Stado. Dziennik.

Obrazek posta

21.04.2026 (wtorek)

 

Dosyć późno zrozumiałem, że "nie przynależę". Jeszcze później pozbyłem się związanego z tym poczucia winy, które było źródłem dotkliwego dyskomfortu odczuwanego pośród ludzi, których nie miałem ochoty pytać: "Co u ciebie?" W swojej powieści "Zaufanie" Hernan Diaz ustami Mildred Below powiada:" (...) sztuczność stała się najwyższym standardem." Być może właśnie dlatego - żeby temu sprostać - pytałem i uczestniczyłem w spektaklu wizyt, rewizyt i odwiedzin. Konwenans ma swoją urokliwą moc. Niezależnie czy jest to spotkanie rodzinne, czy okoliczność towarzyska wolna od genetycznych uwikłań. Paradoksalnie od wielu miesięcy żyję ze świadomością intensywnej, głęboko przeżywanej przynależności do stada, które jednak definiuję wąsko, a wszystko co pochodzi spoza stada, owej przynależności nie dotyczy w stopniu na tyle istotnym, żeby zaprzątać tym głowę. Tyle, że owa przynależność to również źródło powinności, która dzisiaj jakże często wypierana jest przez kulturę terapeutyczną starającą się uzmysławiać nam istotność “ja”, wobec nieistotności “całej reszty”. “Ja” i jego potrzeba, jego komfort, tożsamość, często po prostu - wygoda, zastąpiły refleksję na temat obowiązków moralnych, możliwej winy, dobra lub zła oraz nie bójmy się tego słowa - jakichkolwiek przejawów “poświęcenia” czy “ofiarnictwa”.
 

A zatem, żyłem w przekonaniu, że wystarczy wybaczyć sobie mizantropię i urządzić wygodnie przestrzeń wokół siebie. Żyłem w głębokiej nieufności do spędów i zlotów, posiłków w towarzystwie “przyjaciół”, ich odwiedzin, do koniecznego udziału w rodzinnych uroczystościach lub nie daj Boże - służbowych kolacjach. Świadomie rezygnowałem z udziału w “gronie ulubieńców” traktując to jako gigantyczną stratę czasu. O ile udział w służbowych kolacjach wciąż uważam za koszmar, który posiada potencjał nocnych wybudzeń z krzykiem, o tyle mniej radykalna postawa charakteryzuje mnie w kontaktach z ludźmi. Oczywiście wciąż cenię sobie osobność i ciszę. Wciąż cieszę się na myśl o nieruchomej, otaczającej mnie przestrzeni, w której kurz gromadzi się na stosach otaczających mnie książek. Taki uprawiam wampiryzm, nocne czuwania, taką wybrałem dla siebie kryptę i kąsam, kiedy ktoś próbuje odebrać mi spokój. Tyle że o wiele trudniej niż kiedyś uwierzyć mi w pojedynczość, wsobność oraz spatologizowaną przez współczesną kulturę wiarę w istotność “ja”, które często widziane jest jako ostateczny lub po prostu jedyny punkt odniesienia. Co nie oznacza oczywiście, że sami dla siebie nie powinniśmy stanowić wartości, sami sobie nie powinniśmy czynić dobrze, sami siebie nie powinniśmy mieć w bliskości, z samym sobą nie powinienem być w zgodzie. Rzecz w tym, żeby dla siebie samego nie być jedyną miarą. Miarą - jedynie słuszną. Być może należy kierować się tym, co pisze Igino Ugo Trachetti wskazując, że “(...) antypatia nie jest niczym innym jak świadomością fatalnego wpływu, który może na nas wywrzeć konkretna osoba (...)”. Może wyłącznie ta świadomość powinna stanowić punkt odniesienia dla wyborów, które są odpowiedzialne za to w jakim otoczeniu funkcjonujemy.

Więc mieliśmy w niedzielę gości. Intensywność odwiedzin, które w ostatnim czasie składamy oraz tych, które są nam składane jest wprost wyczerpująca. Nie dlatego, że ludzie, których spotykam należą do kategorii zamkniętej w cytacie z Trachetti’ego. B. i K. to wybór niemal doskonały. Pogodni, bezpieczni z uwagi na niemal trzy dekady łączącej nas znajomości, interesujący jako duet o szczególnej dynamice jeśli uznamy, że matriarchat jest w swojej istocie czymś lepszym od patriarchatu. Tak czy inaczej model “rodzinności” uprawiany przez Wi mija się z wielką prędkością z modelem, który sam chciałbym wdrażać. Różnica sprowadza się do tego, że dla mnie stado, to dwie dorosłe osoby z ich dwójką dzieci, dla Wi - stadem jest każde zgromadzenie zebrane w duchu pożądanej przez nią wspólnoty stołu, egzotycznej podróży lub kawiarnianego spotkania. Dla mnie to rodzaj udręki. Zakłócenia ciszy, która jest mi “do zbawienia koniecznie potrzebna”. Dla Wi. to zawsze wartość sama w sobie, której nie potrafi się oprzeć w imię redukcji pojęcia stada do naszej czwórki. Dzisiaj być może nie stanowi to jeszcze problemu o charakterze zasadniczym. Wkrótce może okazać się realną przeszkodą w naszych planach. 

Zobacz również

Stado. Dziennik.
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...