Upał!

Obrazek posta

Przez lata wydawało się, że problemy związane z ekstremalnymi upałami są specyfiką misji prowadzonych w Iraku i Afganistanie. Dziś podobne wyzwania coraz częściej pojawiają się także podczas operacji i ćwiczeń w Europie. Tymczasem wysokie temperatury oddziałują nie tylko na kondycję żołnierzy, ale też na osiągi sprzętu i tempo logistyki. Dlatego zachodnie armie coraz częściej traktują fale upałów jako realny czynnik wpływający na gotowość operacyjną.

Ten widok od początku mnie fascynował, choć zarazem wydawał się dziwny. Mam na myśli starty polskich śmigłowców Mi-24, które przed kilkunastu laty oglądałem w bazie w Ghazni w Afganistanie. Szturmowce nie odrywały się od ziemi z miejsca, lecz najpierw kołowały po pasie niczym samoloty. Co więcej, robiły to z ogonem wyniesionym ku górze i opuszczonym nosem – pasa dotykały jedynie przednie koła maszyny. „Hokeje” właśnie tak nabierały prędkości i po kilku sekundach przechodziły we wznoszenie.

Takie starty w „Afganie” były normalną praktyką. Lotnisko znajdowało się ponad 2200 metrów nad poziomem morza, w rozrzedzonym powietrzu wirnik wytwarzał mniejszą siłę nośną. Jeszcze mniejszą latem, gdy temperatura przekraczała 40 st. C. – wtedy konieczność odpowiedniego rozbiegu była jeszcze wyższa. Słuchając wyjaśnień pilotów, zdałem sobie sprawę, jak ważna jest na wojnie znajomość fizyki czy aerodynamiki, i jak wielki wpływ na prowadzenie działań zbrojnych mają klimat i pogoda. Wtedy naprawdę dotarło do mnie, że upał (tak jak mróz) doskwiera nie tylko ludziom – że ma również wpływ na to jak, i czy w ogóle, działają wojskowe maszyny i urządzenia.

A wpływ wysokiej temperatury na lotnictwo nie kończy się na bardziej widowiskowym starcie śmigłowca. Realnie chodzi o znacznie poważniejszy problem – ograniczenie osiągów wszystkich statków powietrznych. Im cieplejsze i rzadsze jest powietrze, tym mniejszą siłę nośną wytwarzają zarówno wirniki śmigłowców, jak i skrzydła samolotów, a silniki rozwijają mniejszy ciąg. W rezultacie maleją możliwości maszyny, szczególnie podczas startu, wznoszenia i zawisu.

Dla pilotów i planistów nie jest to akademicka ciekawostka, lecz jeden z podstawowych elementów przygotowania misji. Temperatura, wysokość lotniska i ciśnienie atmosferyczne wpływają na dopuszczalną masę startową, dlatego przed każdym lotem trzeba uwzględnić ilość paliwa, masę uzbrojenia, przewożonego ładunku czy liczbę żołnierzy na pokładzie. Im trudniejsze warunki, tym mniej miejsca pozostaje na błędy i tym większego znaczenia nabierają szczegółowe obliczenia.

Oczywiście, misje można planować na chłodniejsze pory doby, korzystać z lotnisk o dłuższych pasach startowych, a w przypadku lotnictwa bojowego część paliwa uzupełnić już po starcie dzięki tankowaniu w powietrzu. Wszystkie te rozwiązania mają jednak swoją cenę – wymagają dodatkowego czasu, większego zaangażowania personelu oraz wykorzystania kolejnych statków powietrznych, np. samolotów-cystern.

Idźmy dalej – wysoka temperatura oddziałuje też na infrastrukturę lotniskową. Nagrzewająca się nawierzchnia szybciej ulega zużyciu, a przy bardzo wysokich temperaturach wymaga częstszych napraw i ograniczeń eksploatacyjnych. Innymi słowy, upał nie uniemożliwia wykonywania zadań, a „tylko” ogranicza swobodę działania. Zmuszając dowódców do modyfikowania planów, angażowania większych sił i akceptowania dodatkowych ograniczeń.

Częstsza obsługa

Współczesna armia w coraz większym stopniu opiera się na elektronice – od pojedynczego drona, przez systemy łączności i walki radioelektronicznej, po radary, stanowiska dowodzenia czy zestawy przeciwlotnicze. Każde z tych urządzeń ma określony zakres temperatur, w których pracuje z pełną wydajnością. Im bardziej słupek rtęci zbliża się do górnej granicy, tym większe staje się ryzyko spadku osiągów, przegrzewania podzespołów lub awarii.

Nie oznacza to oczywiście, że nowoczesny radar czy zestaw przeciwlotniczy przestaje działać po przekroczeniu 35 st. C. Konstruktorzy przygotowują sprzęt do pracy w ekstremalnych warunkach, stosując rozbudowane układy chłodzenia i zabezpieczenia elektroniczne. Rzecz w tym, że każde z tych rozwiązań ma swoją wydajność. Gdy temperatura otoczenia rośnie, coraz trudniej odprowadzić ciepło wytwarzane przez procesory, moduły nadawczo-odbiorcze, zasilacze czy układy sterowania. W efekcie urządzenia częściej pracują z ograniczoną wydajnością, wymagają przerw technicznych albo szybciej się zużywają.

Najlepiej widać to na przykładzie bezzałogowców. Dron zwiadowczy czy uderzeniowy jest w istocie latającym komputerem wyposażonym w kamery, systemy łączności satelitarnej i radiowej, odbiorniki nawigacyjne oraz akumulatory litowo-jonowe. Wszystkie te elementy źle znoszą długotrwałą pracę w wysokiej temperaturze. Akumulatory szybciej tracą pojemność, elektronika wymaga intensywniejszego chłodzenia, a kamery termowizyjne mogą pracować z mniejszym kontrastem, ponieważ nagrzane otoczenie utrudnia odróżnienie celu od tła. W wojnie, w której o wykryciu przeciwnika często decydują sekundy, takie ograniczenia mają wymiar praktyczny, a nie wyłącznie techniczny.

Podobne problemy dotyczą ciężkiego sprzętu wojskowego. Silniki czołgów, wozów bojowych czy ciężarówek pracują w wyższych temperaturach, większe obciążenie spada na układy chłodzenia i smarowania, szybciej nagrzewają się przekładnie oraz hydraulika. W rejonach pustynnych dochodzi do tego wszechobecny pył, który przyspiesza zużycie filtrów powietrza, elementów wirujących i układów chłodzenia. Z tego powodu podczas operacji w Iraku i Afganistanie część obsług technicznych wykonywano znacznie częściej niż przewidywały pokojowe harmonogramy eksploatacji.

Zdolność, nie komfort

Zostawmy sprzęt i skupmy się na ludziach. Organizm przegrzewający się podczas wielogodzinnego wysiłku zaczyna pracować mniej wydajnie, a wraz z utratą wody pogarszają się koncentracja, zdolność podejmowania decyzji i czas reakcji. Z wojskowego punktu widzenia oznacza to spadek zdolności bojowej jeszcze zanim pojawią się objawy udaru cieplnego.

To problem, z którym armie mierzą się „od zawsze”. Podczas operacji w Iraku i Afganistanie żołnierze koalicji często prowadzili działania przy temperaturach przekraczających 45 st. C. Gdy się tylko dało, patrole planowano na godziny nocne lub tuż po świcie. Dowódcy wiedzieli, że po kilku godzinach marszu w pełnym wyposażeniu nawet dobrze wyszkolony żołnierz popełnia więcej błędów, wolniej reaguje i szybciej się męczy.

Współczesny piechur niesie zwykle od 30 do 40 kilogramów wyposażenia. Kamizelka kuloodporna, hełm i oporządzenie utrudniają oddawanie ciepła, a zapotrzebowanie na wodę gwałtownie rośnie. W Afganistanie zdarzało się, że podczas jednego patrolu żołnierz zużywał nawet 8–10 litrów wody.

Wojna w Ukrainie pokazuje, że problem wykracza daleko poza piechotę. Współczesny żołnierz coraz częściej jest operatorem skomplikowanych systemów uzbrojenia. Obsługuje drony rozpoznawcze i uderzeniowe, kieruje ogniem artylerii, monitoruje obraz z kilku kamer jednocześnie, analizuje dane z systemów rozpoznawczych czy prowadzi walkę radioelektroniczną. Wszystkie te zadania wymagają wielogodzinnego skupienia i szybkiego podejmowania decyzji, a właśnie zdolności poznawcze należą do pierwszych, które pogarszają się wskutek przegrzania organizmu.

Co więcej, operator drona nie może przerwać obserwacji tylko dlatego, że temperatura w samochodzie, ziemiance czy na stanowisku przekroczyła 40 st. Obsługa systemu przeciwlotniczego nie wybiera momentu pojawienia się celu, podobnie jak załoga stanowiska dowodzenia nie może wyłączyć monitorów i komputerów na kilka godzin. W praktyce oznacza to konieczność utrzymywania pełnej sprawności psychofizycznej w warunkach, które same w sobie znacząco ją ograniczają.

Nieprzypadkowo ukraińskie siły zbrojne publikują zalecenia dotyczące funkcjonowania podczas fal upałów. Obejmują one zwiększenie racji wody i elektrolitów, częstsze zmiany obsad stanowisk oraz planowanie najbardziej wyczerpujących prac na godziny poranne i wieczorne. Podobne procedury obowiązują w armiach państw NATO. Ich celem nie jest poprawa komfortu żołnierzy, lecz utrzymanie zdolności bojowej pododdziałów.

Wszystkie opisane wcześniej problemy – od ograniczeń lotnictwa, przez większą awaryjność sprzętu, po spadek wydolności żołnierzy – mają wspólny mianownik. Jaki? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info - oto link do tego materiału.

-----

Nz. Polski Mi-24 podczas startu w bazie w Ghazni. Jesień 2013 roku/fot. własne

upały klimat pogoda Afganistan Ukraina Mi-24 Ghazni wojna w iraku

Zobacz również

Pobór?
Drapaty
"Odyseja"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...