Stado. Dziennik.

Obrazek posta

07.05.2026 (czwartek)

 

Stado wciąż przemieszcza się wzdłuż greckiego wybrzeża. Syn z córką wieczorami łączą się ze mną na Whatsappie, przysyłają zdjęcia. Szczęśliwie pogoda poprawia się i całe dnie spędzają na powietrzu. Więc morze ma kolor błękitu, niebo podobnej barwy rozświetla słońce, któremu nie przeszkadza żadna chmurka. Miasteczka pełne są jasnych domów, fale uderzają o skalisty brzeg, w oddali pyszni się czynny wulkan, a wszędzie wylegują się koty. “Jest ich tu więcej niż ludzi” - mówi syn. 

Olśnienie w orbicie banału:  że owo drżenie, ów lęk, to napięcie, który nawiedza mnie tak często i równie często nie chce mnie tygodniami opuścić jest kwestią czegoś co straciłem z oczu patrząc w to stale jak w lustro. Tymczasem to wszystko co wydarza się we mnie jest niemal wyłącznie kwestią wyobraźni, która w moim przypadku pracuje na pełnych obrotach jak  nieustająca w swoim trudzie, ogromna i mroczna fabryka. Wyobraźnia zostaje w tym dzienniku wskazana nie  po raz pierwszy. Tym razem jednak w sposób przytomny wbijam ją klinem pomiędzy mnie, a moje przekonania. Bo przecież niemal wszystko co zostało tutaj napisane jest w pewnym sensie jej zasługą jeżeli nie po prostu produktem. Posługuje się nią pisząc o tym, co przychodzi i zostaje w codzienności jak i wtedy, kiedy przywołuję sprawy, które dla swojego istnienia muszą zostać najpierw naszkicowane pod powieką. Wyobraźnia – wielka sprzymierzona, ale też bezlitosny i bezkompromisowy przeciwnik, które z iście demiurgiczną nonszalancją - daje - by po chwili odebrać – jasne zastąpić ciemnym, światło zastąpić mrokiem, entuzjazm unieważnić głębokim smutkiem. Doświadczenie podobnej wyobraźni jest doświadczeniem z kręgu grozy. Bywa jednak, że owa groza osuwa się w groteskę lub śmieszność będącą wynikiem złej skali. Wielkie oczy strachu i wybujała wyobraźnia - frazesy o niszczącej mocy. Banał, przed którym nie sposób uciec, a tym samym wielka konieczność zgody na taką  nie inną rzeczywistość, gdzie nadmiar i brak powodują podobnych rozmiarów szkodę. 

 

Przez większą część tygodnia zachłannie czytam i zachłannie faszeruję głowę kolejnymi propozycjami seriali, które w nieprzyzwoitej ilości dostępne są na streamingu. Poza nowościami, które wydają się bazować na jednym, sprawdzonym szablonie, wracam do klasyków minionej epoki. A zatem “Tulipan” i “Pogranicze w ogniu”. Siermiężność PRL-u zarówno w jednym i w drugiej produkcji narzuca się niemal w każdym kadrze i chociaż “Pogranicze…” wydarza się na przedwojniu, obecność drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wyczuwalna jest w formie, którą ten serial otrzymał od swoich twórców o wiele mocniej, niż wyczuwalność lat dwudziestych i trzydziestych, które są treścią fabuły.
Z drugiej strony wielką przyjemność znajduję we wszystkim, w czym nie wykorzystuje się wsparcia sztucznej inteligencji, w którą obecnie oprawia się każdy obraz bez względu na to czy jest to konieczne i pożądane, czy może wręcz przeciwnie. Nic jednak nie jest w stanie wytrzymać konkurencji z “Tulipanem” z Janem Monczką w roli oszusta i uwodziciela - postaci zbudowanej w oparciu o wyczyny Jerzego Kalibabki, który w gruncie rzeczy demaskował wszystko to, co w nas jest lub było najgorsze - od czego tak chętnie odwracamy wzrok żyjąc w przeświadczeniu, że jesteśmy lepsi niż jesteśmy. Imponująca symfonia PRL-owskich kompleksów, nawyków, wszechobecnego szwindla, a przede wszystkim upodlenia - stanu psychofizycznego, którym tamten system zainfekował ogół społeczeństwa nazywanego wtedy ludnością miast i wsi. To upodlenie w pewnym sensie odreagowujemy do dzisiaj, chociaż wciąż żywy sentyment do tamtej rzeczywistości dowodzi, że jednak straciliśmy z oczu lub po prostu przyjęliśmy to upodlenie jako istotną część naszej tożsamości. Z upływem lat oraz nieuchronnie postępującym procesem starzenia również ja sam wracam z coraz większym rozrzewnieniem do czasu, kiedy biegałem z tornistrem do szkoły podstawowej, której patronem był generał Zygmunt Berling. Świat podzielony był na pół - my byliśmy po stronie “walki o pokój”, a Zachód podżegał do nuklearnego konfliktu. Oczywiście nikt już w to nie wierzył w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, tak jak wierzył w to jeszcze trzydzieści lat wcześniej. Nie zmienia to faktu, że panował pewien rodzaj bałaganu, w którym w niezrozumiały sposób można było dostrzec określony porządek. “W tym szaleństwie jest metoda. Tylko jaka?” - pyta sam siebie Jerzy Stuhr w filmie “Kingsajz”, którego twórcy nawet nie próbowali udawać, że jest on satyrą na wszelkie dyktatury proletariatu będące budzącą grozę parodią samych siebie. Wspólnie z Radkiem ustalamy podczas kilku rozmów, że ów sentyment i owa nostalgia, która w nas daje koncert, kiedy wracamy wspomnieniami do tamtego czasu, to jest jednak pewien rodzaj melancholii - bardziej tchnienie ostatecznej utraty młodości niż dialog podjęty z ustrojem społeczno-politycznym. Tak, tak - takie myśli rodzą się w naszych głowach w obawie przed stawaniem w prawdzie - że oto rzesze ludzi świadomie (bądź nie) wybierają poczucie bezpieczeństwa w miejsce wolności, nie-myślenie wobec oferty, że ktoś może pomyśleć za mnie, wybierają “mało”, ale za to “po równo” zamiast wybierać “wszystko”, które może zamienić się w “nic”. Oczywiście nie o tym jest serial “Tulipan”, o tym natomiast była w pewnym sensie Polska Rzeczpospolita Ludowa, której trudno odmówić również dobrych uczynków, a wywrócenie stolika przy której rozsiadła się wygodnie przedwojenna, “pańska” Polska prawdopodobnie było dziejową koniecznością, która pozwoliła milionom ludzi nauczyć się czytać i pisać. Być może bez tego niejeden profesor, adwokat, sędzia, lekarz czy nauczyciel pasałby dzisiaj krowy na Podlasiu albo przerzucał gnój w jakiejś folwarcznej oborze. Rewolucja w miejsce ewolucji. Zło, które ma to do siebie, że przyspiesza to, co i tak nieuniknione. Ceną jest krew i krzywda, ale ta sama krew i podobna krzywda dzieje się przecież w obie strony - co więcej nie zawsze wyłącznie na poziomie metafory. 

O codzienności przypomina mi opieka nad psem, który wczoraj pożarł pilota do telewizora, dziś zniszył własną obrożę, a jutro prawdopodobnie coś jeszcze przestanie istnieć w związku z jego nienasyconą żądzą gwałtu na przedmiotach. Chodzę więc niewyspany, bo noce z suką Easy przypominają noce czuwania nad dzieckiem, a jej lękowe usposobienie wprowadza mnie w stan napięcia, który nie trudno u mnie sprowokować. Tak czy owak - w sobotę stado wraca z wyspy Kos i pies, a w sensie ścisłym - suka - zostanie zwrócona prawowitym właścicielom. Tymczasem - idziemy na spacer.  

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
Stado.Dziennik.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...