"Stado. Dziennik"
27.04.2026 (poniedziałek)
Więc jednak ospa. Córka obrasta w krostki, a wyjazd do Grecji z dnia na dzień staje pod znakiem zapytania. Ostatecznie byłby przecież możliwy, gdyby jakimś cudem dziesięcioletnia rekonwalescentka zaakceptowała dobrowolne odcięcie się od kąpieli w hotelowych basenach, co naturalnie wiąże się z wyrzuceniem na śmietnik jedynego w jej rozumieniu sensu majowego wypadu. Czas pokaże z czym mierzyć będziemy się za tydzień tymczasem smarujemy, nacieramy, kąpiemy w nadmanganianie potasu, a przede wszystkim gremialnie okazujemy współczucie wszelkim dolegliwościom, które nasza córka znosi cierpliwie i z godnością.
W moim ciele natomiast zapanował chwilowy spokój i porządek. Ciało wygasło w niepokojach, stany zapalne uległy mocom kuracji farmakologicznych, diagnostyka obrazowa wykluczyła niepokojące sygnały, a połamane palce, które stanowiły rodzaj zwieńczenia serii “nieszczęść” zdają się goić pomyślnie, w czym z całą pewnością nie pomagają im przecież wznowione cykle spacerów. To co zostaje z doświadczenia ciała, to pamięć o jego istnieniu, która odtąd pozostanie o wiele bardziej żywa niż wcześniej.
Poza tym, coraz bardziej radykalne lektury. Na przykład rozmowa pomiędzy teologiem, księdzem Grzegorzem Strzelczykiem i Anetą Kubarską, dziennikarką i podcasterką jest tego najlepszym dowodem. “Kościół, świat, reforma. Rozmowy o wierze i sumieniu” wydane przez WAM, czytam jako niegdysiejszy katolik, który odszedł od własnej konwersji, więc czytam - “na pokuszenie” przyglądając się z uwagą temu, Ile we mnie zostało aktywnych pokładów zaufania, które tak często potrafi uruchomić w nas żywą wiarę? Czy rzeczywiście gotów jestem zmierzyć się z samym sobą we własnych słabościach, które tej wiary łakną jak morfiny lub opium? Współcześnie o wiele bardziej adekwatną metaforą zdaje się być fentanyl. Więc, kiedy Strzelczyk pisze, o chrześcijańskiej definicji wiary czyniąc rozróżnienie pomiędzy fides qua i fides quae - czyli wiarą, którą wierzymy i wiarą, w którą wierzymy - innymi słowy - pomiędzy tym, co jest jej treścią, którą przyjmujemy jako prawdziwą, a tym jak i komu ufamy. Kiedy Strzelczyk czyni rozróżnienie pomiędzy wiarą, która jest uznaniem pewnych twierdzeń przyjmowanych za prawdziwe mimo braku empirycznych dowodów, a wiarą będącą wejściem w osobową relację zaufania uznając, że chrześcijańska rzeczywistość łączy te dwa aspekty koncentrując się przede wszystkim na Bogu, który podnosi ze śmierci duchowej, czyli grzechu, i ze śmierci fizycznej, w nadziei zmartwychwstania - wiem, że mnie w tym nie ma. Natomiast, kiedy czytam nieco dalej, że "(...) nie ma sensu spędzać życia na nieustannym szukaniu. Trzeba coś wziąć jako kompas i zacząć iść ku Bogu." - nie jestem już owej nieobecności tak pewien jak przed chwilą.
Takie błądzenie ma swój urok, ale jest w nim również coś z prokrastynacji, a przecież wybór, który może być końcem jakiejś drogi jest ofertą kolejnej podróży. Można jedynie zastanowić się w tym miejscu, czy rzeczywiście lubię wracać tam, gdzie już byłem i czy to będzie dokładnie to samo miejsce, skoro mogę zjawić się w nim z zupełnie nowym, o wiele bardziej rozległym doświadczeniem. Prawda jak powiada Strzelczyk “nie potrzebuje przymusu, tylko czasu”, co w pewnym sensie usprawiedliwia wszelkie wahanie, a nawet je uzasadnia. Tyle że dzisiaj decyzje podejmuje się błyskawicznie w oparciu o marketing multiplikowanych bodźców. Począwszy od zakupu kolejnych przedmiotów, skończywszy na wyborze partnera lub partnerki działamy pod presją czasu celebrując siebie. Kategoria prawdy w tym kontekście wydaje się archaiczną wiarą w istnienie “reguły generalnej”, o która można oprzeć swoje wybory, a w konsekwencji - działanie. Reguły, której można zaufać. Czy jesteśmy zdolni ufać temu, co pozostaje w ukryciu? Bo przecież tym w swojej istocie jest prawda, którą przeczuwamy, skoro Objawienie jak pisze René Girard nie zostało odpowiednio zrozumiane stając się projektem, który zawiódł.
Takie myślenie bliskie jest temu, co Jon Fosse mówi w “Misterium wiary” posługując się nie tak bardzo odległym od wiary pojęciem “świętości”, która “może zostać ukazana jedynie poprzez ukrycie. Powiew świętości można jedynie poczuć, a nie wypowiedzieć.” Jednocześnie Fosse zwraca uwagę na to, że sprawy wielkiej wagi, do których należą ogromne przestrzenie związane z rozważaniem o Bogu i zagadnieniu wiary pozostają poza sferą języka, są wprost wyrazem ludzkiej tęsknoty za tym, co owego języka nie posiada, “tym co nie ma granic, co jest czystym bytem, czystą nicością “. Zresztą kategoria “nicości” w Fossego wybrzmiewa cokolwiek heretycko w świetle jego intensywnego nawrócenia na katolicyzm skoro jak twierdzi Fosse, Bóg nie jest “Bytem”, nie sposób zatem czegokolwiek o Bogu powiedzieć. Natomiast można powiedzieć coś o wszystkim, co znajduje się w obrębie świata. (...) Bóg istnieje w zupełnie inny sposób niż wszystko inne, co istnieje" - powiada Fosse. Wiąże się to jego zdaniem z tym, co mówi Wittgenstein" "że sens świata - to, co czyni świat logicznym, nie-przypadkowym - musi leżeć poza światem".
A obok tego mierzy się człowiek z ospą dziesięcioletniej córki i własnym niedomaganiem, które nasila się wraz z wiekiem. Zabawna nieprzystawalność problemów. Paradoks polega na tym, że ospa i złamane palce obu stóp wydają się problemami większej wagi. Z całą pewnością powodują o wiele więcej dolegliwość odczuwalny w codziennym życiu niż określenie swojej pozycji wobec istniejącego lub nie - Absolutu. Śmieszność wszelkich wzniosłości - przejmujący wniosek na gruncie relacji współczesnego człowieka ze światem, który szuka sobie transcendencji szytych na własną miarę. A przecież dzisiaj to jest najczęściej źle skrojony garnitur.
Trwa ładowanie...