Wielka Brytania - sojusznik strategiczny, ale czy wart zaufania?

W dyskusjach na temat strategii, polityce wojskowej czy zdolnościach państw w zakresie rewizji dotychczasowej linii politycznej często pomija się kwestie polityki wewnętrznej. Zwłaszcza w czasach kiedy trzeba zmieniać priorytety zarówno przesuwając wydatki publiczne w nowe obszary, co zawsze oznacza cięcia w dotychczas preferowanych czy tym bardziej nakładać nowe obowiązki na obywateli zmniejszając ich indywidualny obszar wolności polityka wewnętrzna ma znaczenie To oczywiste, że w demokracjach rewizja polityki wymaga poparcia społecznego z jednej i silnego przywództwa, z drugiej strony. Sprawczość, czyli zdolność do podjęcia trudnych decyzji i ich wdrożenia a także konsekwencja w działaniu są warunkami koniecznymi zwłaszcza jeśli nowych zdolności nie buduje się łatwo. Trudno o to w sytuacji kiedy rządzący politycy walczą o przetrwanie a opinia publiczna sygnalizuje niezadowolenie z ich dotychczasowej linii postępowania. A to w praktyce oznacza, że reformy często w takiej sytuacji ograniczają się do retoryki a nie realnych działań, bo te mogą kosztować utratę i tak topniejącego poparcia. Trudne decyzje są opóźniane lub wręcz sabotowane w takich realiach. Sytuacja wewnętrzna staje się wówczas kwestią strategiczną bo wpływa ona na zdolność państwa do mobilizowania zasobów a współczesna wojna, co pokazał czytelnie ukraiński konflikt ma charakter systemowy Cóż to oznacza? Admirał Pierre Vandier, Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO ds. Transformacji podkreśla znaczenie zmiany paradygmatu wojny, która zmieniła gruntownie swoją naturę. „Dziś konfrontacja wykracza daleko poza sferę militarną. Celuje w systemy. I toczy się, częściowo, w naszych własnych granicach” - napisał w artykule programowym poświęconym przygotowaniu do współczesnych konfliktów. Zdaniem francuskiego wojskowego i myśliciela strategicznego zatarciu ulega rozgraniczenie między frontem a tyłami. Systemowość współczesnego konfliktu oznacza, że obecnie zniszczenie zdolności militarnych przeciwnika już nie wystarcza aby odnieść zwycięstwo. „Przemysł, energia, dane i spójność (odporność) społeczna są jednocześnie czynnikami władzy i głównymi celami.” Zdolność do przetrwania społeczeństwa, utrzymania systemu politycznego stają się punktem ciężkości. To, w opinii Vendiera, kluczowa zmiana w stosunku do wojen ekspedycyjnych, które toczone były od zakończenia zimnej wojny, z dala od oczu i serc obywateli. Teraz to oni znajdują się w centrum wydarzeń, są zarazem celem ataków jak i głównym czynnikiem, źródłem, budowania przewagi. To oczywiście zwiększa znaczenie wojen kognitywnych o których dużo ostatnio piszą Rosjanie „napędzanych” jeszcze przez zmiany technologiczne w postaci rozwoju sztucznej inteligencji (AI). 

W tym nowym, szybko zmieniającym się środowisku strategicznym rośnie znaczenie jakości i siły przywództwa. Było ono zawsze ważne bo wojna, w tym odstraszanie i przygotowywanie się do niej zawsze oznaczały zdolność do mobilizowania zasobów, które teraz też trzeba będzie uruchamiać. Tylko, że zmiany technologiczne i szybka ewolucja charakteru współczesnego konfliktu masowego nakłada na to jeszcze jeden wymiar. Myślę o konieczności dokonania zmian wewnętrznych, głębokich zmian systemowych i gospodarczych bo bez nich przygotowanie się do współczesnego konfliktu nie będzie pełne. Aby być bezpiecznym nie wystarczy już rozbudowanie sił zbrojnych, powołanie pod broń większej liczby mężczyzn i kobiet oraz zaopatrzenie ich w niezbędny sprzęt. Teraz większe siły zbrojne muszą zmienić to jak walczą, sposób prowadzenia działań od poziomu taktycznego, przez operacyjny do strategicznego. Ta przemiana jakościowa jest znacznie trudniejsza niż ilościowa, choć i ta ostatnia nie jest łatwa. Nawet proste zwiększenie nakładów (czyli zmiana ilościowa) wymaga silnego przywództwa, zdolnego do sformułowania wizji polityki na rzecz przyszłości i przekonania do niej wyborców. A jak to wygląda w głównych państwach europejskich, w szczególności w interesującej nas Wielkiej Brytanii, obecnie?

Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii stały się upokarzającą klęskę dla Labour i w szczególności urzędującego premiera. Gra toczyła się o 5 tys mandatów radnych w 136 radach lokalnych i dodatkowo obywatele Zjednoczonego Królestwa wybierali deputowanych do parlamentów Szkocji i Walii. Warto też pamiętać, że wybory do Izby Gmin miały miejsce w 2024 roku, kolejne zaplanowane są (o ile nie nastąpią przedterminowe) na rok 2029. Partia Pracy straciła w obecnych wyborach lokalnych 1051 mandatów radnych, a Konserwatyści 427. W przypadku tych ostatnich trend jest o tyle niepokojący, że historycznie będąc w opozycji zawsze odrabiali oni do tej pory swą pozycję. Teraz tak nie jest, bo w brytyjskiej polityce pojawili się nowi gracze na których wyborcy przenoszą swe preferencje. Mowa o Reform, która to formacja zyskała 1276 mandatów w radach różnych szczebli (ma ich w tych samorządach 1358 co pokazuje z jak niskiego szczebla startowali) i brytyjskich Zielonych Zacka Polańskiego, którego formacja zyskała 306 mandatów (ma 477). Do tego dochodzą klęski Labour w parlamentach Walii i Szkocji. W tym pierwszym przypadku Partia Pracy straciła 36 mandatów w 96 osobowym parlamencie prowincji którą nieprzerwanie rządziła do 27 lat. Dotychczasowa premier Walii Eluned Morgan z Partii Pracy nie weszła nawet do parlamentu i zapowiedziała rezygnację z przywództwa Walijskich laburzystów, co ma oczywiście znaczenie dla przyszłości Starmera, bo i od niego będzie oczekiwać się podobnego kroku. Najwięcej mandatów w Walii mieć będzie  Plaid Cymru, centrolewicowa opowiadająca się za niepodległością prowincji formacja, która dysponując 43 głosami (wzrost o 20) sformuje najprawdopodobniej rząd mniejszościowy. Reform jest na drugim miejscu, nie mając wcześniej ani jednego posła w Walii będzie ich miała 34. Partia Pracy straciła 35 mandatów (ma 9) a Konserwatyści 22 (utrzymali 7). W Walii mamy zatem do czynienia z wyraźnym głosowaniem anty-establishmentowym, podobnie jak w przypadku głosowania do rad w Anglii. Tam porażka dla Labour jest tym boleśniejsza, że głosowania miały miejsce w okręgach będących od lat a nawet dziesięcioleci „twierdzami” Partii Pracy i tam przegrała ona tracąc poparcie klas średniej i niższej na rzecz Reform a w miastach będących znacznie bardziej na lewo Zielonych. Gdyby przełożyć wybory lokalne na ogólnokrajowe, to powtórzenie takiego wyniku oznaczałoby, jak skrupulatnie policzyli dziennikarz konserwatywnego The Telegraph, że Partia Pracy zdobyłaby 15 % głosów, a pamiętajmy, że w ostatnich wyborach zdobył ona 33,7 %, co oznacza, że po dwóch latach władzy Starmerowi udało się stracić niemal 19 % poparcia. Na dodatek Starmer próbował, spodziewając się klęski w wyborach lokalnych, przesunąć termin ich przeprowadzenia. Doprowadziło to nawet do zawiązania się ruchu społecznego Let us Vote, który wymusił na nim zaniechanie tego rodzaju planów. Premier przegrał wówczas podwójnie, nie tylko dlatego, że najpierw zyskał reputację człowieka manipulującego przy procedurach demokratycznych i chcącego pozbawić wyborców ich praw a następnie, po tym jak ustąpił pod presją, zdobył reputację polityka chwiejnego. Teraz do tego dodał opinię „ojca klęski”, polityka który w dwa lata zamienił historyczne zwycięstwo wyborcze Labour w dramatyczna porażkę, na dodatek taką, która może doprowadzić wręcz do eliminacji tej formacji z brytyjskiego krajobrazu politycznego. Konserwatyści nie mają również wielu powodów do radości, oni również tracą, ale utrzymali się w swoich bastionach wyborczych. W przypadku Labour sytuacja jest dużo gorsza, bo ich elektorat przechodzi masowo na stronę Labour i Zielonych. 

Ciekawa jest też sytuacja w Szkocji, której trzeba poświęcić więcej uwagi bo tamtejsi nacjonaliści, którzy wygrali wybory, w swym programie kładli nacisk na zwiększenie puli środków które winny być przekazywane przez Londyn na rzecz ich kraju. SNP po raz szósty z rzędu wygrało wybory, ale nacjonaliści stracili 6 mandatów i mając ich 58 nie dysponują większością. Reform zyskało 17 mandatów (nie mieli ani jednego) i obecnie dysponują taką samą ich liczbą jak Partia Pracy (stracili 4). Konserwatyści mogą w Szkocji mowić o klęsce (strata 19 mandatów).

Wydaje się zatem, że zarówno w Walii jak i w Szkocji będziemy mieć mniejszościowe rządy nacjonalistów, którzy zawsze prowadzili politykę o wyraźnym nastawieniu socjalistycznym, co w praktyce sprowadzało się też w stałej presji wywieranej na Londyn na rzecz zwiększenia transferów pieniężnych. Osłabiony rząd Labour będzie podatny na tego rodzaju presję 'Kupując" w ten sposób spokój na jednym z pól licznych konfliktów. Teraz dochodzi do tego jeszcze element secesjonistyczny, bo John Swinney, lider SNP myśli, jak spekulują brytyjskie media o ponownym referendum niepodległościowym. Po to aby rządzić może on zawiązać koalicję z proniepodległościowymi Zielonymi, z którymi za czasów Nicoli Sturgeon już nacjonaliści współrządzili. Oczywiście aby przeprowadzić kolejne referendum potrzebna jest zgoda izby Gmin, a na jej udzielenie się nie zanosi, ale pojawił się w całej sprawie nowy czynnik - Donald Trump. Napisał on i warto jego słowa przytoczyć w całości - „Gratulacje dla Johna Swinneya z okazji wygranej w wyborach na stanowisko Pierwszego Ministra Szkocji. To dobry człowiek, który ciężko pracował, wraz z Królem i Królową Zjednoczonego Królestwa, na rzecz ulgi celnej dla Wielkiej Szkockiej Whisky – i zasługuje na to Wielkie Zwycięstwo Wyborcze!” Pozostawmy bez komentarza zastanawiającą logikę amerykańskiego prezydenta, bo w jego wpisie nie whisky ma znaczenie. Słowa na temat Swinneya należy zestawić z negatywnymi opiniami Trumpa o Starmerze, o którym amerykański prezydent wielokrotnie wypowiadał się w ostatnich tygodniach niesłychanie krytycznie. Mamy też do czynienia z rewizją dotychczasowej linii Waszyngtonu wobec Londynu. W ujawnionej przez media notatce Elbridga Colby znalazły się zapowiedzi rewizji polityki Stanów Zjednoczonych w kwestii Falklandów, co ma związek z faktem, że Miley jest amerykańskim sojusznikiem a Starmer już nie jest, w związku z jego proeuropejskim kursem, postrzegany w Waszyngtonie w taki sam sposób. Mówi się o słabnięciu a nawet kresie „specjalnych relacji” USA i Zjednoczonego Królestwa, a Amerykanie krytycznie też odnoszą się do forsowanego przez Labour planu przekazania Mauritiusowi suwerenności nad archipelagiem Chaos gdzie znajduje się baza Diego Garcia. Jeśli do tego dodamy rosnący krytycyzm Cypryjczyków wobec przyszłości brytyjskich baz na tej wyspie, bo okazało się po atakach Iranu, że Londyn nie jest w stanie ochronić własnych żołnierzy nie mówiąc już o całej wyspie, oraz nierozwiązaną kwestię Gibraltaru to może okazać się, że "dokonaniem” Starmera będzie utrata resztek posiadłości kolonialnych a na dodatek doprowadzenie do wzrostu separatyzmów co w skrajnej postaci może oznaczać rozpad Zjednoczonego Królestwa. W sprawie statusu Gibraltaru rząd Starmera też popełnił w ostatnim czasie oczywisty błąd, bo po tym jak z dużym opóźnieniem wysłał w stronę Cypru HMS Dragon w brytyjskich mediach pojawiły się spekulacje, że długi, bo tygodniowy „postój” tego okrętu w Gibraltarze nie był związany z naprawami jakie trzeba było przeprowadzić po trudnej żegludze w Zatoce Baskijskiej ale tajną inspekcją hiszpańskich oficerów na okręcie. Te spekulacje nie znalazły potwierdzenia, ale ujawniają one kryzys zaufania wobec polityki Starmera, który otwarcie oskarżany jest przez opozycję, w tym Reform, o lekceważenie interesów narodowych i „wyprzedawanie” w imię iluzorycznych zysków resztek Imperium Brytyjskiego. W kwestii Cypru Brytyjczycy musieli przełknąć gorzką pigułkę bo na wyspę gdzie Wielka Brytania ma dwie eksterytorialne bazy wojskowe swe okręty skierowali Francuzi, Włosi i nawet Hiszpanie wyprzedzając Royal Navy, która nie była w stanie w odpowiednim czasie zmobilizować swoich zdolności. Te iluzoryczne zyski to kurs na zbliżenie z Unią Europejską konsekwentnie realizowany przez Starmera. W lutym The Telegraph ujawnił, że oficerowie hiszpańskiej marynarki wojennej będą mieli prawo, działając w imieniu Unii, na dokonywanie inspekcji na jednostkach Royal Navy w tym w Gibraltarze. Takie możliwości dają zapisy podpisanej przez rząd Labour umowy o granicach (1000 stron tekstu), która nota bene ma dawać władzom Hiszpanii, jak argumentują dziennikarze, prawo do wyrażania zgody (lub nie) na wwiezienie broni. Umowa wprowadza bowiem wymóg, zgodnie z którym Hiszpania może zezwolić lub zabronić przywozu broni drogą lądową do Gibraltaru na mocy przepisów mających na celu zwalczanie przemytu broni i zapewnienie przestrzegania embarga na broń. Większość broni i amunicji do Gibraltaru, który jest wielką bazą Royal Navy i brytyjskiego lotnictwa bojowego dociera drogą morską ale ta z kolei broń podlega specjalnym procedurom i jak zapisano w umowie nie będzie  ona „uważana za towary znajdujące się w swobodnym obrocie na terenie Gibraltaru, lecz za towary tymczasowo dopuszczone pod kontrolą właściwych władz.” Te specjalne władze i procedury to, tak umowę interpretuje opozycja, urzędnicy hiszpańscy i to wzbudza niemałe emocje w Zjednoczonym Królestwie. Tym bardziej, że Hiszpania stale kwestionuje suwerenność Londynu nad Gibraltarem i regularnie pozwala sobie na prowokacyjne kroki. Ostatnim było naruszenie (4 kwietnia) wód terytorialnych wokół Gibraltaru przez okręt Infanta Cristina marynarki wojennej Hiszpanii. Piszę o tym bo kurs Londynu na zbliżenie z Unią Europejską budzi na Wyspach emocje, jest uznawany przez opozycję z prawej strony za sprzeczny z interesami Wielkiej Brytanii i realizowany kosztem zarówno niepotrzebnych ustępstw jak i destruowania specjalnych więzi z Waszyngtonem. Należy zatem założyć, że zwycięstwo opozycji do którego po ostatnich wyborach lokalnych coraz bliżej oznaczał też będzie korektę w tym obszarze. Jest to o tyle istotne, że właśnie zapowiedziano podpisanie traktatu o przymierzu i partnerstwie strategicznym między Londynem a Warszawą, który w takiej sytuacji nie musi być traktowany (i nie powinien) jako coś bardzo trwałego. 

Nie to jest jednak głównym problemem jeśli myśleć o przyszłej polityce Wielkiej Brytanii, kwestiach bezpieczeństwa i europejskich „zdolnościach”. Należy przede wszystkim zapytać o przyszłość polityczną Starmera i alternatywy, czyli kto może dojść do władzy jeśli jego upadek, który wydaje się nieuchronny, nastąpi. W Partii Pracy będziemy obserwować walkę o władzę. Już liderzy związków zawodowych afiliowanych przy tej formacji, a to niezwykle wpływowi ludzie, zaapelowali aby Starmer odszedł, pojawiają się też tego rodzaju głosy wśród posłów i aktywu. „Odejdź albo Labour umrze”, takie opinie przytaczają media relacjonujące stan powyborczych nastrojów a aktywiści obawiają się powtórki z doświadczeń Konserwatystów. Ci ostatni przez lata po obaleniu przywództwa Johnsona nie byli w stanie wyłonić nowego, wiarygodnego i sprawnego przywództwa i w rezultacie doznali upokarzającej klęski wyborczej. W przypadku Labour sytuacja jest jeszcze gorsza, bo ich wyborcy przechodzą na stronę Reform i Zielonych i partia traci swe „twierdze”. Problemem jest to, że w odróżnieniu do Starmera alternatywni przywódcy - czyli była wicepremier Rayner czy burmistrz obszaru metropolitalnego Manchesteru Andy Burnham to przedstawiciele lewego skrzydła partii, opowiadający się za większymi wydatkami socjalnymi, wyższymi podatkami czy otwartością na emigrantów. Jeśli zatem już obecnie uchodzący za centrowy gabinet Starmera ma problemy ze znalezieniem środków na wzrost wydatków wojskowych, rząd nie opublikował nawet planu dochodzenia do poziomu wydatków na bezpieczeństwo w wysokości 3,5 % PKB w 2035 roku a obecna „dziura” w finansowaniu sił zbrojnych, zdaniem wypowiadających się na ten temat publicznie byłych wojskowych (szefów brytyjskiego sztabu generalnego i rodzajów sił) dochodzi do 30 mld funtów (obecnie jest oceniana na 28 mld) , to co stanie się kiedy Wielką Brytanią zacznie rządzić lewica Labour? 

Nowe podatki wprowadzane przez Rachel Reeves nie przynoszą wzrostu dochodów, wręcz przeciwnie generują straty dla budżetu. I tak „podatek od rezydencji” na domy warte powyżej 2 mln funtów doprowadził do spadku wpływów (o 230 mln funtów) z opłat skarbowych wnoszonych w toku postepowań spadkowych bo podatnicy masowo zaniżają wartość dziedziczonych nieruchomości. Do tego należałoby dodać koszt (szacowany na kolejne 150 mln funtów) specjalnych wycen przeprowadzanych w ramach kontroli rzetelności deklaracji obywatelskich. Oczywiście należy założyć, że po poniesieniu tych „nakładów” budżet zacznie zarabiać na karnym opodatkowaniu nieruchomości ale czy pomoże to zatrzymać exodus zamożnych i wykształconych mieszkańców Wysp Brytyjskich, którzy zaczynają zarówno ze względu na ciężary podatkowe jak i „brak przyszłości” poszukiwać nowego miejsca zamieszkania? Od lipca 2024 do czerwca 2025 Wielką Brytanię opuściło na długo, wybierając emigrację, 195 tys wykształconych ludzi przed 35 rokiem życia. Od 2020 roku corocznie z Wielkiej Brytanii emigruje ok 250 tys osób, głównie w wieku produkcyjnym i publicyści alarmują pisząc o „drenażu mózgów”. Co gorsze wystraszeni rosnącymi podatkami wyjeżdżają najbogatsi. Firma Henley & Partners, która uważana jest za światowego lidera w planowaniu pobytu i obywatelstwa, podaje, że w ubiegłym roku z Wielkiej Brytanii odpłynęło wyjechało na stałe 16,5 tys ludzi z majątkiem powyżej 1 mln funtów, największy tego rodzaju exodus na świecie. Wróćmy do innych podatków wymyślonych przez rząd Starmera. I tak zapowiedziano wprowadzenie nowego podatku dla posiadaczy samochodów elektrycznych. Miałby on obciążać każdą przejechaną milę i uzupełniać spadek dochodów akcyzowych z tytułu sprzedaży paliw. Tylko, że doświadczenia innych krajów które odwołały się do tego rodzaju rozwiązań np Nowej Zelandii czy Islandii nie są zachęcające bo w efekcie odnotowano tam nie wzrost dochodów budżetowych ale spadek i to spory. Gwałtownie od 50 do 75 % zmniejszył się tam popyt na samochody elektryczne i podobnie może być w Wielkiej Brytanii. Koszty nowego podatku szacuje się na ponad 4 mld funtów, co raczej pogorszy a nie polepszy i tak już niewesołą sytuację budżetu. Niestabilność polityczna, spodziewane przesunięcie polityczne w lewo, rosnące prognozy inflacyjne (co ma związek z wojną z Iranem) już w miniony piątek spowodowały, że koszty obsługi długoterminowych obligacji skarbowych (gilts) wzrosły do 5,77 % i są najwyższe od 28 lat, czyli od roku 1997. Sanjay Raja, główny ekonomista Deutsche Bank ds. Wielkiej Brytanii, którego wypowiedź przywołuje lewicowy The Guardian powiedział, że ponad połowa „rezerwy” jaki stworzyła sobie Reeves zamrażając progi podatkowe, wprowadzając nowe obciążenia czy szukając oszczędności mogła już zostać zniwelowana z powodu wyższych rentowności obligacji skarbowych i perspektywy słabszego wzrostu gospodarczego. Co więcej, niektórzy ekonomiści argumentowali, że te „rezerwy” były bardziej papierowe niż realne, wzrost będzie w tym roku niższy od planowanego 1,5 % a wyższa z kolei inflacja, co już jest pewne, spowoduje wzrost presji na wprowadzenie dodatków socjalnych czy programów pomocowych. Słaby, chwiejący się rząd Starmera, czy nowy, ale osłabiony podziałami w Partii Pracy i napiętą sytuacją nie będzie miał wystarczająco dużo sił aby sobie z tym wszystkim radzić. Dług publiczny przekraczający 100 % PKB czyni też rząd brytyjski wrażliwym na presję zewnętrzną. Rentowność długoterminowych obligacji zależy w niemałym stopniu na życzliwości funduszy emerytalnych i hedgingowych. W tym roku rząd brytyjski planuje wyemitować obligacje wieloletnie o wartości 250 mld funtów co oznacza, że musi „liczyć na życzliwość” jak powiedział Raja instytucjonalnych nabywców amerykańskich. Osłabiając relacje z Waszyngtonem i wchodząc w konflikt z Trumpem Starmer może spotkać się z niechęcią, nie mówiąc już o wrogim działaniu, na które Wielka Brytania w ogóle nie jest przygotowana. IMF ocenia, że tegoroczny wzrost gospodarczy wyniesie 0.8 % a OECD 0,7 %, ale analizy były przeprowadzane w marcu i jeszcze trudno było oceniać ekonomiczne skutki trwającego konfliktu, czyli już mowa o ścięciu o połowę prognoz.

Podsumujmy. Słaby, chwiejący się rząd. Przyszłość Starmera pod znakiem zapytania. Osobiście stawiam na jego odejście, pytanie tylko jak długo trwać będzie walka frakcji w Labour Party. Relacje między Londynem a Waszyngtonem nadwątlone, kurs w polityce zagranicznej obecnego rządu kwestionowany przez opozycję do tego stopnia, że padają ciężkie zarzuty o zdradzie interesów narodowych. Alternatywą są albo wybory przedterminowe, czego chce będące na fali Reform ale boją się główne partie dotychczasowego establishmentu albo gnicie systemu. W Partii Pracy jeśli nastąpią zmiany to w lewo. Sytuacja gospodarcza też sprzyjać będzie wzrostowi presji na wydatki socjalne. Jakie są zatem gwarancje, ze rząd do wyborów w 2029 roku (jesienią) znajdzie niemal 30 mld funtów brakujących w obecnym budżecie nie mówiąc już o realnych a nie deklaratywnych perspektywach wzrostu do 3, 5 % PKB wydatków na obronność skoro dziś jest to „ledwie” powyżej 2 %? A skąd pieniądze na finansowanie zdolności które docelowo mają „zastąpić” wkład Amerykanów?

Z czterech głównych graczy w europejskim bezpieczeństwie o których piszą eksperci amerykańskiego RAND, czyli z grona składającego się z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Polski, pierwszy jest w trendzie spadku a nie zwiększenia zdolności. A to oznacza, że niezależnie od tego co będzie deklarował Starmer lub jego następcy, jak często odmieniał będzie przymiotnik „europejski” realne pole manewru w przypadku Londynu będzie ograniczone a nawet może się zmniejszać. Piszemy i mówimy dużo o ograniczeniach amerykańskich, ale deficyty brytyjskie są jeszcze poważniejsze. Trzeba o tym pamiętać kiedy kreślimy plany sojuszy strategicznych, które z natury rzeczy muszą się opierać na realnych a nie deklaratywnych zdolnościach.

Zobacz również

Cyzelowanie europejskości nie gwarantuje nam bezpieczeństwa. Uwagi do wywiadu Donalda Tusk...
Nowe równania geostrategiczne w Europie
Ukraina, Fire Point I europejskie zdolności rakietowe

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...