AI w sosie eurokratycznym
13 marca 2024 r. UE przyjęła unijną ustawę o sztucznej inteligencji. Jak zwykle sporo było przy tym typowo urzędniczej pompy. O opiniach części ekspertów, że Unia skutecznie utrudnia sobie dalszy udział w globalnym wyścigu sztucznej inteligencji. Unia utrudnia sobie rozwój w wielu innych obszarach, zatem ten węzeł pętający jej nogi może być słabo zauważalny pośród mnogości innych.
W oficjalnych komunikatach jest, ma się rozumieć, świetnie. Mamy nową stertę przepisów, więc posuwamy się do przodu. Czytamy, że „AI Act” jest „ujednoliceniem” podejścia do rozwoju i wdrażania sztucznej inteligencji na terenie UE. Według krytyków, nie jest to w żadnym razie akt o charakterze innowacyjnym, lecz znane aż za dobrze w Europie administracyjne podejście. Nie muszę przy tym cytować sceptycznie nastawionych ekspertów. Sam uważam, że metody administracyjne same w sobie nie napędzają tworzenia konkurencyjnych rozwiązań technologicznych. Nie jest to szczególnie odkrywcze, ale musi być nieustannie przypominane, bo machina urzędniczej propagandy bez wytchnienia próbuje nam wmówić co innego.
Etyczny toporek przecież nikomu nie zrobi krzywdy, prawda?
AI Act, czyli ustawa o sztucznej inteligencji, jest, jak się często to komentuje, w istocie swej wyrazem unijnej interpretacji koncepcji „etycznej” sztucznej inteligencji. Mówienie o etyce AI jednak zwykle wprowadza w błąd i prowadzi do mieszania pojęć. Nie wątpię też, że na propagowaniu i wdrażaniu owej „etyki” można nieźle zarobić. Owszem, sztuczna inteligencja powinna być projektowana i wprowadzana do użytku w taki sposób, by nie powodowała żadnych niepożądanych negatywnych skutków, tak, by można było jej bezpiecznie używać. Podobnie należy przygotować do użytkowania pralkę lodówkę, samochód czy mydło. Wszystkie te produkty mają w użytkowaniu nie robić krzywdy użytkownikom, ale co do tego ma „etyka”? Mówienie o etyce nawet w przypadku broni palnej nie ma sensu. Trzeba ja po prostu wyposażyć mechanizmy zabezpieczające i przeszkolić odpowiednio ludzi, którzy spełniają wymogi jej posiadania i korzystania z niej.
Sfera „etyki” dotyczy ludzi a nie narzędzi. Sztuczna inteligencja jest narzędziem. Tego zdają się nie rozumieć twórcy „AI Act” z Unii Europejskiej.
Prawotwórcy Unii Europejskiej definiują sztuczną inteligencję jako „system oparty na maszynach zaprojektowany do działania z różnym poziomem autonomii i mogący wykazywać zdolności adaptacyjne po wdrożeniu a także taki system, który, dla celów jawnych lub ukrytych, wnioskuje na podstawie otrzymanych danych wejściowych, w jaki sposób generować dane wyjściowe, takie jak prognozy, treści, zalecenia lub decyzje, które mogą wpływać na środowisko fizyczne lub wirtualne”.
Co wynika z unijnej regulacji prawnej? Jak należy ja interpretować? Przede wszystkim jako system klasyfikacji ryzyka przypadków użycia sztucznej inteligencji, które mają wpływ na człowieka. Przypadki użycia są klasyfikowane jako zabronione, wysokiego ryzyka i minimalnego ryzyka. Ponadto w myśl AI Act modele sztucznej inteligencji ogólnego przeznaczenia, takie jak ChatGPT OpenAI i Gemini Google, byłyby objęte oddzielną klasyfikacją, która ocenia rozwiązanie z perspektywy ryzyka systemowego.
Zabronione rozwiązania AI to, zgodnie unijną regulacją, takie, które są postrzegane jako stwarzające niedopuszczalne ryzyko dla bezpieczeństwa ludzi i ich praw podstawowych. Dotyczy to rozwiązań AI w zakresie oceny psychospołecznej ludzi, rozpoznawania emocji w miejscu pracy, wnioskowania prowadzącego do ujawniania „dyskryminujących” informacji, takich jak pochodzenie etniczne, przekonania religijne, orientacja seksualna, przekonania polityczne. Dotyczy to także predykcyjnych działań policji w stylu filmu „Raport mniejszości”, opartych jednak nie na wizjach jasnowidzów, lecz na analizie danych przez algorytmy AI.
Rozwiązania AI wysokiego ryzyka to te stosowane w kontekście bezpieczeństwa fizycznego i zdrowotnego. Dotyczy to stosowania AI w pojazdach, AI urządzeń medycznych, AI infrastruktury krytycznej. Pojęcia ryzyka rozciąga się ponadto na rozwiązania AI w dziedzinie rekrutacji, nadzoru i bezpieczeństwa biometrycznego, usługach finansowych (np. zautomatyzowane oceny zdolności kredytowej), w opiece zdrowotnej, gdzie w grę wchodzą algorytmy wyliczające ryzyko na podstawie danych zdrowotnych, co ma wpływ na dostęp do składek i ich wysokość.
Przepisy odnoszą się też do rozwiązań AI klasyfikowanym przez nie jako minimalne. Według tych uregulowań o dużym ryzyku nie można mówić w przypadku np. chatbotów, generowanych przez AI wideo/audio/obrazów, narzędziach do filtrowania spamu, systemach rekomendacji produktów, automatyzacji zadań administracyjnych i dotyczących życia prywatnego.
Unijna ustawa o sztucznej inteligencji wydaje się przesiąknięta obawą, że sztuczna inteligencja stanie się czymś w rodzaju broni, narzędzia opresyjnego lub przestępczego. Problemem jest tu wspomniana już skłonność do traktowania narzędzi jako czegoś, czemu można przypisać autonomiczną wolę czy nawet moralność. Typowe dla tego sposobu myślenia zdanie to np. „samochód zabił człowieka”.
Wszystkoprzewidująca brukselska maszyna
Unijna ustawa o sztucznej inteligencji sprawia wrażenie, jakby jej celem było powstrzymanie technologii, z której wprawdzie nie wiadomo dokładnie co wyniknie, ale może wyniknąć wiele niedobrych rzeczy, więc należy przewidzieć wszystko, choć każdy mający o tej dziedzinie nieco pojęcia wie, że nie można wszystkiego przewidzieć. Niemniej urzędnicy, w tym przypadku urzędnicy unijni, w to wierzą. Wierzą, że można wszystko przewidzieć i wszystko objąć przepisami.
Warto może przypomnieć, że sztuczna inteligencja nie robi niczego, czego ludzie już od dawna nie robią. Weźmy ową, często przytaczana analogię z „Raportem mniejszości”. Policja i bez sztucznej inteligencji rutynowo przewiduje prawdopodobieństwo popełniania przestępstw w danych, miejscach, okolicznościach i środowiskach, w których stara się umieszczać swoich agentów, informatorów, policjantów pod przykrywką. Korzysta przy tym różnych danych, których przetwarzania i wnioskowanie z nich może przyspieszyć AI.
Różnica między AI a człowiekiem, tam gdzie stosuje się AI w zadaniach ludzkich, jest ilościowa a nie jakościowa. Dotyczy szybkości pracy i uzyskiwania wyników analizy danych. Czy podczas rozmów rekrutacyjnych czy też starań o kredyt bankowy, podejmujący decyzje nie korzystają z szerokich, czasem wątpliwych zasobów danych? Stosowanie w podobnych sytuacji rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, daje większą spójność danych, wyższą niezawodność wnioskowania, mniejszą liczbę błędów i - nade wszystko - ogromna oszczędność czasu. Istnieją już liczne przepisy dotyczące bezpieczeństwa pojazdów, bezpieczeństwa danych w systemach opieki zdrowotnej, finansowych czy infrastrukturalnych. Regulacje od dawna obowiązujące obowiązują także przy stosowaniu narzędzi sztucznej inteligencji.
AI tak "złowroga" jak jej marketing
Współcześnie znane rozwiązania AI nie podejmują decyzji autonomicznie, nawet jeśli sprawiają takie wrażenie. Automatyzują i egzekwują działania, których docelowe wyniki przez zaprojektowane parametry decyzji są nadal w całości domeną ludzi. Porównanie z programem komputerowym ma sens, choć pętle logiczne w tradycyjnych algorytmach oparte są na stosunkowo niewielkich liczbach wariantów w porównaniu z miliardami parametrów modeli AI.
Całkowicie irracjonalna jest obawa, że sztuczna inteligencja „sama z siebie” może wkrótce uwolnić się spod kontroli i stać się niebezpieczna, choć ze strony firm takich jak Anthropic czy OpenAI słychać czasem takie sugestie. Mają one raczej funkcję marketingową niż realny związek z możliwościami modeli LLM. Nie ma absolutnie żadnych dowodów na poparcie twierdzeń o możliwości prawdziwego usamodzielniania się AI.
Za wszelkimi negatywnymi zjawiskami, atakami czy oszustwami, do których posłużyły narzędzia sztucznej inteligencji stoi zaplanowane działanie człowieka. Pracownika firmy z Hongkongu, który przelał miliony, bo myślał, że polecenie wydaje mu telekonferencyjnie przełożony (w rzeczywistości deep fake), oszukała nie AI, lecz ludzie, którzy zaplanowali i przeprowadzili tę koronkową akcję korzystając z narzędzi sztucznej inteligencji.
Droga do AGI (sztucznej inteligencji ogólnej) jest nie tylko daleka, lecz mglista, bo nie ma jasności, czym owa „ogólna” AI miałaby być (można powiedzieć, że znane LLM są już jej wcieleniem, bo maja charakter uniwersalny a nie wąsko wyspecjalizowany) i w ogóle - czy coś takiego jest możliwe. Lubimy wyobrażać sobie Artificial General Intelligence jako byt podobny do nas, czyli maszynowy super-umysł obdarzony świadomością. Tymczasem mamy problemy ze zdefiniowaniem owej świadomości u siebie. Tzn. nie żeby brakowało definicji świadomości, jest ich bez liku, ale to jest właśnie problem. Jeśli nie bardzo wiemy czym jest świadomość, to skąd będziemy wiedzieć, że maszyna ją ma. A jeśli będzie mieć jakiś inny rodzaj świadomości, którego nie pojmujemy? Gubimy się w tych mglistościach i przypuszczeniach, ale chcemy to regulować i ująć w przepisy, które dadzą nam jakoby bezpieczeństwo. Oczywiście nie my wszyscy, lecz urzędnicy UE. Z doświadczenia wiem, zapewne jak wielu z nas, że nie są to ludzie, którzy potrafią dostrzec daremność i groteskowość swoich wysiłków.
Ironiczny uśmiech świata
Wracając jeszcze do tego humbuga zrodzonego w tym urzędniczym uniwersum czyli „etycznej sztucznej inteligencji”. Nie widać w tej paplaninie urzedniczej nawet cienia refleksji nad sensem przypisywania maszynie, systemowi opartemu na elektromagnetycznych sygnałach, czegoś tak głęboko ludzkiego jak etyka, moralność itp.
Etyka opisuje usystematyzowaną, opartej na regułach implementacji pojęć dobra i zła. Często implementacja ta oznacza wdrażanie określonych przepisów prawa, ale niekoniecznie. Reguły moralne mają podłoże kulturowe i religijne, ale nie zawsze mają charakter uniwersalny, ewoluują w miarę ewolucji i przeobrażeń społecznych. Kiedyś odsłanianie nóg przez kobiety w Europie było oceniane jako niemoralne – dziś jest to w naszej kulturze rzecz z punktu widzenia moralności raczej obojętna.
Albo może posłużę się nieco inna analogią. Gdy w latach 90-tych rozpoczynałem swoją przygodę internetem, ludzie korzystający zeń byli traktowani jako swego rodzaju hobbyści a uzyskiwanie dostępu do sieci było prywatną sprawą każdego użytkownika – dziś dostęp do sieci i usług na niej opartych coraz powszechniej traktuje się jako coś w rodzaju „prawa” i „dobra”, o którego upowszechnienia walczy się i należy walczyć. Jednak, jak warto rozgraniczyć, etyczny staje się nie sam internet, lecz społeczne pojęcie dostępu do niego. Zapewnienie zatem równości dostępu do narzędzi AI analogicznie może już wkrótce okazać się „dobrym uczynkiem”, co nie znaczy, że AI sama w sobie jest czymś dobrym lub złym.
W przypadku sztucznej inteligencji powinniśmy raczej definiować zabezpieczenia przed nadużyciami, niż zakazywać lub ograniczać przypadki użycia z obawy przed nadużyciami. I znów ram prawnych nigdy w tej mierze nie brakowało i nie brakuje. Nasze systemy prawne dość dobrze określają nadużycia i niedozwolone użytkowanie wszelkiej technologii, wyraźnie nakazując wbudowanie funkcji bezpieczeństwa we wszelkie rozwiązania. Czy potrzebujemy nowych przepisów specjalnie na okoliczność wybuchu popularności sztucznej inteligencji? Błędy i niedociągnięcia zawsze pojawiają się, gdy nowa technologia wdrażana jest w praktyce. Żadne regulacje, nawet najbardziej szczegółowe nie zapobiegną temu. Nie zapobiegną też zarzutom stronniczości i dyskryminacji na jakimkolwiek tle przy podejmowaniu decyzji przez algorytmy AI. Takie zarzuty stawiane są również ludziom, bo, jak się wydaje, brak równości i równowagi jest cechą każdej wiedzy zdobytej w realnym świecie. Teoretycznie można szkolić modele AI na idealnie zrównoważonych, spreparowanych, syntetycznych zestawach danych, ale z pewnością rezultat nie będzie miał sensownego zastosowania w podejmowaniu decyzji w prawdziwym świecie.
Sternicy Unii Europejskiej prawdopodobnie w ogóle się nad tym nie zastanawiali. Uznali, jak sądzę, że skoro wszyscy mówią od pewnego czasu o AI, to należy ten problem „zaadresować” w rozumieniu biurokratycznym. W efekcie wygenerowali masę przepisów, bo to potrafią. Choć admiratorzy tego biurokratycznego sposobu myślenia, których nie tylko w Unii ale w innych stronach świata nie brakuje, liczą, że unijna ustawa o sztucznej inteligencji stanie się globalnym standardem, to jest to bardzo wątpliwe. Myślę, że wielu na świecie skrycie cieszy się, że Unia sama w dużym stopniu krępuje sobie ręce. Wprawdzie, o czym nie raz wspominam, znaczenie Unii Europejskiej na globalnym rynku innowacji technologicznych i tak przygasa, to jest kolejny gwoździk do tej trumienki, która sobie sama UE rychtuje, z punktu widzenia konkurencji - nie zaszkodzi.
Niektórzy komentatorzy są przekonani, że ustawa spowolni badania, rozwój i wdrażanie sztucznej inteligencji w UE, dławiąc adopcję sztucznej inteligencji w regionie, a tym samym szkodząc jej w dłuższej perspektywie. Takie sugestie można było znaleźć np. w artykule agencji Bloomberg, omawianym 27. sierpnia 2024 roku przez serwis „Parkiet”. Czytaliśmy w nim, że amerykańskie firmy technologiczne od pewnego czasu zaczęły upatrywać w Unii Europejskiej trudnego rynku właśnie ze względu na regulacje. Ma to według tej analizy zniechęcać je do wdrażania w Europie ich najbardziej zaawansowanych narzędzi opartych na technologii sztucznej inteligencji.
W artykule można było przeczytać m. in. o decyzji Apple’a wstrzymującej wprowadzenie na rynek unijny swojego oprogramowania Apple Intelligence, ponieważ unijne rozporządzenie o rynkach cyfrowych wymusza na nim wprowadzenia zbyt dużych zmian systemie, co wpływa na bezpieczeństwo funkcjonowania tego rozwiązania. Europejscy użytkownicy urządzeń mobilnych Apple nie uzyskali dostępu do Apple Intelligence.
Komisarze odczuwają ulgę
Margrethe Vestager, unijna komisarz ds. konkurencji, jak czytamy w artykule, zareagowała ponoć słowami, że poczuła ulgę z powodu tej decyzji Apple. Pani Vestager jest z wykształcenia ekonomistką, zawodową polityk od 2021. roku, zajmującą przeróżne stanowiska polityczno-urzędnicze w Danii i w Unii Europejskiej, więc, zgodnie z eurokratyczną logiką, możemy zaufać jej głosowi jako reprezentatywnemu dla eurokraci w dziedzinie sztucznej inteligencji i technologii.
Dalej dowiadujemy się z Bloomberga/Parkietu, że problemy z unijnymi regulacjami ma też Meta Marka Zuckerberga, z powodu czego nie wprowadziła na ternie UE nowej wersji modelu Llama, szkolonej na danych z Facebooka i Instagrama, co eurourzędnikom się nie spodobało, bo „potencjalnie naruszałoby to unijne prawo dotyczące ochrony danych osobowych”. Możemy się niby cieszyć, ale każdy kij ma dwa końce. W artykule cytowany jest Julien Launay, współtwórca francuskiego start-upu Adaptive ML, który określał odcięcie od Llamy jako „katastrofę” dla unijnych firm technologicznych.
Sam Altman, szef OpenAI, też zwracał uwagę na uciążliwość unijnych przepisów i zasugerował, że jego firma również może opuścić unijny rynek wraz ze swoimi produktami. Jeśli opuszczenie eurorynku przez Llame Launay nazwał katastrofą, to na wyjście OpenAI trudno byłoby znaleźć odpowiednio wielkie określenie.
W materiale można przeczytać też o weselących się z powodu tego wszystkiego europejskich miliarderach, którzy uważają, że to pozwoli rozwinąć doskonałe europejskie rozwiązania AI. Na pewno czująca ulgę pani Vestager może wskazać te porównywalne pod względem możliwości i funkcjonalności z amerykańskimi europejskie narzędzia AI.
Ja jednak śmiem wątpić. Pamiętam bowiem, o ogłoszonym hucznie przez eurourzędników powrocie krzemowej produkcji do Europy, który po bliższym przyjrzeniu okazuje się montowaniem nieco już wiekowych wersji procesorów tajwańskich.
Trwa ładowanie...