Niemcy, Rosja i strategiczny błąd Zełenskiego

Jeśli chcemy zrozumieć geostrategiczny kontekst polsko - ukraińskiego konfliktu o politykę pamięci to zacząć winniśmy od listu Zełenskiego do Putina. Ten ciekawy dokument, uznawany przez niektórych ukraińskich komentatorów za błąd daje nam wgląd w kalkulację polityczno - strategiczną, która poprzedzała całą serię ostatnich posunięć i inicjatyw dyplomatycznych Kijowa. Osobisty ton, na który zdecydował się Zełenski zwracając się bezpośrednio do Putina jest ciekawą techniką negocjacyjną, zwłaszcza, że w wystąpieniu zawarto są osobiste groźby pod adresem rosyjskiego prezydenta. Możemy przeczytać „Często słyszymy, że wojna ci służy. Oczywiście, nie, jeśli chodzi o bezpieczeństwo twojego domu w Wałdaju czy paradę w Moskwie. Twoje własne życie jest dla ciebie cenne.” Wcześniej Zełenski napisał, że „nasze drony odwiedziły Petersburg” dodając przy tym, że „nie jest to szczyt naszych możliwości”. Innymi słowy prezydent Ukrainy deklaruje gotowość eskalacji wojny - zarówno zwiększenia intensywności ataków dalekiego zasięgu, jak również podjęcie działań, których celem może być sam Putin. Przedłużająca się wojna, jak argumentuje Zełenski, weszła w fazę w której po obydwu stronach będą rosły koszty a oddalać się będzie perspektywa zwycięstwa. Innymi słowy do później jesieni mamy do czynienia z patem strategicznym, co powinno skłaniać do negocjacji kończących konflikt. I Żeleński to właśnie proponuje argumentując, że straty po rosyjskiej stronie będą rosły, Kreml nie będzie miał wystarczająco dużych zasobów aby kupić jak do tej pory lojalność wszystkich, rośnie w związku z tym ryzyko niepokojów wewnętrznych w Rosji a to, wszystko razem wzięte, oznacza, że cena którą Kreml będzie być może zmuszony zapłacić o ile nie zakończy wojny też może być nieproporcjonalnie wysoka. „Ukraina zachowuje niepodległość. I zachowa ją. - pisze do Putina Zełenski - Pomimo wszelkich innych przewidywań. Zjednoczyliśmy wielu na świecie w obronie Ukrainy i przeciwko wam. Znaleźliśmy broń i środki finansowe. My dostajemy wsparcie, wy sankcje. I tak będzie, dopóki nie będzie sprawiedliwości dla Ukrainy, której chcemy i którą możemy osiągnąć.” Komunikat jest w tym wypadku czytelny - logika wojny na wyniszczenie przestała działać na korzyść Rosji i dlatego roztropnie jest zacząć negocjacje. Zełenski nie tylko proponuje w tym celu osobiste spotkania, ale również pisze o natychmiastowym zawieszeniu broni i kształcie ukraińskiego „zespołu negocjacyjnego”. Ta część jego propozycji jest kluczowa jeśli chcemy zrozumieć źródła konfliktu z Polską i nie zadowalamy się narracją o „pomyłce” czy „nadwrażliwości” Polaków. Oczywiście żadnej pomyłki nie było, a administracji Żeleńskiego doskonale zdawano sobie sprawę jak strona polska zareaguje na gloryfikowanie OUN-UPA i całą historię wywołano właśnie teraz. Umowny „zespół negocjacyjny” wspierający Ukrainę w rozmowach kończących wojnę miałby, w świetle propozycji Zełenskiego, zostać zbudowany z dwóch części - amerykańskiej i europejskiej. Prezydent Ukrainy argumentuje - „Do rozpoczętej między nami dwustronnej ścieżki (negocjacyjnej - MB) mogą przyłączyć się inni wybrani uczestnicy. Ponieważ w Europie trwa wojna, a my na Ukrainie potrzebujemy gwarancji bezpieczeństwa, a wy sami chcecie gwarancji bezpieczeństwa, wydaje się logiczne, aby zaangażować tych, którzy mogą naprawdę pełnić rolę gwarantów.Wierzymy, że potrzebny jest udział Europy – tych, którzy naprawdę mają możliwość wpływania na sytuację. Uważamy, że Stany Zjednoczone powinny uczestniczyć w tym procesie, a to właśnie może określić konfigurację nowej architektury bezpieczeństwa w naszej części świata.” Udział Europy to zaangażowanie Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, których to państw przedstawiciele winni równoważyć jednostronne, zdaniem Kijowa, stanowisko Waszyngtonu. Polska, „modelowy sojusznik” Ameryki, jak mówią przedstawiciele administracji Trumpa, musiała zostać wykluczona z tego układu bo nasza obecność zaburzałaby równowagę i per saldo osłabiała pozycję negocjacyjną Zełenskiego. Tym bardziej, że Amerykanie mogliby chcieć wykorzystać swe rozmowy z Łukaszenką aby „przeciągnąć” nas na swoją stronę a na dodatek w przyszłym roku mamy wybory w Polsce, które może wygrać obecna opozycja. A zatem na użytek negocjacji nie jesteśmy Zełenskiemu potrzebni a na dodatek może on konfliktując się z nami osiągnąć szereg bonusów w polityce wewnętrznej. Chodzi zarówno o grę z częścią opozycji, która już się rozpoczęła w momencie niedawnego spotkania z Poroszenką i innymi liderami opozycji jak i prawdopodobne poparcie kręgów nacjonalistycznych na tle sporu z Polską „wokół Bandery”. Kwestie historyczne będą przez Żeleńskiego wykorzystywane o czym świadczy choćby koncepcja budowy Panteonu Narodowego poparta przez Żeleńskiego. Już z honorami pochowano w nim Andrija Melnyka z żoną a Ukraina wystąpiła też do władz Holandii o zgodę na ekshumację szczątków Stepana Bandery. Aleksandr Alferow, kierujący pracami ukraińskiego IPN poinformował niedawno, że „rodzina nie sprzeciwia się ekshumacji” Bandery a przeniesienie jego szczątków do Panteonu jest konieczne bo to element „ukraińskiej tożsamości”. Co prawda w rozmowie z Polskim Radiem ten sam Alferow mówił, zi „Ukraina nie planuje” przewożenia szczątków Bandery z Monachium do Kijowa, ale 3 dni temu Kiryło Budanow, szef administracji Zełenskiego powiedział z kolei, że prace nad ostatecznym kształtem ustawy w sprawie Panteonu jeszcze trwają i kolejność pochówków (wspominał Petlurę, Skoropadskiego i Banderę) nie jest jeszcze przesądzona. W grę, jak zauważył wchodzą w tym wypadku dwie opcje. Pierwsza - ustawodawca przyjmuje gotową listę „bohaterów Ukrainy” których szczątki uroczyście zostaną pochowane w Panteonie i druga - powołana zostanie specjalna komisja, która przesądzi zarówno kto zostanie zakwalifikowany jak i kiedy nastąpi przeniesienie i uroczysty pochówek. Jestem dziwnie spokojny, iż obecny spór polsko - ukraiński w kwestiach pamięci nie jest ostatnim. Zełenskiemu jest oczywiście łatwiej „grać” z Polską niż z Niemcami nie tylko dlatego, że ci ostatni mogą z łatwością zablokować ekshumację Bandery i z manifestacji „suwerenności” Ukrainy w sprawie polityki historycznej nic nie wyjdzie. Zresztą jeśli w Berlinie zapadnie taka decyzja to jej wykonaniem zajmie się nie kanclerz ani prezydent Republiki Federalnej ale administracja na szczeblu powiatu która pod łatwym do znalezienie pretekstem nie wyda stosownej zgody. Jeśli przedstawiciele Ukrainy zaczną wówczas protestować to przypomnienie im kto ma wiej do stracenia również nie zajmie wiele czasu bo może okazać się, że napływ 90 mld euro na które Żeleński tak liczy i czego jest tak pewien zaczyna zwalniać i pojawiają się nieprzewidziane wcześniej problemy. Ale aby tak grać trzeba mieć sprawne państwo i na tym też polega przewaga Berlina nad Warszawą. Wróćmy jednak do kalkulacji politycznych Żeleńskiego, które świadczą o dwóch rzeczach - sprycie politycznym prezydenta Ukrainy i całkowitym braku wizji strategicznej.

Problemem Kijowa jest jak się wydaje to, że odnosząc sukces w planie krótkoterminowym, co jest bardziej prawdopodobne niż jeszcze kilka miesięcy temu, Zełenski pogrzebie strategiczną przyszłość swojego kraju. Polska też na tym może stracić ale w stopniu znacznie mniejszym niż Ukraina, która jeśli wydarzenia potoczą się w niezbyt korzystnym kierunku wygrywając wojnę może przegrać pokój.

Aby to wyjaśnić musimy nieco uwagi poświęcić stanowisku Rosji. Co rozsądniejsi przedstawiciele tamtejszego establishmentu strategicznego w rodzaju Wasilija Kaszyna, doktora nauk politycznych, dyrektor Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych w Wyższej Szkole Ekonomicznej Narodowego Uniwersytetu Badawczego są przekonani i otwarcie o tym mówią, że w sensie strategicznym tego konfliktu już nie można wygrać. W artykule opublikowanym na łamach Rosji w Globalnej Politikie, a pracami tego periodyku, co warto pamiętać kieruje Fiodor Łukanów, który rozmawia z Putinem w czasie corocznej Konferencji Wałdajskiej napisał on, że  już obecnie „rzeczywistość jest taka, że rosyjskie ataki na Ukrainę są niezwykle potężne i przeprowadzane z wykorzystaniem maksymalnego potencjału Rosji.” Strona ukraińska ponosi dramatycznie duże koszty tej rosyjskiej strategii, zwłaszcza jeśli mówimy o zniszczeniach substancji gospodarczej ale z pewnością nie ma mowy o załamaniu się woli walki. Eskalacja konwencjonalne nie jest możliwa bo Rosja nie ma już obecnie możliwości skokowego zwiększenia swych sił a eskalacja nuklearna, co proponują niektórzy przedstawiciele szeroko rozumianego rosyjskiego obozu władzy, może zdaniem Kaszina doprowadzić jedynie do zamrożenia walk wzdłuż obecnej linii rozgraniczenia co jest możliwe dziś nawet bez ataku nuklearnego w trybie negocjacyjnym. Innymi słowy Rosja ma małe szanse na wygranie tej wojny, realizacja całego planu politycznego formułowanego przez Kreml w 2021 i 2022 roku w ogóle nie wchodzi w grę. „Obecnie nie ma powodu - pisze Kaszin - by oczekiwać rychłego pojawienia się środków technicznych i taktyk zdolnych do głębokiej penetracji obrony wroga. Mogą one być opracowywane w całkowitej tajemnicy, ale możemy polegać jedynie na dostępnych nam informacjach. Dlatego też należy porzucić i zapomnieć o idei, że możemy szybko doprowadzić do upadku frontu ukraińskiego poprzez „mobilizację, wysiłek i uderzenie z całej siły”. Dowództwo rosyjskie działa w ramach istniejących ograniczeń, dążąc do osiągnięcia jak najlepszego rezultatu.” Rosyjski ekspert, choć nie pisze tego wprost, jest zwolennikiem zamrożenia wojny. Wprost wynika to z jego linii rozumowania. Jeśli przełom wojenny na ukraińskim froncie nie jest możliwy a Rosja już obecnie, o czym jest on przekonany, znajduje się w politycznym starciu z Zachodem to przedłużanie wojny na Ukrainie oznacza marnotrawienie zasobów które mogą być potrzebne w innym scenariuszu, większego starcia, do którego poważnie trzeba zacząć się przygotowywać.

Nota bena podobne diagnozy co Kaszin w swym liście formułuje też Zełenski przekonując Putina, że nie jest on tej wojny w stanie wygrać. A co na to rosyjski prezydent? Jego długie (i nudne) wystąpienie w czasie dzisiejszej sesji dyskusyjnej na Petersburskim Forum Ekonomicznym poświęcone było udowadnianiu tezy, że Rosja z ekonomicznego punktu widzenie „ma się nieźle” a gdyby przykładać te same miary to z pewnością lepiej niż państwa Unii Europejskiej. Nieco ciekawiej zrobiło się w sesji pytań i odpowiedzi, kiedy to Putin powiedział, że pierwotne cele „specjalnej operacji” czyli „denazyfikacja” i „wywalenie” Donbasu nadal pozostają w mocy a Rosji nie zabraknie determinacji w kontynuowaniu wojny. Odniósł się również bezpośrednio do listu Zełenskiego, który, zdaniem Putina, niepotrzebnie pisał o jego wieku bo nie on ma znaczenie ale „chęć do pracy” której rosyjskiemu prezydentowi nie brakuje. Komunikat strategiczny, który sformułował rosyjski prezydent jest czytelny - Rosja ma zasoby i determinację aby kontynuować wojnę i nadal chce osiągnąć swoje cele. Pytanie tylko w jaki sposób? Rosyjski prezydent powiedział w pewnym momencie, że wiele zagranicznych firm „w tajemnicy” krytykuje swoje rządy za zmuszenie ich do opuszczenia rynku rosyjskiego i to zdanie, w połączeniu z następnym, kiedy to rosyjski prezydent zaznaczył, że w efekcie wprowadzonych zmian rosyjski budżet już tylko w 20 % zależy od dochodów z eksportu węglowodorów wskazuje na rosyjską strategię. Rosyjską odpowiedzią na negocjacyjne propozycje Zełenskiego będzie kontynuowanie wojny, choć nie należy wykluczać lokalnych eskalacji na kierunkach rumuńskim bądź bałtyckim, i wyczekiwanie aż skończy się odpornośc sojuszników Ukrainy. Rosyjska presja będzie obliczona na złamanie frontu wsparcia dla Ukrainy. Przede wszystkim Niemiec, których gospodarka a zwłaszcza jej konkurencyjność była w przeszłości uzależniona od rosyjskich dostaw taniego gazu i ropy. Kirył Dmitriew oświadczył, że bez dostaw węglowodorów z Rosji niemiecką gospodarkę „czeka nie stagnacja ale kolaps”, a Putin wystąpił pod adresem Belina z czymś w rodzaju ultimatum. Powiedział mianowicie, że Niemcy muszą się zdecydować „będą brać rosyjski gaz czy nie będą”. Gazprom musi, w opinii rosyjskiego prezydenta otrzymać jasną odpowiedź, kontrakty nadal formalnie obowiązują i to strona niemiecka zdecydowała o zakończeniu współpracy a jeśli chodzi o stanowisko Moskwy to dopuszcza ona nawet wznowienie dostaw za pośrednictwem Nord Stream 2.

 

Markus Frohnmaier, kierujący polityką zagraniczną w AfD, pojechał na Petersburskie Forum Ekonomiczne gdzie spotkał się z Kiryłem Dmitriewem, tym samym, który jest jednym z głównych negocjatorów zbliżenia Federacji Rosyjskiej i Stanów Zjednoczonych, oraz z szefem Gazpromu. Będąc w Rosji, a wyjazd miał miejsce mimo zaleceń kanclerza Merza aby niemieckie siły polityczne unikały kontaktów z przedstawicielami Kremla, a w przypadku naszego sąsiada tego rodzaju sugestie traktowane są poważnie, Frohnmaier opowiedział się za wznowieniem handlu, w tym przede wszystkim węglowodorami z Rosją. „Niemcy pogrążają się w poważnym kryzysie gospodarczym, a kluczowym czynnikiem napędzającym ten proces są wysokie koszty energii” – powiedział Frohnmaier i otwarcie dodał - „Dlatego wszystkie opcje muszą zostać ponownie rozważone, w tym ponowne uruchomienie Nord Streamu i wznowienie stosunków handlowych z Rosją”. Frohnmaimer, który uczestniczył w panelu moderowanym przez Dmitriewa powiedział też (co spotkało się z aplauzem publiczności), że „Nie leży w interesie narodowym Niemiec angażowanie się w wojny zagraniczne” i dodał, że jego partia dąży do normalizacji stosunków między Niemcami a Rosją, „ponieważ wierzymy, że stosunki niemiecko-rosyjskie są ważne. I nie zawsze trzeba się z tym zgadzać”. W Forum w Petersburgu uczestniczyli też inni politycy AfD, tacy jak Jörg Urban, przewodniczący AfD w Saksonii, gdzie jesienią odbędą się wybory do landtagu. 

Autorytet kanclerza Merza w zakresie polityki zagranicznej ostatnio w poważnym stopniu ucierpiał do czego przyczyniła się spektakularna klęska Berlina w ONZ, gdzie Niemcy przegrały z Austrią i Portugalią rywalizację o zajęcie miejsca niestałego członka w Radzie Bezpieczeństwa o co zabiegały. Gabinet Merza i sam kanclerz są w Niemczech bardzo niepopularni, AfD jest już najpopularniejszą formacją w skali całego kraju a jesienne wybory w Saksonii - Anhalt mogą dać tej formacji większość w lokalnym landtagu i pierwszego premiera kraju związkowego, co w państwie federacyjnym jakimi są Niemcy, ma fundamentalne znaczenie dla stabilności systemu. Coraz częściej w Niemczech słychać w związku z tym pytania „czy zmierzamy w stronę modelu Republiki Weimarskiej” czyli niestabilnej demokracji z której nikt nie jest zadowolony, stagnacji ekonomicznej i rosnącej siły skrajnych ruchów politycznych. W tej sprawie wypowiedział się Klaus Geiger, a na jego artykuł warto zwrócić uwagę, bo mamy do czynienia z wystąpieniem redaktora naczelnego Die Welt, jednego z wiodących niemieckich dzienników. Jego zdaniem zjawiska obserwowane w Niemczech, które sprowadzają się do wzrostu popularności formacji antysystemowych, określanych niekiedy mianem populistycznych, aktywnych zarówno na lewicy jak i na prawicy, mają miejsce również w innych państwach europejskich. W tym sensie mamy do czynienia z powszechną w Europie prawidłowością, ale różnice zaczynają się jeśli analizować to w jaki sposób systemy polityczne adaptują się do nowych realiów. Geiger analizując sytuację w Niemczech wyodrębnia kilka faz tego procesu. W pierwszej fazie dążąc do stabilizowania systemu politycznego duże formacje, zarówno prawicowe jak i lewicowe, zawiązują koalicję z mniejszym partnerem politycznym. W takim modelu  CDU/CSU rządziła wraz z FPD a Socjaldemokraci z Zielonymi. Ta formuła współpracy wyczerpała się na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia i w kolejnej drugiej fazie, aby stabilizować system polityczny trzeba było powoływać „wielkie koalicje” jednoczące najsilniejsze formacje polityczne, wcześniej rywalizujące ze sobą o poparcie wyborców. Ta faza to m.in. epoka Merkel, która rządziła z SPD. Ale i tego rodzaju podejście w dłuższej perspektywie nie dawało stabilności systemu, popularność partii antysystemowych rosła i establishment odpowiedział na te trendy koncepcją „koalicji świateł drogowych”, porozumieniem wszystkich centrowych partii, którego celem było powstrzymanie radykałów zarówno z prawej jak i z lewej strony sceny politycznej. Podobne zjawiska obserwowano w innych państwach, zarówno we Włoszech gdzie rząd Matteo Renzi tak właśnie był konstruowany jak i we Francji czasów Macrona. Ta formuła również się w dłuższej perspektywie nie sprawdziła i w rezultacie w wielu państwach system polityczny i partie głównego nurtu weszły w fazę „oswojenia” partii antysystemowych bez których skonstruowanie stabilnej większości było niemożliwe. Ta część rozważań Geigera jest najciekawsze, bo w konkluzjach swego wystąpienia proponuje on zmianę polityki formacji establishmentowych wobec AfD. Ale warto opisać skrótowo jakie, w opinii Autora, modele koegzystencji z radykałami można znaleźć w Europie. Pierwszym jest „model holenderski” z czasów kiedy formacja Wildersa była najsilniejszą partią polityczną. Utworzyła ona rząd, ale nie wzięła za niego pełnej odpowiedzialności i nadal uprawiała politykę radykalnych haseł programowych. W rezultacie sytuacja się nie ustabilizowała, rząd koalicyjny upadł a w nowych wyborach radykałowie ponieśli ciężka porażkę. Drugą opcją jest umowny „model węgierski” ale również zdaniem niemieckiego publicysty z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w Polsce. Jego istotą jest próba „podważenia demokracji” w liberalnym wydaniu, zmiany reguł gry ale mimo tych starań „system okazał się silniejszy” i po 8 latach w Polsce i 16 na Węgrzech, stary system powrócił do rządów. Trzecią formuła jest przekształcenie partii radykalnych w lojalnego partnera rządów, uczestnika koalicji. Z tym mieliśmy do czynienia w Szwecji, kiedy Szwedzcy Demokraci weszli do rządu i koalicji przekształcając się z radykalnie kontestującej w partię systemową. Wreszcie czwartą opcją jest „model włoski” kiedy radykałowie stają się, jak miało to miejsce w przypadku Braci Włochów, stabilizatorem systemu, formacją gwarantującą, choć w nowej postaci, stabilność całego systemu. Jakie wnioski dla Niemiec wyciąga Geiger z tego opisu sytuacji w państwach współczesnej Europy? Pisze otwarcie - „Podsumowując: sednem demokracji nie są partie polityczne, lecz rządy prawa, trójpodział władzy oraz wolność gospodarki i społeczeństwa. Jeśli te zasady będą przestrzegane, ruchy, które narodziły się jako krytyka systemu, mogą stać się filarami demokracji.”. Konkluzją jego wystąpienia jest zatem wezwanie do „cywilizowania” AfD co wymaga odejścia od polityki „zapory ogniowej” dystansowania się wszystkich sił politycznych od idei współpracy z tą formacją. Geiger podkreśla, że „Wiele prawicowych partii nacjonalistycznych w Europie, takich jak Fratelli d'Italia, Rassemblement National i Szwedzcy Demokraci, przeszło podobną drogę. Również w przypadku AfD pojawia się pytanie, czy zwycięży frakcja umiarkowana, czy też obecnie dominujące obozy etniczno-nacjonalistyczne i antydemokratyczne.” W Niemczech, dlatego zwracam uwagę na wystąpienie tego prominentnego polityka, w obliczu notowań, rozpoczyna się właśnie dyskusja na temat stosunku głównych sił do AfD, co oznacza, iż w nieodległej przyszłości możemy mieć do czynienia z próbą „wciągnięcie” tej formacji do współodpowiedzialności za rządy. Zawsze tego rodzaju polityka oznacza przyjęcie przez establishment części postulatów programowych dotychczasowych krytyków systemu. Można się zastanawiać jak to będzie w przypadku AfD, ale jestem więcej niż pewien, że koncepcja powrotu do normalnych relacji handlowych z Federacją Rosyjską będzie jedną z pierwszych „obszarów wspólnych”. Tym bardziej, że niemiecki biznes nie byłby przeciw takiej zmianie. Jeśli chcemy przekonać jakie nastroje panują w środowisku niemieckich przedsiębiorców to warto przeczytać wywiad, który opublikował FAZ z Martinem Herrenknecht, właścicielem firmy produkującej zaawansowane technologicznie maszyny do drążenia tuneli, który zatrudnia 5 tys osób. Jego sądy i oceny są do pewnego stopnia typowe, takich wywiadów niemieckich przedsiębiorców ukazuje się w tamtejszych mediach dziesiątki, traktuję zatem opinii Herrenknechta jako egzemplifikację pewnego nurtu refleksji na tematy przyszłości Niemiec. Uchylając się od pytanie, które dotyczy przejęcia przez Włochów Commerzbanku przedsiębiorca zaczyna od stwierdzenia - „najpierw musimy porozmawiać o Niemczech: nasz kraj zmierza ku przekształceniu się w republikę bananową. Można odnieść wrażenie, że wielu naszych polityków żyje w bańce i nie do końca rozumie, co dzieje się w Chinach, Wietnamie, a nawet Indiach. Oszukujemy samych siebie, myśląc, że nadal jesteśmy ważni. To nasz największy problem w Niemczech. Bo jesteśmy w fatalnej sytuacji.” Dalej podkreśla, że kraj potrzebuje reform, zmniejszenia biurokracji, która „przytłacza wszystkich” oraz zmian w zakresie polityki socjalnej i przywrócenie kultury pracy bo jednym ze źródeł kryzysu jest to, że Niemcy nie pracują już tak długo i intensywnie jak kiedyś, kiedy Europa podziwiała powojenny boom gospodarczy. Pytany o AfD i politykę wobec tej formacji mówi - „Jestem zdecydowanie przeciwny AfD. Ale kluczowe pytanie brzmi: co się stanie, jeśli po wyborach w landach wschodnich Niemiec jeden lub dwóch premierów z ramienia AfD obejmie urząd – jak sobie z tym poradzimy? Czekają nas trudne pytania.” Warto zwrócić uwagę na to co mówi Herrenknecht i co napisał Geiger. Obydwaj w odmienny sposób zwracają uwagę na potrzebę głębokich reform. Alternatywą jest stagnacja i chroniczny kryzys, czemu towarzyszyć będzie radykalizacja dużych grup społeczeństwa. Jeśli nie ma innej drogi nie reformy, to oczywistym jest pytanie o polityczne warunki ich urzeczywistnienia o model rządów dla Republiki Federalnej. Jeśli obecne trendy nie zostaną przełamane to albo nie będzie reform albo trzeba liczyć się ze zwycięstwem dzisiejszych radykałów z AfD już być może w 2029 roku a z większym prawdopodobieństwem w 2033 roku. A jeśli chce się odwrócić tego rodzaju scenariusz to trzeba, co w zawoalowany sposób proponuje Geiger, uruchomić „model szwedzki”, kooptacji AfD do systemu rządów. To z kolei będzie oznaczać próbę rewizji polityki w Niemiec wobec Rosji.

I tu mamy do czynienia ze słabą stroną podejścia Żeleńskiego, który jest niezłym taktykiem i znacznie słabszym strategiem. Cóż bowiem stanie się jeśli Rosjanie nie usiądą do stołu negocjacyjnego a przeciwnie, zwiększa swą presję na państwa Zachodu. Czy równoważąca Waszyngton „europejska trójka” przetrwa? Może się to okazać trudne, tym bardziej, że ostatnie propozycje Rutte - Zełenskiego aby państwa NATO z Europy (oraz Kanada) wydawały 0,25 % swego PKB na finansowanie Ukrainy zablokowały m.in. Francja i Wielka Brytania. Stan ich budżetów nie wskazuje na prawdopodobieństwo rewizji tego stanowiska. A to oznacza, że cała konstrukcja wsparcia dla Ukrainy zależy dziś od zaangażowania Berlina. To oczywiście wyjaśnię dlaczego Zełenski musi się liczyć ze stanowiskiem Merza ale zmiana postawy Niemiec spowodować tez może znaczące osłabienie zdolności Kijowa do kontynuowania wojny. Tym bardziej jeśli w imię interesów taktycznych Ukraina poróżni się z Polską. Tak jak nie powinno być kwestią bez znaczenia dla Ukrainy jakie siły polityczne sprawują rządy w Berlinie, tak nie mniejsze znaczenie ma kto sprawuje władzę w Warszawie. Zmienny w niemieckiej polityce mogą być do pewnego stopnia równoważone przez front państw Europy Środkowej. To opcja gorsza niż układ z Niemcami, ale może okazać się, że przyjdzie moment kiedy będzie jedyną realną. A co się stanie jeśli niekorzystne z punktu widzenia Ukrainy zmiany nastąpią i w Berlinie i w Warszawie. Jakie pole manewru będzie wówczas miał Zełenski? Warto byłoby aby, obok gry taktycznej, prezydent Ukrainy zaczął poświęcać czas na analizę strategicznego położenie swej ojczyzny. 

Zobacz również

Dron w Rumunii i słabnące odstraszanie Rosji
Rosyjsko - amerykańska rozgrywka o Europę Środkową
Ukraina, Fire Point I europejskie zdolności rakietowe

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...