"Stado. Dziennik"
09.04.2026 (czwartek)
“NIe stwierdzono obecności zmian patologicznych w obszarach badanych”.
Przekleństwo błyskawicznej diagnostyki. Dwie strony medalu. Ta pierwsza jest dostępem do wiedzy o kondycji ciała. Ta druga to wynikające z tego konsekwencje oraz konieczność dalszego działania, a także wciąż możliwych zaniechań, bo przecież leczenie jest wyborem pacjenta, który może rzucić ciało na pastwę wszelkich schorzeń. Obudzony sms-em staram się odkodować opis kolejnych badań, którym poddałem ciało. Zaskakuje mnie stale obecny we mnie brak zgody na komplikacje. Jakbym odwracał się od wiedzy, którą posiadam: życie jest równią pochyłą, o czym Justa dowiaduje się od swojego dentysty - filozofa, a czego ja doświadczam w ostatnich miesiącach mierząc się z dolegliwościami, których jak mawiała moja babka “wcześniej nie miałem”.
Ciało - obszar nieustannie trwającego konfliktu, który znajduje swój finał zawsze w tym samym punkcie - jest nim śmierć. Czym jest pragnienie nieustannej kontroli nad ciałem, o którym pisze Ehrenreich, jeśli nie rozpaczliwą i żałosną próbą zmiany scenariusza. Ile uwagi należy temu poświęcić? Ile zaangażowania wymaga od nas trwanie w przeświadczeniu o własnym dobrostanie oraz nieustanne potwierdzanie jego obecności, wykłócanie się z losem o kolejne spłachetki spokoju, które ten wydziera nam zsyłając na nas objawy, symptomy, oznaki, a przede wszystkim oferuje nam ból - ostateczny sygnał alarmowy. Jakże często traktujemy to jako działanie wrogie, a przecież ból przywołuje nas do porządku, ból koncentruje naszą rozproszoną uwagę. Ból jest przejawem troski ciała o ciało. Przypomina nam jak bardzo iluzoryczne i nietrwałe są chwile wolne od zmartwień. Poczuć ciało - oznacza, “żyć bardziej”. Poczuć ból to przyjąć prawdę tego ciała. A przecież chcemy je postrzegać wyłącznie jako źródło zmysłowych przyjemności. Tymczasem rewers przynosi doświadczenie wręcz odwrotne, o wiele bardziej prawdopodobne, dostępne i możliwe - ból oraz to jak bardzo pragniemy go uniknąć, a przecież większość z nas wcześniej czy później go doświadczy. Cóż z tego, że nie ma w nas zgody na biologiczną zużywalność naszych organizmów skoro i tak zęby psują się mimo tego, że są leczone, organy przestają działać pomimo profilaktycznej diagnostyki, a skóra starzeje się wbrew zabiegom medycznym mającym ten proces powstrzymać.
Tak czy owak dzisiejszy poranek przynosi powód do chwilowo możliwej radości, więc postanawiam skorzystać z oferty i wrócić do lektury Rene Girarda, z którym mierzę się od kilku dni mocno rozczarowany jego “Apokalipsą tu i teraz”. "Dziś naprawdę stoimy przed samą nicością; na poziomie politycznym, literackim - na wszystkich poziomach." - pisze Girard, już na wstępie proponując zdecydowane "nie" dla koncepcji religii jako wytworu życia społecznego. Zdaniem Girarda to właśnie struktury społeczne oraz instytucje mają swoje źródło w religii. U źródeł życia społecznego nie leży kompromis lecz przemoc. Człowiek - jedyne stworzenie żyjące, które linczuje bliźniego. I jeszcze mechanizm założycielski - zrzucenie całej winy za nieład panujący w społeczeństwie na jednego przedstawiciela gatunku. "Mimesis" - "naśladowanie" - faktycznie dominujące w nas pragnienie zawładnięcia tym czym jest Drugi, lub tym, co Drugi posiada. Naśladowanie do głębi przesiąknięte pożądaniem. To czym jest pożądanie według Girarda doskonale ilustruje mechanizm licytacji: moje pożądanie przedmiotu wzrasta, w miarę tego jak mój konkurent podbija cenę. W konsekwencji - ludzie uwikłani w walkę zapominają o przedmiocie pożądania dostrzegając już tylko - samą walkę. Tym mechanizmom wyzwanie rzuca Jezus i Ewangelia. Męka Chrystusa w tej optyce przestaje być ofiarą. Jezus demaskuje mechanizm mimentyczny i mechanizm sakralizacji ofiary, który dotąd przywracał zburzony wcześniej porządek. Ewangelia demaskuje natomiast ukrytą przemoc, która od zarania rządziła dziejami człowieka. Wbrew pozorom to nie jest traktat teologiczny. Dialog pomiędzy Girardém, a Benoit Chantre to jak zauważa Tomasz Stawiszyński: "jedna z najgłębszych diagnoz ludzkiej kultury, jakie postawiono." Historia, która przyspiesza. Ostateczna katastrofa coraz mocniej obecna w naszej codzienności. Nie bez przyczyny kręgosłup tej książki stanowi dzieło Clausewitza "O wojnie". Nigdy nie ukończone przez zmarłego w drugiej dekadzie dziewiętnastego stulecia, pruskiego arystokratę. Próbę jego domknięcia podejmuje Girard eksponując apokaliptyczną opowieść, która wydarza się teraz. Z całą pewnością o wiele więcej przyjemności z lektury Girarda miałby Radek z jego skłonnością do namysłu nad figurą heroiczności i historycznym zacięciem. Mnie Girard mniej jest potrzebny podczas podróży, którą rejestruje ten dziennik.
Ale czy apokalipsa nie wydarza się od czasu nadejścia Chrystusa w każdej z bieżących współczesności? Czy paruzja będąca jego powtórnym nadejściem, paruzja, która wiąże się z nieustającym oczekiwaniem na jej realizację nie wydarza się w rzeczywistości w procesie historycznym trwającym od dwóch tysiącleci? Czy to, na co nieustannie czekamy spodziewając się najgorszego, nie wydarza się "tutaj i teraz", tak jak wydarzyło się "tam i wtedy"? Chrześcijaństwo, na co zwraca uwagę Bierdiajew, stworzyło dziejową jednokrotność. Historia nie toczy się kołem. Zdarzenia mają swój niepowtarzalny wymiar, paradoksalnie jednak Apokalipsa trwać może niezauważona. Co jeśli nasze pokolenie stanie się świadkiem tego, co miało nadejść zapowiedziane jako koniec każdego świata, który znamy lub koniec świata- po prostu. Co jeśli nie będzie kolejnego sezonu, wbrew temu, że utraciliśmy zdolność do "kończenia rzeczy, domykania spraw", co zauważa Byung Chul Han w "Duchu nadziei". Nawet kształcenie jest dzisiaj ustawiczne. Dlaczego zatem mielibyśmy być zdolni przyjąć za rzeczywistość jej realny i definitywny koniec? Tymczasem teoria mimetyczna, której Girard jest autorem stara się "wydobyć z chrześcijaństwa jego sens ostateczny, w pewnym sensie je dokończyć, ponieważ poważnie traktuje przemoc." Tę przemoc, która staje się coraz bardziej obecna współcześnie wobec faszyzującej się rzeczywistości społecznej i politycznej. Przemoc dla której ponownie szuka się zastosowania czyniąc z niej narzędzie, które zdaniem niektórych powinno zostać zaakceptowanie jako możliwa forma działania zmierzająca do osiągnięcia wyznaczonych celów. Obserwujemy to w serwisach informacyjnych i doniesieniach ze świata coraz bardziej przypominającego dystopijne kino końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy to, co wydarza się teraz, wydawało nam się jedynie czarnym, hollywoodzkim scenariuszem. Na dodatek słabym i mało prawdopodobnym.
Czy naprawdę powinienem zaprzątać sobie tym głowę u progu kolejnej wiosny? Tym bardziej, że w tym roku nie narzuca się ona ze swoją obecnością. Od kilku dni temperatura nie przekracza czterech stopni na plusie, wiatr niesie ze sobą zimowe powietrze, a petrichor, o którym pisałem z pasją jakiś czas temu, zniknął bez śladu, natomiast to, co można odnaleźć za oknem przypomina przełom listopada i grudnia. Być może z tej przyczyny mniej odczuwam niemożność pieszych wędrówek związanych z połamanymi palcami moich stóp. Tyle że pogoda zmienia się szybciej niż zrastają się kości, więc to jest jednak dość marna pociecha, ale też doskonały moment, żeby zmierzyć się z redakcją tomu wierszy, która leży odłogiem od jesieni, a przecież ta praca sama się nie wykona. Tymczasem unieruchomiony, uwięziony w mieszkaniu mógłbym nareszcie przestać odwracać się od tego co konieczne.
I jeszcze stado i jego dynamika. Zapadły wreszcie decyzje, które być może odwrócą kolej rzeczy i zamiast martwić się o coraz bardziej prawdopodobną utratę, będę musiał zmierzyć się z aktywnościami związanymi z możliwą przeprowadzką. Jedno i drugie wiąże się ze skokiem poziomu kortyzolu. Tyle że w pierwszym wypadku jest w tym prognoza możliwej samotności, w drugim - niejasna, ale jednak - nadzieja.
Trwa ładowanie...