"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

23.04.2026 (czwartek)


 

Polska “majówka” za progiem, tymczasem nasza córka wciąż bez objawów aktywnego wirusa ospy. Oznacza to, że nie możemy być pewni czy poleci ze swoją mamą i bratem do Grecji. Tymczasem, rezolutna dziesięciolatka dokonuje codziennych oględzin ciała w poszukiwaniu pierwszych symptomów infekcji, a każda kolejna doba zmniejsza jej szanse na udział w planowanej od miesięcy eskapadzie. Przyglądam się temu ze smutkiem, bo przecież chciałbym dla niej jak najlepiej, z drugiej strony to jest jednak doświadczenie niezwykle istotne - wiedzieć, że można coś stracić. Nie uczestniczyć, kiedy pozostali cieszą się swoim uczestnictwem. Moje pokolenie, urodzone w latach siedemdziesiątych podobne frustracje przeżywało pozbawione szczególnego zainteresowania ojców i matek. Miało to dobre strony w postaci naturalnie nabywanej odporności. Byliśmy dziećmi, z którymi nikt się nie liczył w imię kanonicznej zasady głoszącej niepodważalną prawdę o dzieciach i rybach, które nia posiadają głosu. I rzeczywiście byliśmy go pozbawieni. Co nie oznacza, że dotyczyła nas większa przemoc niż ta, która dotyka młodych obecnie. Żyliśmy w rzeczywistości, która nie znała jednej z najgroźniejszych chorób nowotworowych współczesności - mediów społecznościowych lub po prostu - Sieci. Internet określany tym mianem doskonale obsługuje ironię własnego imienia. Sieć, w którą wpadło całe pokolenie narażone jest teraz na zagrożenia, o których wtedy nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Nasza udręka kończyła się poza murami szkoły lub przestrzenią podwórek. Poza tym byliśmy wolni (czy byliśmy bezpieczni?).  Dziś przemoc w jej cyfrowej odsłonie sięga o wiele dalej. Sejfityzm, o którym między innymi pisze Jonathann Haidt w “Niespokojnym pokoleniu” jest wyrazem nadmiernej, przesterowanej opieki rodzicielskiej, która stara się wyeliminować z realnej przestrzeni jak największą ilość rzeczywistych i wyimaginowanych zagrożeń czego wcieleniem będzie krążący, czuwający i kontrolujący dziecko dorosły, który jednocześnie pozostaje zupełnie bezsilny wobec tego, co może je spotkać i niejednokrotnie spotyka w rzeczywistości, do której portalem jest ekran smartfona, tableta lub laptopa. Pod ich delikatną powierzchnią znajduje się rzeczywiste źródło choroby, przy której ospa wietrzna jest wyłącznie lekko swędzącą wysypką, której nie możemy się doczekać. 

Żeby rozładować nagromadzone napięcie, nawarstwiający się niepokój oraz wszystko to, co przychodzi porzuconej dwa lata temu farmakologii - wróciłem do regularnych spacerów.  Wczorajsza wizyta kontrolna u ortopedy szczęśliwie wykazała, że nie miało to negatywnego wpływu na proces zrastania się kości moich stóp, a to z kolei utwierdza mnie w przekonaniu o słuszności wyboru ścieżki aplikowanej samemu sobie “terapii”. Niestety wiosny wciąż jak na receptę - zimno i niewiele słońca. Na dodatek smutny widok kilku przemarzniętych krzewów magnolii i wciąż rachityczna zieleń, która w tym roku nie chce się obudzić, wysycić. 

W niedzielę wspólnie z Wi krótka wizyta na wystawie fotografii. Pod jednym ze zdjęć kryptocytat z mojego dziennika pisanego w roku 2023. Niesmak. Poza tym przytłaczająca ilość odwiedzających. Nudne i przewidywalne wystąpienia miejscowych animatorów kultury. Kilka znajomych twarzy. Wymiana uścisków dłoni z Ł.S., z którym kiedyś łączyła mnie zażyła znajomość. Utalentowany pisarz z awersją do mediów społecznościowych (Ł.S.), współcześnie, musi ustąpić miejsca wszystkim nieutalentowanym z predylekcją do właściwych tym mediom obnażeń oraz uciążliwej w nich obecności. Ł.S. owego miejsca ustępuje. Wielka szkoda. Jego ostatnia powieść wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy to jedna z lepszych narracji, które przeczytałem w tym roku. Więc, obaj wykrzywiamy twarze w uśmiechu - umiarkowanie szczerym. Czy życzliwym? Nie ma bladego pojęcia. Fotografie natomiast doskonałe. Kilka lat temu na prośbę ich autora pisałem tekst polecający jeden z jego albumów. Pisałem wtedy o wszystkim wychodząc z założenie, że wszystko jest tekstem. Dzisiaj wydaje mi się to błędnym rozpoznaniem. Tekst wprawdzie stwarza rzeczywistość lecz także ją zakrzywia. Podobnie jak ludzie oko, które odwraca widziany przez siebie obraz, tekst redukuje realne do wymiaru pojęć, co w gruncie rzeczy nie jest niczym innym jak powstawaniem granic pomiędzy mną, a tym, co mnie otacza. Można sięgnąć w tym miejscu po Wittgensteina, ale równie dobrze sprawdzi się Kingsnorth, który w “Okrutnych bogach” pisze: "Słowom brakuje witalności, ani nie tańczą, ani się nie chwieją, nigdy w nich nie mieszka. To wbite w ziemię tyczki pomiarowe, akrylowe falsyfikaty, które giną, skonfrontowane z rzeczywistością. Jedyne, co robią ludzie, to mówią (...) myląc dźwięki ze znaczeniem albo działaniem." Jest w akcie tworzenia tekstu próżność, jest w nim pycha. Każde postawione w tym dzienniku słowo dowodzi mojego przekonania o istotności spostrzeżeń, które notuje przecież tutaj “na wieczną pamiątkę”, podczas gdy większość treści (jeżeli nie całość) mogłaby przecież nie powstać. Dlaczego więc powstaje? Skąd potrzeba, z którą mierzą się w równym stopniu - utalentowany autor i każdy grafoman, którego nosi ziemia. “Jedynym powodem, dla którego piszesz” - zauważa Kingsnorth - “...jest to, że nie możesz nie pisać; ponieważ coś cię przeszywa i jest w tobie jakiś żar. Piszemy, ja piszę, z powodu kruchości życia oraz potrzeby blasku”.

Więc jednak - lęk przed nicością, przed pustką, próżnią, ciszą i milczeniem po nas.

W kulturze zachodniej trwamy przecież w naszych “tożsamościach”, którym nadajemy imiona, nazwiska, dopisujemy biografie albo przynajmniej budujemy sobie w miarę przyzwoite porftolio (CV). I jeszcze blichtr oraz zupełnie niewspółczesne, archaiczne przekonanie o tym, że człowiek piszący, pisarz, poeta, publicysta, diarysta, felietonista, eseista - innymi słowy, autor, to jest ktoś komu przypada w udziale jakieś uwznioślenie. Rodzaj godności, którą kiedyś nosili na sobie kapłani, co oczywiście jest jawną kpiną ze stanu rzeczy, którego kondycja wygląda zupełnie inaczej zarówno pośród piszących - wiecznie ubiegających się o stypendia, stale bezrobotnych “unikaczy” etatów, jak i pośród tych, którzy starają się pisać mimo tego, że na tych etatach siedzą, bo przecież z czegoś trzeba żyć, wykarmić dzieci i opłacić coraz wyższe rachunki za wszystko. W odbiorze społecznym - pisarz - to jest przecież w większość przypadków “darmozjad” i “lekkoduch”, który nie zna smaku “prawdziwej roboty”, tak że trudno zrozumieć skąd ta ogólna skłonność do zapisywania, wobec bankructwa profesji jak i słów jako takich, o czym wspomina Kingsnorth, zanim podsunie nam kolejny trop, którym możemy podążać dodatkowo komplikując sprawę:  "Zwycięstwo nad czasem – oto powód, dla którego wszyscy piszemy. Pisanie to pogoń za nieśmiertelnością. Dopóki moja książka leży gdzieś na półce w British Library, dopóty ja nie umrę, nawet jeśli przez setki lat nigdy jej stamtąd nie zdejmie. Tak, wiem, to straszne. Aroganckie, egocentryczne i przeciwstawne mądrości. Ale to prawda." - zauważa. Prowadzę zatem dziennik z nonszalancją kogoś, kto wie, że nie zostanie przeczytany oraz ignorancją kogoś, kto nie zauważą jak niewiele (być może) ma do powiedzenia. Smutny wniosek, który jednak nie chce przestać się narzucać. 


 

Zobacz również

Stado. Dziennik.
Stado.Dziennik.
Stado. Dziennik.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...