Stado. Dziennik.
12.04.2026 (niedziela)
Udana próba spaceru, którą podejmuję porzucając zdrowy rozsądek oraz pamięć o połamanych palcach obu stóp sprawia, że mój nastrój ulega niewielkiej poprawie, a płuca po raz pierwszy od tygodnia nasiąkają wiosennym powietrzem. Zresztą wiosna wydarza się w tym roku bardziej na poziomie jej astronomicznej i kalendarzowej obecności niż w aurze, która jak dotąd nie wstydzi się porannych i wieczornych przymrozków, a zieleń, której wyczekuję z dziecinnym utęsknieniem, nie zjawia się i koniec końców trudno jej się dziwić.
Więc spacer, który koi nerwy. Tydzień spędzony w pozycji półleżącej uświadomił mi jak prędko i jak gorzko można zgnuśnieć jeśli się wiedzie takie życie, a przecież jest to doświadczenie wielu mężczyzn, wielu kobiet, dorosłych i dzieci w dobie czerpania rozrywki z ekranów, którymi otoczyliśmy się jak okładem z miękkich poduszek. Nie widzi tego człowiek, kiedy go przed ten ekran zawlecze stan zdrowia. “Choroba to jest subtelny chlew” - pisał Marai w “Niebie i Ziemi” - “Jest w niej urynał i rytm wierszy Rilkego, bekanie i równocześnie muzyka sfer. Nade wszystko zaś jest szansą, jaką oferuje los, okazją; żyć albo umierać.” Trudno wyzionąć ducha z powodu połamanych palców, można jednak z powodzeniem tego ducha stracić jeśli człowiek poleży przed ekranem zbyt długo. “Urynał i rytm wierszy Rilkego”. Przenikliwa synteza genialnego Węgra. A zatem wzniosłość i ekskrementy. Dosłowność i metafora. Wszystko co warte uwagi powstaje przez kontrast. “(...) bekanie i jednocześnie muzyka sfer”. Bóg, który wedle Ciorana - bez Bacha pozostaje figurą drugorzędną. Człowiek w tym wszystkim jest tylko grą sprzeczności. Workiem cuchnących wnętrzności, z których potrafi wydobyć “Etiudę Rewolucyjną” albo “Braci Karamazow”. Ostatecznie zawsze odwraca się od własnego gówna. Ale przecież odwraca się pięknie i z wielkim wdziękiem udaje, że to nie jego.
Popołudnie spędzone z Wi. Krótka podmiejska wycieczka. Kawa wypita w osiemnastowiecznym spichlerzu, który ktoś przeniósł z miejsca na miejsce i teraz jego konstrukcja pyszni się pod olsztyńskim zamkiem jakby tu była od zawsze. Jakby to, co nas otacza było jedynie symulacją rzeczywistości, której doświadczamy, o czym lubią nam przypominać absurdalne teorie spiskowe natchnione koncepcją “Matrixa”. Zamek też ktoś odświeżył jeżeli można odświeżyć “ruinę” tak aby nie przestała pełnić swojej funkcji. Więc ani spichlerz ani czternastowieczne “orle gniazdo” w żadnym stopniu nie są już prawdziwe, my natomiast wciąż próbujemy przetrwać chociaż oboje wiemy, że w pewnym sensie od dawna też nas nie ma. Rzecz w tym, czy zdołamy być bez tego “co było” - być “na nowo”. Dziś jednak cieszymy się czymś innym. Pociechę w dość skomplikowanym położeniu, w którym znajdujemy się od kilku lat stanowi absolutnie epicka szarlotka podana na ciepło przez wyjątkowo uprzejmą kelnerkę, która burzy wszelkie stereotypy dotyczące osób należących do pokolenia Zet zatrudnionych w usługach. A może niczego nie burzy. Może po prostu dość młodo wygląda, a w rzeczywistości dobiega czterdziestki i pamięta jeszcze jak montowano nam wszystkim pierwszą kablówkę, która miała już na zawsze dać nam dostęp do tego, do czego mieli dostęp nasi rówieśnicy na Zachodzie - dokładnie tam, gdzie miało nas nigdy nie być, tam dokąd ponad milion z nas wyjechał u progu dwudziestego pierwszego stulecia zarabiać w funtach szterlingach, żeby je sobie odłożyć na dom, na mieszkanie, wesele, samochód, na lepszy start w udręczonej transformacją ojczyźnie. Może wróciła tutaj z nadzieją, że wreszcie ułoży sobie samodzielnie życie i wtedy nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że go sobie nie ułożyła, a teraz podaje nam szarlotkę na ciepło w nieprawdziwym spichlerzu z osiemnastego stulecia, który pyszni się pod nieprawdziwą ruiną czternastowiecznego zamczyska, które postawił król Kazimierz.
Tymczasem obok nas, obok ruin zamku i obok spichlerza, wzbija się w powietrze raz po raz, śmigłowiec, który unosi na swoim skromnym pokładzie turystów, żeby sobie mogli popatrzeć na Polskę z wysoka. Tak, jak ją widzi dobry Pan Bóg, który nad tą Polską zdaniem wielu - roztacza opiekę - który jej się przygląda i który z całą pewnością załamuje ręce nad jej trudnym losem, nad losem moim i Wi oraz nad losem wyjątkowo miłej kelnerki, której wiek do końca pozostaje dla nas zagadką. Podobnie jak zagadką pozostaje dla nas nadchodzący tydzień i to, co ów tydzień przyniesie. Jeszcze się nie zaczął, a już jestem zmęczony jego trwaniem. Cała nadzieja w spacerach i wiośnie. Oczywiście zrastanie się kości również nie pozostaje bez znaczenia. Przez całe życie niczego sobie nie łamałem, a kiedy już spotkał mnie tego rodzaju uraz musiałem sobie naturalnie złamać coś obustronnie - na dodatek palce u stóp. Tych samych dzięki którym zapewniałem jak dotąd z powodzeniem - spokój mojej głowie. Jeżeli to ma być dowód na istnienie związku pomiędzy stopą, a mózgoczaszką - proszę bardzo - taki związek istnieje. Nie wiem, czy mój ortopeda zrozumie owego związku istotę i niebagatelne znaczenie, ale uznam, że jest człowiekiem bez serca jeśli przynajmniej nie spróbuje.
Trwa ładowanie...