Stado.Dziennik.

Obrazek posta

16.04.2026 (czwartek)


 

Poniedziałkowa wizyta u ortopedy oznacza brak “zielonego światła” dla moich miejskich wędrówek. Nie spodziewałem się zaproszenia do marszruty jednak okres gojenia wynoszący dwanaście tygodni to rzeczywistość,  którą z wielkim trudem akceptuję. W zasadzie nie akcepuję wcale skoro od kilku dni pozwalam sobie na kilkanaście tysięcy kroków dziennie. To nierozsądne, bo przecież zgodnie z diagnozą kości nie zaczęły się jeszcze zrastać. A zatem wciąż ciało. Tak jakby na tym kończyły się moje zmartwienia. Tymczasem epidemia ospy w podstawówce mojej córki dziesiątkuje klasę po klasie, a moje dziecko każdego wieczoru szuka pierwszych objawów choroby, która prawdopodobnie wykluczy ją z uczestnictwa w majowej wycieczce do Grecji, w którą miała zabrać ją jej mama. Rozumiem jej rozgoryczenie tym bardziej, że w pewnym sensie, wspólnie z Wi ponosimy odpowiedzialność za niemal organiczną niezdolność naszego dziecka do przeżywania i radzenia sobie z frustracją. Pokolenie, które funkcjonuje w rzeczywistości oferującej pełen dostęp niemal do wszystkiego, nie potrafi skonfrontować się z brakiem lub utratą, a przecież właśnie to pokolenie narażone jest na możliwą i wysoce prawdopodobną reglamentację dóbr w przyszłości. Może to być spowodowane zmianami klimatycznymi lub coraz bardziej prawdopodobnym konfliktem zbrojnym, który wisi nad nami jak ciemna chmura i wcześniej czy później spadają na nas gromy. Oczywiście jak zawsze odsuwamy od siebie to, co wydaje się nieuchronnie, licząc na to, że sprawy rozejdą się po kościach. Robimy to jako ludzie wychowani w atmosferze “zimnej wojny”, gospodarki wiecznego deficytu, następujących po sobie kryzysów ekonomicznych i wyjątkowo brutalnej transformacji. Trudno zatem dziwić się dziesięcioletniej dziewczynce, która z trudem godzi się z myślą, że coś może zostać jej odebrane bez powodu i bez niczyjej winy. Po prostu - coś może się nie wydarzyć, czegoś może zabraknąć. 

Jestem zmęczony nieustannym rzucaniem na siebie oskarżeń o nie dość odpowiedzialne rodzicielstwo, więc staram się zdjąć z siebie ciężar możliwych w tym względzie zaniedbań. Jednocześnie to, co się wydarza, być może stanie się dla naszej córki doświadczeniem w tym wymiarze, istotnym. Nurt życia, bieg zdarzeń lub jeśli ktoś woli - los - sam w sobie pozostaje przecież amoralny, daleki od takich pojęć jak sprawiedliwość, dobro czy zło. Przypomina to porządek panujący w naturze pozbawionej w gruncie rzeczy moralnej i etycznej refleksji. A przecież jesteśmy owej natury częścią. Co więcej, wcale nie tak istotną z punktu widzenia jej początków i późniejszego trwania. Dzisiaj dewastując naturalne porządki raczymy zapominać, że większość z nas nie przetrwałby poddana jej surowym regułom, gdyby pozbawić nas możliwości korzystania z bezpiecznego skafandra cywilizacji, która ostatecznie unicestwi tę planetę. Antropocen - termin powołany do życia przez holenderskiego chemika Paula Crutzena, który w ten sposób określił moment w historii Ziemi, w którym kluczową rolę odgrywa działalność człowieka, może okazać się momentem decydującym o losach kosmicznego ziarenka piasku, na którego powierzchni żyjemy. W pewnym stopniu o tym właśnie pisze Jackson Hickel w swojej książce zatytułowanej “Mniej znaczy więcej. O tym jak odejście od wzrostu gospodarczego ocali świat” Tyle że możliwe ocalenie i nadzieja, którą Hickel przeciwstawia dystopijnym scenariuszom wymaga tytanicznego wysiłku - konsekwentnego budowania masowej świadomości. “Społeczeństwo musi redefiniować samo siebie po to, żeby funkcjonować z korzyścią dla siebie i planety. Skoro kryzys jest dziś udziałem wszystkich, wszyscy powinni zająć się tym problemem.” A zatem, katastrofa klimatyczna, szóste masowe wymieranie oraz rozpad dotychczasowej formuły funkcjonowania społeczeństw stanowią oś dla koncepcji radykalnej zmiany, którą Hickel proponuje jako możliwe rozwiązanie. Odpowiedzią na współczesność jest "myślenie szerokie", wyjście poza dyktat wąskich specjalizacji na rzecz koncepcji generalnych łączących wiedzę z wielu dziedzin. Koronawirus dowiódł, że światowe władze są w stanie zrobić to, co wydawało się wcześniej niemożliwe - wprowadzić obywatelski dochód gwarantowany, umarzać długi, podnieść podatki bogatym, nacjonalizować określone obszary gospodarki. A zatem, pisze Hickel: "(...) wyobraźmy sobie że na naszej planecie wydarzyło się coś niesłychanego. Lasy deszczowe tak jak Amazonia, Kongo i Indonezja odrosły. Są znowu bujne, zielone i tętnią życiem. Lasy strefy umiarkowanej na powrót rozprzestrzeniły się w całej Europie i Kanadzie. Odżyły całe ekosystemy. Szybko przestawiliśmy się na odnawialne źródła energii, temperatury na świecie się ustabilizowały, a pogody zaczęły się przedstawiać na wieczne tory. Słowem: wszystko zaczęło wracać do zdrowia. My sami zaczęliśmy wracać do zdrowia i nastąpiło to szybciej niż komukolwiek jak się wydawało. Bierzemy mniej, a jednak zyskujemy znacznie więcej. Ta książka jest właśnie o takim marzeniu". 

Na szczęście w tym wypadku skala zmartwień jest mniejsza. Ostatecznie ospa to nie koniec świata, a stracona szansa na podróż do ojczyzny Sokratesa może być ćwiczeniem duchowym, które zaowocuje jakimś dobrem. Oczywiście moja córka ma do zagadnienia stosunek o wiele mniej przychylny, ja natomiast rozumiem w jakim znalazła się położeniu. 

Czas pokaże, bo objawów wirusa jak nie było, tak nie ma. Czekamy. 

Zobacz również

Stado. Dziennik.
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...