Organowy maraton w Halle
Cztery i pół
Z pięciu koncertów organowych w ramach 22. Nocy Organowej w Halle (5 czerwca 2026) ten ostatni o 23.15 był nie do strawienia. Po trzech utworach ewakuowałam się, by kiepskie wrażenie nie przykryło wcześniejszych doznań.
Tego dnia odbyła się inauguracja Festiwalu Haendlowskiego w Halle (Saale). Przebiegała w plenerze z udziałem wielu różnych mówców (organizatorów i przedstawicieli rozmaitych władz), których wystąpienia przeplatane były muzyką na żywo z udziałem lokalnych chórów i orkiestry (Bach, Haendel, Telemann, Scheidt). Obowiązkowe „Alleluja” z Mesjasza wybrzmiało na zakończenie, a chwilę potem, o 17.00, w Roter Turm „roztańczyły się” carilliony, rozkołysane przez Małgosię Fiebig, absolwentkę klasy organów i dyrygentury w gdańskiej Akademii Muzycznej, od lat związaną z Niderlandami, gdzie w Utrechcie i Nijmegen pracuje właśnie jako carillionistka. Warto dodać, że Roter Turm w Halle szczyci się największym w Europie tego rodzaju instrumentem (76 dzwonów).
Było to moje pierwsze doświadczenie z tego rodzaju muzyką i instrumentarium. Przyznam, że specyfika brzmienia i sprawy czysto akustyczne (nakładanie się dźwięków) nie przypadły mi do gustu. Zamazane plamy skutecznie utrudniały rozpoznawalność utworów. Chylę jednak czoła przed wszystkim carillionistami – toż to ciężka, fizyczna praca, która opiera się na uderzaniu bokiem pięści w mechanizm wzbudzający dzwony.
Największą dla mnie atrakcją był z pewnością maraton organowy, który pozwalał doświadczyć brzmień różnych instrumentów, w różnych miejscach i z udziałem zmieniających się organistów oraz programów. Rozłożone w czasie co godzinę z kwadransem pozwalały na w miarę spokojne przemieszczenie się do kolejnego „punktu” koncertowego. Całość miała trwać ponad 6 godzin.
Pierwszy koncert odbył się w Dom zu Halle (Katedra), gdzie pysznią się organy Waeldnera zbudowane w połowie XIX wieku. Wykonawca, Gerhard Noetzel, postawił na program dość monotonny wyrazowo, w co – niestety – wpisywały się również jego trzy improwizacje, niewiele różniące się od siebie czy to pomysłami harmonicznymi, czy charakterem. Z pewnością było to związane z tematami opartymi na pieśniach protestanckich, które wyrazowo były do siebie bardzo podobne. Moim zdaniem jednak organista mógł wykrzesać z siebie więcej fantazji improwizatorskiej. Pozostałe utwory (Scheidt, Zachow, Karg-Elert, Mendelssohn) też zlewały się jeden w drugi. Jedynie wdzięczne trzy Air Haendla dały odpoczynek znużonym uszom.
Za to kolejny recital okazał się być znakomitym przykładem umiejętnego różnicowania programu i wysokiego kunsztu wykonawczego. Za instrumentem Sauera w Moritzkirche zasiadł Thorsten A. Pech, który zaprezentował m.in. wdzięczną transkrypcję na organy solo dwóch pierwszych ogniw Koncertu nr 13 Kukułka i Słowik Haendla, czy Concerto z Oratorium Juda Machabeusz w tonacji F-dur. Zagrał bardzo ciekawą improwizację opartą na tematach haendlowskich – różnorodną fakturalnie i interesującą harmonicznie. Nic dziwnego, że na zakończenie otrzymał gromkie brawa od publiczności, która wypełniła kościół do ostatniego miejsca!
Trzeci koncert, również na organach Sauera, odbył się w sali koncertowej Ulrichkirche – dość nietypowym zestawieniu dwóch przestrzeni - sacrum i profanum. Matthias Dreissig zaproponował solidny zestaw programowy. Bacha Preludium i fugę c-moll, BWV 546, Buxtehudego Passacaglię d-moll, Pachelbela chorał organowy i całą Sonatę nr 1 d-moll Augusta G. Rittera, uzupełniając recital współczesną kompozycją Czecha Otmara Mácha jego świetną barwowo Toccatą. Był to dramaturgicznie znakomicie rozplanowany recital. Jedynie organy z 1980 roku był dla moich uszu zbyt twarde i pozbawione półcieni brzmieniowych – takie bardzo dosłowne.
Kościół Mariacki – miejsce czwartego koncertu – było niezwykłe z racji dwóch instrumentów organowych: małych organów ołtarzowych Reichela – zabytku z lat 1663-64, na których w młodości grał Georg Friedrich Händel oraz większych z pracowni Schukego. Pierwotnie zbudowane w latach 1713-1716 przez Christopha Cuntiusa zostały przebudowane w 1984 roku, otrzymując trzy manuały, 56 głosów i ponad 4000 piszczałek.
Organistka Anna Scholl część programu wykonała na małym instrumencie – wdzięcznym, ze specyficznym przytłumionym brzmieniem. Sprawdziły się na nim kompozycje Frobergera, czy Buxtehudego. Natomiast Weckmana, Boehma i Bacha wykonała na dużych organach. Jakże pięknie, kolorystycznie i wyrazowo zabrzmiała przygrywka chorałowa Vater unser im Himmelreich Boehma i crème de la crème – Passacaglia c-moll Bacha – cudowne zwieńczenie recitalu!
Na ostatni koncert, który rozpoczynał się o 23.15 w sali koncertowej Georg-Friedrich-Haendel-Halle dotarła już nas garstka najbardziej wytrwałych, którzy chcieli posłuchać zestawu organy (Markus Land na instrumencie Klaisa) plus puzon (Hubertus Schmidt), co samo w sobie teoretycznie już uatrakcyjniało wieczór. Jakież to było dla mnie rozczarowanie, gdy okazało się, że mamy do czynienia z monograficznym programem, opartym na samych króciutkich transkrypcjach arii z różnych oper i oratoriów Haendla na ten zestaw instrumentalny.
Żadnego oddechu od brzmienia króla instrumentów sprowadzonych do żałośnie prostego continuo! Okropne pum-pum-pam-pam i nic więcej. A na dodatek ten nieszczęsny współczesny puzon z niepasującą barwą. Muzyk biedził się na miniaturowym balkoniku organowym, gdzie i jak tu wysunąć suwak, by nie ugodzić organisty. Wyobrażałam sobie, jak pięknie mogłyby zabrzmieć instrumenty z epoki, a przede wszystkim trąbki o jasnych barwach. Znużona powtarzalnością i banalnym akompaniamentem, opuściłam salę bez żalu.
Trwa ładowanie...