelowi generowania siły przez NATO, czyli kwestii w jaki sposób tworzy się potencjał militarny, który użyty w czasie pokoju w odpowiednim czasie i miejscu ma „przekonać” przeciwnika, że jego zamiary skończą się niepowodzeniem, nie zdoła on przełamać naszej obrony i strategia by denial będzie działać. SACEUR, czyli dowódca sił NATO w Europie dysponuje jedynie takimi związkami taktycznymi jakich „dostarczą” mu państwa członkowskie i ich gotowość do działania zależy też od polityki resortów obrony tych którzy taką kontrybucję wnoszą. Wiadomo, że NATO Force Model czyli formuła przyjęta ostatecznie na szczycie Paktu w Wilnie (wcześniejsze ustalenia sformułowano w Madrycie) ma dać do 10 dnia 100 tys żołnierzy i sprzętu, do 30 kolejne 200 tys i do 180 500 tysięcy. Ale jak się to technicznie odbywa? „Zgodnie z Modelem Sił NATO, sojusznicy wyznaczają siły narodowe, które są dostępne dla Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych NATO w Europie (SACEUR) do realizacji operacji, misji i innych działań Sojuszu w czasie pokoju. - możemy przeczytać w oficjalnym komunikacie na stronie Paktu - Określają również większą pulę dostępnych sił, które mogą zostać rozmieszczone w razie potrzeby w czasie kryzysu lub konfliktu. Model ten pomaga w ten sposób zapewnić, że plany obronne NATO są wspierane przez gotowe, wcześniej przydzielone i wysunięte siły oraz posiłki.” Innymi słowy to państwa członkowskie budują Model Sił Nago, przypisują do niego związki taktyczne które muszą utrzymać odpowiedni poziom wyszkolenia, zdolność do współdziałania z innymi i przede wszystkim gotowość, bo od szybkości reakcji zależy, jak wiadomo siła odstraszania. To przydzielenie sił do Modelu odbywa się na dwóch konferencjach zwyczajowo odbywających się co 6 miesięcy. Czyli SACEUR określa zapotrzebowanie, państwa członkowskie na kolejnej konferencji odpowiadają na nie wskazując konkretne związki taktyczne i zdolności, a na kolejnej (również w czasie pomiędzy) są one przydzielane i zatwierdzane. Równolegle prowadzony jest proces certyfikacji gotowości a także realizowany plan ćwiczeń i manewrów aby testować i poprawić zdolność do współdziałania. A zatem od tego jak „poważnie” państwa członkowskie realizują swe obowiązki w tym zakresie zależy to czy te siły bedą miały rzeczywiste, czy „papierowe” zdolności. W przeszłości było z tym wiele problemów. 

NATO w 2024 roku powołało też Siły Szybkiego Reagowania (ARF) które obejmują 40 tys żołnierzy wysokiej gotowości zdolnych do odstraszania, zarządzania kryzysowego i zapewnienia wspólnego bezpieczeństwa., z których 20 tys to siły o bardzo wysokiej gotowości zdolne wejść do gry w ciagu 10 dni. Przydział do tych sił odbywa się raz do roku i tak np Budeswehra, jak wynika z oficjalnego komunikatu wnosi kontrybucję na poziomie 35 tys żołnierzy, którzy muszą być zdolni do działania „do 30 dnia”, są zatem kwalifikowani do pierwszego i drugiego rzutu sił działających w ramach tzw NATO Force Model. Łatwo obliczyć, że jeśli 20 tys żołnierzy to siły bardzo szybkiego reagowania, to aby osiągnąć w ciągu 10 dni poziom 100 tys (I rzut) to trzeba liczyć na potencjały państw flankowych, których siły znajdują się na teatrze działań kiedy zaostrzy się sytuacja. Szacuje się, że w II rzucie (200 tys żołnierzy) amerykańska kontrybucja stanowić może nawet połowę tego potencjału co jest pochodna zarówno wielkości sił jakimi dysponuje Ameryka jak i ich gotowości przetestowanej w praktyce w wielu wojnach, interwencjach nie mówiąc już o ćwiczeniach. Na tym polega zasadnicza różnica między siłami amerykańskimi a państw europejskich. O ile w tym pierwszych przypadku ich wiarygodność działania i tempo w którym są gotowe wejść do gry jest wysokie o tyle wątpliwości co do zdolności i potencjału Europejczyków są od lat przedmiotem dyskusji.  Zacznijmy od mechanizmu przydzielania sił i potwierdzonych przypadków „fryzowania” rzeczywistości w toku procesu certyfikacji. Chcąc potwierdzić gotowość i potencjał przydzielone związki taktyczne „pożyczały” sprzęt i ludzi z tych które akurat nie przechodziły procesu sprawdzenia. W ubiegłym roku Reuters informował, że normalną praktyką w Bundeswehrze są tego rodzaju „pożyczki” a stopień gotowości 8 brygad (to te 35 tys. Żołnierzy - MB) dziś jest mniejszy, bo na poziomie 50 % niż przed rosyjsko - ukraińską wojną, kiedy wynosił on 65 % co i tak nie było imponującym rezultatem. Francja „chce mieć” w 2027 roku dywizję gotową do wojny a w 2030 ma to być korpus. Doceniając i nie lekceważąc zaangażowania Paryża w europejskie bezpieczeństwo warto zauważyć, że mówimy o planach których realizacja ma się skończyć w 2027 roku, co oznacza, iż obecnie nasz sojusznik dysponuje mniejszym potencjałem zdolnym szybko wejść do akcji. O zdolnościach Wielkiej Brytanii lepiej nie wspominać, bo obecnie Londyn ma 19 tys żołnierzy kwalifikowanych (ze względów zdrowotnych - MB) w kategorii „zdolnych do dyslokacji”, co oczywiście nie oznacza, że tylu zostanie niezwłocznie wysłanych w misje obrony wschodniej flanki NATO. W brytyjskich mediach od lat trwają dyskusję czy chronicznie niedofinansowane siły zbrojne byłyby w stanie obronić kraj przed ewentualnym napastnikiem a zdolności do dyslokacji szacuje się na poziomie co najwyżej jednej dywizji.

Do tego rodzaju trudności „dodać” należy dramatyczną biurokrację opóźniającą transporty wojskowe w czasie pokoju a także problemy z dostępnością i stanem sprzętu nawet jeśli jest on zmagazynowany w prodyslokowanych specjalnych magazynach, w rodzaju tego, który został oddany do użytku w Powidzu. Jak ta dostępność wygląda w praktyce opisano w raporcie think tanku IISS z 2023 roku. W Europie, były wówczas 4 bazy APS-2: jedna w Belgii, dwie w Niemczech i jedna w Holandii. „W marcu 2022 roku wojska amerykańskie, w tym z 1. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej 3. Dywizji Piechoty, zostały rozmieszczone w Europie. Jednostka pobierała sprzęt z baz APS-2 w Mannheim i Dülmen w Niemczech. „Chociaż wojska „znajdowały się na ziemi w Niemczech, rozpoczynając ćwiczenia z użyciem ostrej amunicji z czołgami pochodzącymi z APS w Europie”, co trwało „mniej niż tydzień od otrzymania rozkazu rozmieszczenia”, problem ze sprzętem nie był pozbawiony pewnych wyzwań. W raporcie opublikowanym w lutym 2023 roku, Generalny Inspektor Departamentu Obrony zauważył, że niektóre pojazdy nie były w pełni zdolne do wykonywania misji. Z tego źródła nie wynika jasno, ile sprzętu użyto w tych ćwiczeniach z ostrą amunicją. Przemieszczanie sprzętu odbywało się z magazynu do bazy armii amerykańskiej w Grafenwöhr w Bawarii. Według raportu Inspektora Generalnego, dowódca Batalionu Wsparcia Polowego Armii (AFSBn) w Mannheim oszacował, że wydanie sprzętu z APS-2 zajęło 75 dni, chociaż dowódcy Dowództwa Materiałowego Armii oczekiwali, że „wydanie zostanie zakończone w ciągu 45 dni od oficjalnego zatwierdzenia”. (Podor MB) Te 75 dni to czas biurokratycznych przygotowań związanych z przygotowaniem i samym wydawaniem sprzętu wojskowego ze specjalnych magazynów, ale nawet mimo tego zdarzały się awarie, potwierdzono fakt złej konserwacji i nieprzygotowania do użycia.

Wszystko to razem wzięte negatywnie odbija się na zdolności do odstraszania Rosji. Pisze o tym Celeste Wallander, uznana szwedzka ekspert w zakresie bezpieczeństwa zwracając uwagę na to, iż amerykańskie odstraszanie Federacji Rosyjskie nie może sprowadzać się wyłącznie do komponentu nuklearnego i takie zawężenie odpowiedzialności Stanów Zjednoczonych daje w gruncie rzeczy Kremlowi kontrolę eskalacyjną na niższych szczeblach drabiny, tam gdzie znaczenie ma potencjał konwencjonalny. Jak wiadomo odstraszanie jest w niemałej części mechanizmem psychologicznym w którym chodzi o przekonanie rywala strategicznego, że posiadamy siłę i zdecydujemy się w odpowiedzi na jego agresywne działania jej użyć. Wallander argumentuje, i trudno się z jej opinią nie zgodzić, że „Klucz do odstraszenia Moskwy leży nie na szczycie drabiny eskalacji, gdzie w grę wchodzi broń jądrowa, ale na jej niższych szczeblach, gdzie liczy się broń konwencjonalna. Celem powinno być powstrzymanie prezydenta Rosji Władimira Putina przed wydaniem rozkazu jakiegokolwiek działania przeciwko NATO. Zanim Rosja zajmie ograniczone terytorium na wschodniej flance Sojuszu i rzuci wyzwanie Waszyngtonowi, by zaryzykował wojnę nuklearną, by zaprzepaścić swoje zdobycze, Stany Zjednoczone będą miały do wyboru tylko najgorsze opcje.” I dalej argumentuje „Aby zapobiec takiemu scenariuszowi, Waszyngton musi utrzymać w Europie siły, które tylko Stany Zjednoczone mogą zapewnić i których Moskwa obawia się najbardziej: zdolność do precyzyjnego rażenia dalekiego zasięgu z powietrza, lądu i morza. Musi również zasygnalizować Moskwie, że Stany Zjednoczone nie będą bierne w początkowej fazie rosyjskiego ataku, czekając na to, czy europejskie siły konwencjonalne będą w stanie samodzielnie odeprzeć atak. Administracja Trumpa słusznie naciska na europejskich sojuszników, aby zwiększyli wydatki na obronę, ale nie może na tym poprzestać. To dałoby Rosji dominację w eskalacji, o którą od dawna zabiega, i postawiłoby Stany Zjednoczone na krawędzi wojny nuklearnej.”

Rosjanie najbardziej na niskich szczeblach eskalacji obawiają się amerykańskich zdolności precyzyjnego rażenia celów na dużych głębokościach, stąd waga decyzji o wstrzymaniu dyslokacji Tomahawków. Znaczenie ma też poziom gotowości sił szybkiego reagowania, które w odpowiedzi na wrogie posunięcia strategicznego rywala musza szybko wejść do akcji. Osłabianie na tym poziomie zachęca Putina, który może zacząć myśleć, że ma kontrolę eskalacyjną na niższym, konwencjonalnym, poziomie co oznacza zmniejszenie bariery psychologicznej którą rosyjskie kierownictwo będzie musiało pokonać decydując się na agresywne działania. Czyli innymi słowy skutkiem deklaracji i zapowiedzi Amerykanów może być intensyfikacja tego co obserwujemy ostatnio w państwach bałtyckich i w Rumunii. 

Obawiam się, że to nie koniec negatywnych dla nas wiadomości. Determinacja i skłonność do ryzyka Rosjan rośnie bowiem wraz ze zmieniającą się, na ich niekorzyść, dynamiką obecnej fazy wojny. iły ukraińskie na wielu kierunkach odzyskały inicjatywę a latem, zdaniem wielu obserwatorów, możemy mieć do czynienia z „punktem przełomowym” w trwającej wojnie. Co to może oznaczać? Wydaje się, że Zełenski zrealizuje swe zapowiedzi i już za kilka tygodni nasilą się ataki rakietowe i dronami dalekiego zasięgu na duże rosyjskie miasta, w tym, na Moskwę. Wojna wróci do Rosji, ale przede wszystkim na Krym, który Ukraińcy chcą przekształcić w obszar nie do obrony. Już obecnie przejęli oni ogniową kontrolę nad trasą lądową wiodącą z Rosji na półwysep, bo ich drony w dużej liczbie operują na głębokości nawet 150 km od strefy walk, zatopili wszystkie duże barki transportowe pływające przez Morze Azowskie i rosyjscy eksperci poważnie obawiają się podjęcie kolejnej próby ataku na Most Krymski. Taki rozwój wydarzeń miałby oznaczać całkowitą izolację półwyspu, który pozbawiony zostałby zaopatrzenia. Temu miałyby towarzyszyć zmasowane ataki z powietrza na niemal wszystkie cele na Półwyspie i desanty. W efekcie Krym może stać się „strefą wojny”. Taki rozwój wydarzeń uniemożliwiłby Putinowi argumentację, ze Rosja wygrywa, stałoby się bowiem oczywiste, iż jest inaczej. Rosjanie szukając wyjścia z tej potencjalnie groźnej dla nich sytuacji, pokazują, że są gotowi eskalować. Zarówno wertykalnie jak i horyzontalnie. Co to oznacza? Mogą rozszerzyć wojnę na inne kraje, dlatego destabilizują sytuację w państwach bałtyckich i atakować cele, w które do tej pory nie uderzali. To dlatego Łwarow w rozmowie z Rubio mial powiedzieć, jak ujawnił ten ostatni, że intensywniejszemu niż w przeszłości ostrzałowi podlegała będzie kijowska dzielnica rządowa i dlatego roztropnie będzie jeśli Amerykanie i Europejczycy wycofają stamtąd swoich dyplomatów. Gotowość eskalacji wertykalnej miały potwierdzać też ostatnie „sygnały strategiczne” w postaci ataków systemami Oriesznik i innymi rakietami nowej generacji, jak i niezapowiadane manewry sił nuklearnych przeprowadzone również na Białorusi. Rosjanie chcą wymusić na Zachodzie negocjacje na ich warunkach a przynajmniej zatrzymanie pomocy finansowej dla Kijowa, bo uzależnienie od zachodniej pomocy pieniężnej uznają za „piętę achillesową” Ukrainy. Częściowo już zresztą odnieśli sukces bo Wielka Brytania ze względu na kryzys paliwowy złagodziła antyrosyjskie sankcje a na niedawnym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych NATO w Szwecji forsowany przez Rutte i Zełenskiego plan aby państwa członkowskie przeznaczały na pomoc dla Ukrainy 0,25 % swego PKB został zablokowany przez koalicję dużych graczy - Francję, Wielką Brytanie, Hiszpanie, Włochy i Kanadę. 

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? 

Pozyskanie zdolności uderzeń na cele przeciwnika znajdujące się głęboko na tyłach uznałbym za podstawowe i fundamentalne zadanie stojące przed państwem polskim. W tym celu należy niezwłocznie zacząć rozmowy z Turcją, która z grona państw europejskiego NATO wydaje się być najbardziej zaawansowana w budowaniu zdolności rakietowych. Ankara niedawno pokazała prototypową konstrukcję Yildirimhan, rakiety międzykontynentalnej o zasięgu 6 tys km z głowicą bojową 3 tys kg. Skalowanie tej produkcji i ewentualny udział Polski w tym przedsięwzięciu byłby w związku z tym korzystnym czynnikiem wzmacniającym nasze odstraszanie. Podobnie jak pozyskanie zdolności z Ukrainy. Eurokomisarz Kubilius odpowiadający w Brukseli za sektor zbrojeniowy zwrócił uwagę na jeszcze jedną słabość państw europejskich. Powiedział, on, że Europejczycy produkują systemy „haute couture” - technologicznie bardzo zaawansowane ale też niezmiernie drogie i w niewielkich ilościach. O ile Rosjanie robią rocznie 1200 rakiet różnych typów, to Europejczycy dziś produkują ich, co najwyżej, i to krótkiego zasięgu, 300. Już znaczenie lepsi są Ukraińcy, których sektor zbrojeniowy rozwinął się na tyle, że budują oni rocznie 700 rakiet i tysiące dronów dalekiego zasięgu, którymi nie dysponują państwa europejskie. Technologia ukraińska nie jest najbardziej wyrafinowana, ale jak powiedział Kubilius „jest wystarczająca” i co jeszcze ważniejsze dostępna i dynamicznie rozwijający się w realiach wojny ukraińscy producenci mają możliwość szybkiego zwiększania skali produkcji. To oznacza, o czym już pisałem, że Polska ale też cała Europa nie ma dziś realnej alternatywy w krótkim czasie jak tylko bliska współpraca z Kijowem. Jeśli odstraszanie jest kluczowym elementem naszego bezpieczeństwa to politykę, w tym symboliczną i dotyczącą kwestii historycznych, trzeba kształtować biorąc pod uwagę tego rodzaju zależności. Uwagę tę dedykuję p. Prezydentowi Nawrockiemu.

Trzeba też zerwać z filozofią „nie straszmy rodaków” bo brak mobilizacji społecznej oznacza powolniejszą niż należałoby budowę odporności. Zwraca na to uwagę admirał Vendier Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO ds. Transformacji napisał w kwietniu tego roku na łamach Le Grand Continent: „Przebudzenie jeszcze się nie zakończyło. Nadal jesteśmy w stanie półuśpienia. Przezbrajanie, zwiększanie budżetów, dostarczanie amunicji: wszystko to jest konieczne, ale z pewnością niewystarczające. Ponieważ problem nie dotyczy wyłącznie zdolności. W latach letargu, charakter wojny uległ zmianie. Dziś konfrontacja wykracza daleko poza sferę militarną. Celuje w systemy. I toczy się, częściowo, w naszych własnych granicach.” Politykę pozyskiwania systemów broni i uzbrojenia określił on mianem „marginalnej adaptacji” i diagnozując sytuację stwierdził - „Weszliśmy w świat, w którym marginalna adaptacja już nie wystarcza: zbliżamy się do kresu pozytywnych efektów obecnego systemu. Odstraszanie w XXI wieku opiera się na nowej i decydującej zmiennej: uczeniu się szybciej niż przeciwnik. To era sztucznej inteligencji. Przyspiesza ona każdą pętlę decyzyjną, kompresuje każdą przewagę i zamienia każde spowolnienie w lukę. Pytanie nie brzmi już tylko, czy dysponujemy odpowiednimi narzędziami. Pytanie brzmi: czy uczymy się wystarczająco szybko? Jak szybko się adaptujemy?”

I wreszcie ostatnia kwestia na którą chciałbym zwrócić uwagę, bo nierozwiązanie tego problemu obciąża, i to poważnie, hipotekę naszej klasy politycznej, niezależnie od opcji. 12 czerwca 2024 złożony został w Sejmie projekt ustawy porządkującej działania naczelnych organów państwa w czasie zagrożenia. Mowa o ustawie „o działaniach organów władzy państwowej na wypadek zewnętrznego zagrożenia bezpieczeństwa państwa.” Autorzy tej propozycji legislacyjnej wychodzili z założenia, i pisali o tym w uzasadnieniu, że dotychczasowy model jest przestarzały, niefunkcjonalny i w wielu obszarach wadliwy. To oznacza, że w czerwcu 2024 roku Polska nie miała i nadal nie ma nowoczesnego systemu działania najwyższych organów państwa w reakcji na kryzys. Minęło dwa lata i cisza, ówczesny projekt BBN-u „trafił do kosza” i co dalej? Nic. Politycy nie zajmują się tego rodzaju mało pobudzającymi wyobraźnię Polaków sprawami. Co innego czołgi czy samoloty na tele których można się dziesiątki razy fotografować. Tylko, że odstraszanie zależy nie tylko od siły ale i zdolności jej użycia. Cóż nam po potencjale jeśli nie jesteśmy w stanie podjąć niezbędnych decyzji albo będziemy procedować tak długo, że przeciwnik zrealizuje swe cele? To oznacza, że osłabienie odstraszania jest po części efektem deklaracji i ruchów Waszyngtonu ale w nie mniejszym stopniu wynikiem naszych zaniedbań. 

 

Zobacz również

Ukraina, Fire Point I europejskie zdolności rakietowe
Wielka Brytania - sojusznik strategiczny, ale czy wart zaufania?
Niemcy, Rosja i strategiczny błąd Zełenskiego

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...