Budować przyszłość - Orkiestra Kameralna Wratislavia

Obrazek posta

Orkiestra Kameralna Wratislavia, fot. Kazimierz Ździebło

 

Budować przyszłość

 

Izabella Starzec: Jak powstała orkiestra Wratislavia?

- prof. dr hab. Lidia Grzanka-Urbaniak, wiolonczelistka: Sądzę, że powstała z przemyśleń samego szefa, Jana Staniendy, by stworzyć zespół, z którym mógłby rozwijać swoje pomysły w szerszej perspektywie.

Po śmierci Karola Teutscha, który był szefem orkiestry Leopoldinum, Jan Stanienda został zaproszony w 1993 roku do objęcia tej funkcji. Trzy lata, które spędził, szefując orkiestrze, to była eksplozja nowych idei, realizacji różnych planów muzycznych. W ciągu tak krótkiego czasu nagraliśmy z tym artystą 10 płyt CD, co nawet w dzisiejszych realiach jest nie lada wyzwaniem.

Jan Stanienda był niezwykle charyzmatycznym muzykiem, wielką indywidualnością artystyczną o niezwykłej mocy oddziaływania na muzyków. Przychodząc do Wrocławia, miał za sobą różne doświadczenia – muzyka solisty, kameralisty oraz orkiestrowe. Był koncertmistrzem Polskiej Orkiestry Kameralnej, w owym czasie naszej perły i polskiej wizytówki jeśli chodzi o muzykę kameralną. Koncertmistrzował w Sinfonii Varsovii, szefował Orkiestrze Kameralnej w Tuluzie, prowadził ożywioną działalność jako solista. Jednocześnie był też pedagogiem w Akademii Muzycznej w Warszawie. To wszystko sprawiło, że przychodząc do Wrocławia jako przecież młoda jeszcze osoba, miał wiele do zaoferowania jako artysta.

 

Orkiestra Kameralna Wratislavia. Po koncercie inauguracyjnym na Zamku Królewskim
w Warszawie, 12.05.1996 rok.

 

Co cechowało Jana Staniendę jako muzyka?

- Był prawdziwym wirtuozem skrzypiec. Miał swój indywidualny język wypowiedzi, odwagę i niezależność artystyczną. Umiał to wszystko przekazać orkiestrze. Biorąc skrzypce do ręki potrafił w magiczny, otwarty i jednocześnie radosny sposób zawładnąć zespołem, dając jednocześnie wolność i przyjemność wspólnej gry. W jego rękach orkiestra zaczynała brzmieć jak jeden wielki instrument, który on, jako szef, mógł kształtować w dowolny sposób. Był nietuzinkowy, nadawał powiew świeżości, wychodził poza schematy. Mogliśmy grać ten sam utwór dziesięć razy, ale za każdym razem było inaczej. Praktycznie nie notowaliśmy nic w materiałach nutowych, że tu będzie piano, tam będzie crescendo. Po prostu wszyscy grali dany utwór, ale w sposób, jaki w danym momencie proponował od skrzypiec Stanienda.

 

Orkiestra Kameralna Wratislavia w roku 1996. Fot. Alfred Labak

Od lewej siedzi: Jan Stanienda, stoją: Beata Solnicka, Bożena Nawojska, Wioletta Tomaszewska, Zbigniew Czarnota, Joanna Jakobs, Tomasz Kwieciński, Julita Fryza,
Aldona Markowicz, Artur Tokarek, Igor Sołonienko, Ludwig Sarama, Jarosław Pietrzak,
Lidia Grzanka-Urbaniak, Krzysztof Królicki. Klęczy: Tymoteusz Rapak.

 

 

Jeśli dobrze zrozumiałam w 1996 roku nastąpił pewien przełom w Leopoldinum?

- Kontrakt Jana Staniendy wtedy wygasał, część z nas stwierdziła, że chce pójść dalej w kierunku stworzenia nowej orkiestry wraz z nim.

 

Czyli część została w Leopoldinum, a część poszła za mistrzem. Z tego jednak wynika, że oba zespoły musiały dokooptować nowych muzyków, aby uzupełnić skład, nieprawdaż?

- Tak, z Wratislavią poszło dość prosto, ponieważ do nas przeszły pierwsze głosy, pierwsze pulpity. Potem szybko pojawili się kolejni muzycy. Ten skład orkiestry był fantastyczny, ponieważ graliśmy na zasadzie chęci wzajemnej współpracy. Zawsze była miła, przyjacielska atmosfera. Nie pracowaliśmy etatowo, tylko szczerze chcieliśmy ze sobą grać. Oczywiście każdy z nas miał jakiś jeszcze punkt zaczepienia. Niektóre osoby pracowały na uczelni, inne w szkołach czy dużych orkiestrach. Ale praca w orkiestrze kameralnej z jej szefem Janem Staniendą była naszym bonusem i wielką radością.

Link do filmu - Felieton z 1996 roku o Orkiestrze Kameralnej Wratislavia
 
 

Na początku pojawiła się też menedżerka orkiestry w postaci naszej wspólnej koleżanki, teoretyczki muzyki – Julity Fryzy, która przez jakiś czas zajmowała się waszymi sprawami.

- Tak, i miała ona bardzo duży wkład w nasze działania. Tym bardziej, że szef już w kolejnym roku naszej działalności chciał stworzyć letni festiwal w stylu włoskim – na otwartej przestrzeni. Szukali wspólnie z Julitą odpowiedniego miejsca we Wrocławiu i tak został odkryty dla muzyki wrocławski Arsenał.

Link do filmu - fragment reportażu "Wieczory Narodów" z 2001 roku. Wypowiedź Jana Staniendy

 

 

To jest niezwykłe miejsce – dziedziniec otoczony starymi murami. Cisza, mimo pobliskiej arterii okalającej Stare Miasto i urok ćwierkających pod wieczór ptaków. Zanim jednak stworzyliście sobie warunki do koncertowania, to początki chyba były trudne?

- Oj, i to jak! Powiedziałabym, że chwilami nawet siermiężne. Nie mieliśmy namiotu, który by nas chronił przed deszczem. Kiedy padało, to wszyscy, łącznie z publicznością, biegliśmy do kościoła św. Elżbiety, gdzie mieliśmy takie rezerwowe miejsce w razie niepogody. Tam przenosiliśmy duże koncerty, a te mniejsze do sal wystawowych w Arsenale, sami ustawiając krzesła dla publiczności. To były naprawdę harcersko-pionierskie sytuacje.

 

Wiatr też potrafił dokonać niezłych spustoszeń w nutach.

- Mieliśmy klamerki do suszenia bielizny czy klamerki do włosów, a nawet szybki przykrywające nuty. Zawsze jednak był kłopot z przewracaniem kartek. Poza tym bywało, że wiatr przewracał także lekkie pulpity. To były jeszcze chłodne początki lata i bywało, że graliśmy przy 15 stopniach Celsjusza w ciepłej, mało koncertowej odzieży. Poza tym gdy padało, a mieliśmy już nasz namiot chroniący muzyków, to bębniący deszcz czasem zagłuszał muzykę. Bywało, że powtarzaliśmy utwór dla naszej publiczności, która nie usłyszała, co gramy. Takie to zdarzały się historie.

Cały czas jednak polepszaliśmy warunki pracy. Najpierw graliśmy siedząc na bruku, bez żadnego podestu. Potem był podest i zadaszenie, a w razie ulewy były otwierane tylne drzwi, by wejść od zaplecza sal wystawowych do naszej garderoby. Wreszcie, pojawiły się duże namioty dla publiczności i można było już bez przeszkód koncertować. W tych dawnych, często trudnych organizacyjnie sytuacjach pamiętam wszechobecną życzliwość Dyrekcji i pracowników Arsenału, którzy ułatwiali nam pracę.

 

W takim anturażu muzykę inaczej się przeżywa. Jest w tym też przyjemność z obcowania z magicznym miejscem, jak mówi wielu słuchaczy.

- My też odbieramy magię, wszechobecną historię tego miejsca, piękną zieleń i przedwieczorne ptaszki, które często wchodzą w dialog z muzykami, co jest bardzo przyjemne i jak sądzę inspirujące również dla słuchaczy.

Link do filmu - Fragment reportażu "Wieczory Narodów" (wypowiedź Tomasza Kwiecińskiego)

 

Orkiestra Kameralna Wratislavia 2005. Fot. Jacek Marcinów

 

Festiwal Wieczory w Arsenale stał się państwa wizytówką. Jak przedstawiała się inna działalność koncertowa?

- W minionych latach Orkiestra Kameralna Wratislavia z Janem Staniendą była organizatorem Festiwalu Seilerowskiego, którego koncerty odbywały się we wrocławskim Ratuszu, jak i cyklicznych koncertów pod nazwą „Wieczory w Ratuszu”. Braliśmy udział w różnych festiwalach w Polsce i za granicą, a w tym m.in. były: Europejski Festiwal Muzyki Kameralnej w Otwocku, Festiwal Gitara+ we Wrocławiu, Warszawskie Spotkania Muzyczne na Zamku Królewskim w Warszawie, Festiwal Pieśni Europejskiej tamże, Festiwal Chopinowski w Dusznikach Zdroju, Dni Muzyki i Teatru w Poznaniu, kilkukrotnie Muzyczny Festiwal w Łańcucie, Festiwal Wratislavia Cantans, WRO 2000, Musica Polonica Nova, Festiwal Pogranicza w Sejnach (z Arvo Pärtem). Za granicą miliśmy okazję brać udział w Festival Internacional Cervantino (FIC) w Meksyku, jak i Festival Cultural de Fundación. Naprawdę było tego bardzo dużo. Zainteresowanych mogę odesłać do naszej noty biograficznej zamieszczonej na stronie internetowej orkiestry i Wieczorów w Arsenale. Wszystkie te występy i wyjazdy były dla nas bardzo cenne.

Stanowiliśmy też trzon grupy smyczkowej w różnych projektach, mieliśmy wiele koncertów za granicą, biorąc udział przez kilka lat w tournée koncertowych po Japonii i znaczących salach koncertowych całej Europy z Yehudi Menuhinem, czy z Jamesem Galway’em, na festiwalach w Anglii i Irlandii. Koncertowaliśmy z Krystianem Zimermanem w Hiszpanii, Szwajcarii i we Włoszech. W pomniejszonym składzie braliśmy również udział w koncercie zorganizowanym z okazji przyłączenia Polski do NATO w Atlancie podczas igrzysk olimpijskich.

 

Orkiestra Kameralna Wratislavia w roku 1996. Fot. Alfred Labak

 

 

Wymieniając Japonię, proszę jeszcze przypomnieć inne wyprawy koncertowe w Azji.

- Na przykład byliśmy na Syberii, w Chinach, Korei Południowej. Poza tym mieliśmy okazję współpracować z wieloma wspaniałymi muzykami – solistami. Był wśród nich Jeffrey Swann, Pascal Rogé, Marek Drewnowski, Waldemar Malicki, Ewa Pobłocka, Paweł Kowalski, Katarzyna Jankowska-Borzykowska, Hinrich Alpers, Daniel Stabrawa, Krzysztof Śmietana, Magda Rezler, Wiesław Kwaśny, Bartosz Bryła, Bartosz Nizioł, ojciec i syn Jakowiczowie, Piotr Reichert, Katarzyna Budnik, Wenn-Sin Yang, Piotr Paleczny, Jadwiga Kotnowska, Agata Igras, Kama Grott, Urszula Kryger – jednym słowem młodsi i starsi, z Polski i z zagranicy. Nie sposób wymienić wszystkich, ale to była prawdziwa śmietanka artystyczna.

 

À propos solistów, przypominają się tu wasze koncerty, których solistami byli członkowie orkiestry Wratislavia, nie tylko Jan Stanienda, co w moim odczuciu było bardzo korzystne dla rozwoju artystycznego zespołu.

- Oczywiście, że tak. Sama miałam wielką przyjemność prowadzić nie tylko grupę wiolonczel, ale również nierzadko prezentować się jako solistka. Ze składu orkiestry tworzyliśmy rokrocznie różne mniejsze konfiguracje kameralne, jak tria, kwartety i kwintety, które miały swoje odrębne koncerty podczas Wieczorów w Arsenale.

Wydaje mi się, że Janowi Staniendzie zależało na tym, żeby aktywizować muzyków. Zachęcał wszystkich do występów solowych, nie tylko osoby grające w pierwszych pulpitach. Każdy muzyk miał szansę zagrać solowy koncert z orkiestrą i decydować, jaki utwór zaprezentuje. Więc wszyscy mogli występować, a szefowi, jak sądzę, zależało, żeby każdy z członków zespołu miał też osobistą satysfakcję artystyczną z obecności w  orkiestrze.

 

W jaki sposób Jan Stanienda projektował, kształtował wasz repertuar? Na czym mu najbardziej zależało?

- Myślę, że jego interesowała różnorodność, szersze spojrzenie na kameralistykę i prezentowanie publiczności bogactwa i wielowarstwowości literatury kameralnej. Graliśmy bardzo dużo Mozarta, którego Stanienda uwielbiał i świetnie się w nim czuł, czasem symfonie klasyczne w poszerzonym składzie, serenady romantyczne. Mieliśmy w repertuarze utwory barokowe, które tak wspaniale interpretował! Jak Włosi, w niemal rock'n'rollowym stylu. Szef prezentował fantastyczną błyskotliwość muzycznej wypowiedzi, co publiczność bardzo doceniała, prosząc o bisy.

Orkiestra Kameralna Wratislavia. Fot. Bogusław Beszłej

 

 

Stawaliście się również rozpoznawalni poprzez nagrania. Na jakie płyty chciałaby pani zwrócić uwagę?

- Jest ich naprawdę dużo. Niedługo po powstaniu orkiestry zespół nagrał serenady P. Czajkowskiego, E. Elgara i A. Dworzaka. Nagraliśmy CD z muzyką polską – m.in. z utworami Janiewicza i Radziwiłła, która była nominowana do nagrody Fryderyka. Z Katarzyną Dudą, znakomitą polską skrzypaczką powstała kolejna płyta z nominacją do Fryderyka w 2000 roku. Z Dominiką Falger, polską skrzypaczką zamieszkałą w Wiedniu na kilku krążkach utrwaliliśmy wszystkie utwory skrzypcowe W.A. Mozarta. Płyta CD z koncertami wiolonczelowymi J. Haydna w wykonaniu świetnego wiolonczelisty Marcina Zdunika uzyskała nagrodę Fryderyka. Rejestrowaliśmy też różnorodny repertuar obejmujący muzykę nową i prawykonania. Ostatnie nagrania to 5 płyt audiovideo z muzyką polską (plus wersja internetowa) dla Instytutu Adama Mickiewicza i Korei Południowej. To tylko kilka przykładów z naszego dorobku płytowego.

 

Doprawdy, imponujące! A w jakim systemie pracowaliście z Janem Staniendą? Projektowym, czy podczas regularnych prób?

- Raczej projektowo. To się najlepiej sprawdzało. Przez 30 lat mieliśmy naprawdę bardzo wiele koncertów, więc trzeba było się przygotowywać do kolejnych, zróżnicowanych wyzwań. To wszystko miało znaczący wpływ na nasz powiększający się repertuar.

 

Fot. Jacek Marcinów

 

Uczestnicząc w wielu Wieczorach w Arsenale ten właśnie aspekt był dla mnie wielką radością. Jak nie Vivaldi, to Strawiński. Stanienda nie ustawał w poszukiwaniach i nie tworzył programu pod publiczkę.

- Taki właśnie był – pełen śmiałych pomysłów. Wiele razy dyskutowaliśmy na temat koncertów i programów. Orkiestra grała w różnych konfiguracjach kameralnych, co mocno poszerzało repertuar. Zresztą szef miał właśnie takie szerokie myślowe horyzonty o sztuce. Stworzył wiele kursów muzycznych dla zdolnej młodzieży, gdzie mieli szansę nie tylko uczyć się, ale i koncertować . Miał mnóstwo pomysłów i inicjatyw.

 

Czuję taką nutkę smutku w pani głosie. Przyszedł moment, w którym nieoczekiwanie odszedł w 2021 roku, czego się chyba nikt nie spodziewał, prawda?

- Niewątpliwie to było niespodziewane, chociaż szef miał już wcześniej kłopoty ze zdrowiem, mimo to jego życie artystycznie było nieprawdopodobnie bogate i wszechstronne. Chyba właściwie nie odpoczywał. Zostaliśmy nagle sami. W tym czasie nieocenioną rolę spełnił nasz Tomek Kwieciński – dyrektor organizacyjny zespołu, który potrafił dźwignąć ciężar odpowiedzialności za orkiestrę w tak trudnym momencie. Orkiestra nie wyszła jeszcze z żałoby po odejściu Staniendy, a on już organizował kolejny i kolejny festiwal Wieczory w Arsenale. Bardzo dużo mu zawdzięczamy. Te koncerty prowadzili zapraszani artyści, co też było bardzo trudne dla nas, z tego względu, że przygotowania wszystkich projektów odbywały się tuż przed festiwalem, a nowych programów było naprawdę dużo. Poza tym kumulowały się koncerty, więc w bardzo krótkim czasie trzeba było opanować różne nowe wyzwania.

 

Świetnie daliście sobie państwo radę. Macie doświadczenie z różnymi prowadzącymi, z których na szefową orkiestry została ostatecznie wyłoniona Roksana Kwaśnikowska, wychowanka Jana Staniendy.

- Prowadził ją od najmłodszych lat, od szkoły. Była wspaniałą uczennicą, potem studentką i asystentką Szefa w warszawskiej uczelni. Wielki talent. Słychać w jej grze, że jest to „dziecko” Staniendy. Chodzi mi o sposób gry i temperament oczywiście. Jest uroczą młodą osobą, pracownikiem naukowym UMFC, o dużym już doświadczeniu zawodowym.

 

Ale przed nią był jeszcze epizod z Danielem Stabrawą, jako prowadzącym orkiestrę, prawda?

- No tak. Byliśmy nim zachwyceni, bo jest wspaniałym artystą, ale jednak różne sprawy pozamuzyczne, jak sądzę, osobiste kwestie zadecydowały, że mimo chęci nie mógł się zaangażować na stałe w pracę z naszym zespołem.

 

Patrząc z perspektywy 30 lat na orkiestrę Wratislavia, jak pani odbiera dzisiejszą dojrzałość artystyczną?

- Orkiestra przez te lata na pewno „wydoroślała”, ale też jednocześnie się odmłodziła. Przybyli nam świetni młodzi muzycy, których obecność napawa mnie optymizmem. Sądzę, że to właśnie dzięki nim tworzą się nowe perspektywy przed orkiestrą. Na tym, co myśmy wypracowali, można z nimi śmiało budować dalszą przyszłość zespołu.

 

 

Orkiestra Kameralna Wratislavia Jan Stanienda Lidia Grzanka-Urbaniak Tomasz Kwieciński Julita Fryza Wieczory w Arsenale muzyka kameralna Izabella Starzec Wrocław

Zobacz również

Nie tylko Chopin
O mecenacie artystycznym
Odważnie przekraczać granice i wyznaczać trendy

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...