Stado.Dziennik.

Obrazek posta

03.05.2026 (niedziela)

 

Wczoraj w godzinach wieczornych stado szczęśliwie ląduje na Kos. Syn przysyła kilka fotografii. Nocą krótkie wideopołączenie z Wi i dziećmi. Towarzystwo psa, które miało być dla mnie okładem na “samotną majówkę” okazuje się doświadczeniem wyczerpującym. Znerwicowana, lękowa suczka imieniem Easy z pewnością będzie zawodowym wyzwaniem dla niejednego behawiorysty. Niejednego ponieważ bez wątpienia ten pierwszy załamie ręce, a kolejny będzie zastanawiał się nad porzuceniem obecnego zajęcia, ostatecznie jednak należy mieć nadzieję, że w końcu znajdzie się ktoś, kto zapanuje nad temperamentem biednego zwierzęcia, w którym widzę jednak jakąś metaforę - jeśli nie samego siebie, to na pewno jakiejś części mnie - być może tej, która przychodzi z choroby lub mroku, z którym włóczę się po świecie od niemal pięćdziesięciu lat podejmując kolejne nieudane próby uporania się z tego mroku, toksycznością. Zresztą źródło nie ma większego znaczenia. Liczy się efekt, a ten pozostawia jednak wiele do życzenia. Więc spędzam czas na spacerach i lekturze raz po raz mierząc się z neurotycznością ogarki polskiej, która wspólnie z króliczką Koko stanowi moją majówkową alternatywę dla towarzystwa ludzi. Z drugiej strony wciąż jestem przekonany o tym, że nawet znerwicowany pies i obojętny na moją obecność królik to lepsi kompani w codzienności niż przedstawiciele gatunku homo sapiens, z którymi nie mamy ochoty przebywać. Każda bowiem samotność okazuje się lepsza od fatalnego towarzystwa. 

Na prośbę Wydawnictwa Literackiego czytam przedpremierowo “Szeleścidło” Tomasza Maruszewskiego, które okazuje się być doskonałym przykładem tego jak można przepalić, w skutek niedostatków talentu, istotny współcześnie temat męskiej, głębokiej samotności albo po prostu - męskości wobec świata, w którym męskość stała się kwestią statusu społecznego, a w najlepszym wypadku kwestią kulturową. 

Można przecież było tę narrację ustawić w innym profilu rozważań. Można było zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście jest tak, że istnieją "rzeczy męskie" i "rzeczy niemęskie"? A może jak pisze James Hollis w ikonicznej pracy zatytułowanej "W cieniu Saturna", jest tak, że oto: "życiem mężczyzn w takim samym stopniu co życiem kobiet rządzą restrykcyjne oczekiwania dotyczące pełnienia ról, a przede wszystkim, że życiem mężczyzn rządzi strach. Strach przed tym, że się nie sprosta oraz strach aktywowany przez sytuacje fizycznego bądź psychicznego testowania. Lęk przed tym, że się nie sprosta jest manifestacją saturnicznego cienia, a rywalizacja wygrani przegrani jest miarą męskości.” 

Jeżeli Maruszewski obraca się wokół prawd formułowanych przez Hollisa, najbliżej mu zdaje się do prawdy o tym, że mężczyźni połączeni są zmową milczenia, której celem jest stłumienie prawdy emocjonalnej. Tyle że u Maruszewskiego to nie wybrzmiewa. U Maruszewskiego nikt tego nie zauważy, bo Maruszewski nie po to napisał tę powieść - a szkoda. “Zmaltretowany mężczyzna niosący w sobie zmaltretowane wewnętrzne dziecko potrafi jedynie maltretować innych ponieważ wypowiedzenie własnego bólu jest dla niego nie do zniesienia.” - powiada Hollis. Maruszewski natomiast w przeciwieństwie do tego, co uprawia się współcześnie w literaturze i publicystyce nie obwinia męskości i mężczyzn o wszystkie choroby współczesności. Jako autor być może wiele ryzykuje mając na uwadze dominujące trendy być wpływające na poczytność utworów. Tym bardziej gest Maruszewskiego zasługuje na uwagę, ponieważ jest w nim odwaga spojrzenia, które wskazuje drugą stronę tej samej monety. Po jej przeciwnej stronie znajdują się opowieści niosące prawdę o doświadczeniu bycia kobietą. Istnieje jednak doświadczenie równie istotne, które zasługuje w równym stopniu na uwagę i namysł nad jego istotą. Jest nim doświadczenie bycia mężczyzną. Czyż nie? A może mylę się robiąc z tego zagadnienie? Co więcej, wydaje mi się, że doświadczenie bycia mężczyzną współcześnie, kiedy stawia się pod znakiem zapytania kwestie z tym związane, a z męskości czyni się zjawisko niemal wyłącznie kulturowe -  staje się szczególnego rodzaju dolegliwością, co w zasadzie stawia sprawę na granicy absurdu. Tym bardziej, że bycie kobietą, wciąż pozostaje kwestią niepodważalną wręcz biologicznie oczywistą. Jak pisze Richard V. Reeves w "Chłopcach i mężczyznach": "Kobiecość w większym stopniu determinuje biologia, a męskość – kontekst społeczny. Dlatego męskość jest bardziej krucha niż kobiecość. Kiedy miał miejsce ostatni kryzys kobiecości? Zgadza się – nigdy". Tyle tylko, że Maruszewski idzie w zupełnie inną stronę. Maruszewski ponieważ pisze powieść - opowiada czytelnikowi historię. Ponieważ Maruszewskiemu brakuje najwyraźniej talentu, żeby tę historię opowiedzieć dobrze, opowiada ją tak jak potrafi, w efekcie dostajemy kolejną narrację o chłopcu, który w swojej drodze do bycia mężczyzną potrzebuje kobiety, a co najgorsze - historia wysuwa się na plan pierwszy, za co trudno Maruszewskiego winić skoro zajmuje się prozą nie publicystyką, ale szkoda tematu w tej formie, w której został przez niego dotknięty. Ja wobec tego czuję się natomiast moralnie nie w porządku, bo Maruszewskiem odpuszczam jako recenzent kierując się ogólnie pojętym interesem literatury, która tu i teraz koncentruje się na tym, co dolega mężczyznom - nie kobietom. O tym, co dolega kobietom dowiadujemy się zewsząd. Dowiadujemy się z uważnością, czułością, zdarza się nawet, że z mądrością, a przede wszystkim dowiadujemy się słusznie i niejako w sposób spóźniony. Dowiadujemy się o tym już tak długo i tak intensywnie, że ci, którzy nam tę bez wątpienia istotną i zasługującą na ujawnienie wiedzę przekazują, zupełnie stracili z oczu płeć, która z uwagi na to jak świat został koniec końców, urządzony, jest również dla jego funkcjonowania istotna. Jak dzisiaj czytać mężczyzn, którzy ośmielają się pisać o mężczyznach skoro pierwszym użytym przeciwko nim argumentem będzie ten o historii literatury, która w powszechnej opinii podobnie jak niemal wszystko inne jest owocem patriarchatu - kultury i cywilizacji, które są prezentowane jako jego nieodrodne potomstwo.

I jeszcze Tomasz P. Terlikowski - “Reformacja 2.0” jako lektura, która kilka lat temu z pewnością nie znalazłaby się na liście tekstów, którym poświęciłbym uwagę. Trudno byłoby zaprosić Terlikowskiego do jednego stolika z Hitchensem, Comte-Sponvillem czy Dawkinsem. Przynajmniej wtedy trwałem w podobnym przeświadczeniu. Z drugiej strony, pod  żadnym pozorem nie należy tracić z oczu drogi, którą Terlikowski podążał w ostatnich latach. Fundamentalista i dogmatyk staje się z jakiejś przyczyny głosem słyszanym z wnętrza Kościoła - głosem wyważonej, rozumnej argumentacji, która wskazuje na konieczność i nieunikniony charakter reformy, która może Kościół przywrócić do kształtu, który miał mieć w założeniu ewangelicznym, co oczywiście jest w pewnym sensie skrótem myślowym, bo przecież istnieją podstawy żeby przypuszczać, że Chrystus nie wyobrażał sobie papiestwa w jego historycznym, a nawet obecnym kształcie, a kilku papieży bez wątpienia sprawiłoby mu swoim pontyfikatem wielką przykrość. Jeszcze większą przykrość sprawiłby mu nie jeden gorliwy chrześcijanin, który z pochodnią zbliżał się do stosu lub nawracał mieczem, rapierem, batem - mieszkańca Amazonii, Półwyspu Jukatan czy każdego innego miejsca na Ziemi, w którym biały człowiek ewangelizował “dzikich”. 

Terlikowski swoimi publikacjami wypełniłby półki i regały niejednej biblioteki natomiast mój wybór “Reformacji 2.0.” jako lektury na tegoroczną majówkę nie jest wyborem przypadkowym, bo jeśli chrześcijaństwo jest w tym dzienniku obiektem namysłu, to wcześniej czy później będę musiał przyglądać się również naczyniu, które je dźwiga i  przenosi. A więc Kościół - chcąc nie chcąc -  jest w rycie rzymskim nieodłączną częścią tradycji i czy się to komuś podoba czy nie pojawia się on jako konieczny element rozważań w tej przestrzeni. Terlikowski jako praktykujący i jak przypuszczam ufający katolik z odwagą wartą sprawy przygląda się konserwatyzmowi Kościoła powszechnego i tego, który stanowi jego polską rzeczywistość. Komentuje również takie zjawiska jak klerykalizm, sakralizację władzy duchownych, programową niechęć Kościoła do Nowoczesności, sięga do problemów związanych z aborcją, eutanazją, trwałością i możliwością ustania małżeństwa, do obecności w Kościele osób nieheteronormatywnych, transpłciowych, pisze również otwarcie o przemocy seksualnej kapłanów wobec osób słabszych i dzieci. Czy możliwy jest Kościół bez patologii i skandali? Czy polscy biskupi po Wojtyle są w stanie uznać autorytet każdego kolejnego biskupa Rzymu, który nie jest “papieżem Polakiem”? Czy intelektualna mizeria polskiego kleru oraz infantylny katolicyzm, którym z całą pewnością byłby zachwycony Wyszyński, to jest dokładnie to, czego szuka w Kościele polski katolik i polska katoliczka. Chciałoby się napisać “osoba katolicka”, ale postanowiłem nie kpić w tym dzienniku z kwestii zasadniczych, a przecież kwestia wiary, wyznania, religii podobnie jak kwestie związane z życiem i ze śmiercią - bezsprzecznie - należą do tej kategorii. Szczególnie interesujące wydają się uwagi Terlikowskiego dotyczące tego, co określa mianem “nerwicy eklezjogennej”. Pojęcia tego jako pierwszy użył niemiecki ginekolog i psychoanalityk Eberhard Schaetzing dla oddania charakteru zaburzeń seksualnych, których przyczyną jest/był kościelny dogmatyzm. Nerwica seksualna przenoszona przez polski kler na wiernych to zagadnienie nad którym warto się pochylać szczególnie w świetle tego, co wiemy już o charakterze przestępstw, których sprawcami są katoliccy duchowni. 

Wciąż nie dotyczy mnie Kościół jako wspólnota, a przede wszystkim instytucja, w której miałbym szukać sobie miejsca, tym bardziej nie dotyczy mnie to, co mają do powiedzenia biskupi oraz proboszczowie, nie oznacza to jednak, że nie interesuje mnie ta przestrzeń jako rzeczywistość duchowości ogromnej części żyjących w tym kraju kobiet, mężczyzn i dzieci, nawet jeśli większość z nich nie zdaje sobie sprawy, że istnieje jakaś duchowość, która powinna zmierzyć się z doświadczeniem wiary. Jeżeli jak pisze Terlikowski, większość polskich duchownych została uformowana w przekonaniu, że zajmują wobec świeckich pozycję “pasterzy”, to świeccy, czy im się to podoba czy nie - postrzegani są przez nich w kategorii “owiec” lub “owieczek”, których owczym, bezmyślnym pędem - oni - wyniesieni do szczególnej “godności” mają obowiązek się zająć. Co oznacza, że nie ma w tym ani równości, ani należnego świeckim szacunku. Kto nie poczuł się w konfesjonale potraktowany jak dziecko niech pierwszy rzuci kamień. Poznałem w swoim życiu kilku księży. Żaden z nich nie sprawiał wrażenia dojrzałego mężczyzny. Większość miała mentalność chłopców, którym ktoś powierzył ważne do wykonania zadanie, które odrobinę przerasta ich wciąż jednak chłopięce możliwości. Problem dojrzewania do męskości dotyczy mężczyzn w ogólności. Jak bardzo poważny musi być to problem w przypadku katolickiego kleru, który składa się w stu procentach z mężczyzn funkcjonujących w rzeczywistości, która nie zmusza ich w najmniejszym stopniu do mierzenia się z problemami, które na swojej drodze napotykają ich pozbawione święceń kapłańskich odpowiedniki w świecie odległym od bezpiecznej przestrzeni kaplicy. Czy można dojrzeć pod kloszem, kiedy w gruncie rzeczy odpowiedzialność i spektrum doświadczeń przychodzące ze świata są drastycznie zredukowane przez model codziennego funkcjonowania? Zamiast udzielać odpowiedzi odsyłam do wikarych i proboszczów, ponieważ wyżej prawdopodobnie kontakt z katolickim klerem przypominał będzie system audiencyjny rozbudowany do rozmiarów administracyjnego Bizancjum. 

Tymczasem - kolejny dzień prawdziwie wiosennej pogody. Bezchmurnie, słonecznie i ciepło. Nagła eksplozja soczystej zieleni. Wczoraj podczas wieczornego spaceru - wyraźnie wyczuwalna w powietrzu woń bzu. Jest maj. Początek. Za chwilę neurotyczna suczka Easy, którą opiekuję się w zastępstwie jej właścicieli, obudzi się i trzeba będzie wybrać się na nerwowy spacer. Króliczka Koko natomiast od dwóch godzin nie chce opuścić szafy, w której uwiła sobie ciepłe gniazdko. Z całą pewnością zostaną po tym fakcie przykre ślady. Syn donosi z Kos, że Grecja tonie w chmurach, moknie w deszczu i marznie smagana wiatrem. Są chwile, w których człowiek odczuwa satysfakcję pozostając wierny Słowiańszczyźnie. Czas na spacer. 

Zobacz również

Stado.Dziennik.
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...