"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

13.05.2026 (środa)

 

Od kilku dni ponownie jesteśmy w komplecie. Z Wi spotykamy się jednak okazjonalnie ponieważ nasze dzienne sprawy powodują, że mijamy się trwale, natomiast z dziećmi spędzam wiele czasu, szczególnie intensywnie spędzając go z synem. Faktem wartym odnotowania jest wspólnie obejrzany (kilka tygodni temu) “Ojciec chrzestny” oraz biograficzny, fabularyzowany dokument “Baczyński” w reżyserii Krystiana Piwowarskiego, który mój syn uznał za poruszający, co dla mnie posiada ogromne znaczenie ponieważ postać Baczyńskiego miała dla mnie w okresie młodzieńczym charakter formacyjny i nie przesadzę jeśli uznam, że to między innymi w związku z obsesyjną w tamtym okresie lekturą jego wierszy - stałem się poetą. Naturalnie w owym czasie o wiele bardziej aspirowałem do tej roli i starałem się z całą mocą sprostać wyobrażeniom na jej temat niż rzeczywiście nim byłem. Z drugiej strony czy “bycie poetą” jest kwestią pozostawiania po sobie śladu w postaci napisanych wierszy, czy to jest raczej postawa, którą człowiek przyjmuje wobec życia przez odpowiednie lub nieuniknione wskutek posiadanych “cech osobniczych” - ustawienie wrażliwości? “Ustawienie” w pewnym sensie straceńcze i autodestrukcyjne jeśli weźmie się pod uwagę współczesne standardy próbujące zdefiniować to, co dzisiaj moglibyśmy uznać, za “życie udane”, a już na pewno, za życie, które należy potraktować serio. Któż bowiem współcześnie, poważnie traktuje poetów? Któż poważnie traktuje zajęcie nie pozwalające niezwłocznie zmonetyzować jego owoców? Któż potraktuje je poważnie, kiedy przekona się o tym, że owych owoców nie sposób monetyzować w żaden sposób, a już na pewno nie w taki, który pozwala mieć z tego zajęcia pieniądz “na przetrwanie”. Jest w tym oczywiście pewna słuszność przy założeniu, że dorosły, a tym samym odpowiedzialny człowiek powinien swoje życie organizować tak, żeby móc przynajmniej samego siebie utrzymać, nakarmić, dać sobie dach nad głową. To jasne, że nie tylko poezja, ale literatura w ogólności takich gwarancji nie daje, co więcej - niemal zawsze jest źródłem finansowych niedomagań tych, którzy wyłącznie jej poświęcają swój czas. Być może to wyjaśnia wyniosłość ich postawy wobec życia na “etacie”, który w opinii “środowiska” czyni z literata parającego się fachem “zwykłych śmiertelników” - amatora, w przeciwieństwie do pozostałej reszty, która żyje z grantów, stypendiów, a w jednym procencie całości - być może - z wyników sprzedażowych, które uzyskują napisane przez nich książki. Owa “wyniosłość” postawy może w pewnym stopniu windykować należne w opinii “zawodowych” pisarzy i pisarek - uznanie - dla ich twórczego trudu oraz dolegliwości związanych z wyborem życiowej drogi. Poeta w tym wypadku przynajmniej nie ma złudzeń. Nie da się z tego żyć i trzeba szukać pieniędzy gdzieś indziej. Ów stan rzeczy posiada swoje dobre strony, z których najbardziej istotną jest wolność wyboru, która w równym stopniu jest przecież wolnością twórczą, a przynajmniej do tego rodzaju wolności się sprowadza. Dla twórcy świadomość, że “nie muszę” jest o wiele bardziej istotna niż świadomość, “że mogę”. Książki pisane po to, żeby opłacić czynsz, kupić chleb i mleko, żeby uciekać nieustannie przed “marą etatu” są w gruncie rzeczy robotą, która potrafi zadręczyć. Z drugiej strony wyraźnie wyczuwalny u niektórych twórców i twórczyń lęk przed koniecznością zarabiania na życie inaczej niż pracą twórczą przybiera czasami formy karykaturalne. Ciemną stroną tej postawy jest natomiast tkwiąca na jej dnia pogarda dla każdego innego zajęcia, które zmusza człowieka do spędzania ośmiu godzin dziennie na wykonywaniu czynności innych niż praca nad książką. Szczęśliwie owo “rozdarcie” nie dotyczy mnie w najmniejszym stopniu, a możliwość zarabiania pieniędzy na czymś innym niż tworzenie tekstu daje mi wybór tam, gdzie inni być może takiego wyboru nie mają. Koniec końców i tak sprowadza się to do tego, czy ma człowiek z czego żyć, czy nie ma. Lepiej mieć. 

Z rzeczy wartych odnotowania - podjęta lektura “Lalki” Bolesława Prusa. Moje zamiłowanie do klasycznej powieści znajduje w “Lalce” obiekt należnych tej powieści westchnień i zachwytów. Co więcej - począwszy od nabożnej niemal uwagi jaką Prus poświęca opisowi towarów znajdujących się w składzie Wokulskiego, skończywszy na wciąż aktualnych napięciach w grze pomiędzy płciami, to jest powieść, w której pomimo upływu ponad stu trzydziestu lat od jej wydania, wciąż można odnaleźć prawdy “najprawdziwsze” jeśli za obowiązujące przyjmiemy to, co o prawdzie pisze Paweł Śpiewak - że oto wyraża się ona przede wszystkim w tym, czym jest “uporczywość doświadczenia”. Kotłują się “Lalce” namiętności. Kotłują się “uporczywie”, jednak głównym aktorem dramatu w moim odbiorze tej dziewiętnastowiecznej powieści jest niepokój

Stan wewnętrznego drżenia, który Prus oddaje na wielu poziomach, najwyraźniej jednak odczuwany jest na poziomie jednostkowym - niepokój, który drąży mężczyzn - doskonale zilustrowany w filmowej wersji powieści przez Hasa, gdzie Rzecki grany przez Fijałkowskiego to jest udręka niepokoju - jej czysta postać - ze skłonnością do osuwania się w histerię. Zresztą Wokulskiemu do stanu równowagi brakuje równie wiele. Co więcej - Wokulski autoagresywnie ów niepokój w sobie prowokuje, tak jakby stan niepokoju sprawiał, że krew która w nim krąży jest krwią bardziej żywą, niż ta “zimna”, którą kieruje się w interesach. Nieświadoma perwersja czy masochistyczna skłonność? O “Lalce” napisano niemal wszystko trudno więc komentować tekst rozebrany na części przez literaturoznawców. Tym niemniej czytam “Lalkę” z ogromną przyjemnością rozpoznając u siebie ów rzadko występujący u mnie stan wyczekiwania na chwilę, kiedy znów będę mógł zanurzyć się w opowieści. 

 

I tylko wiosna wciąż kapryśna, zmienna i pochmurna. Bez kwitnie w imponujących bukietach, które kołyszą się nad głowami przechodniów, tyle że jego zapach nie wibruje w powietrzu z uwagi na chłód, który bardziej pasowałby do marca niż połowy maja. Mnie natomiast, coraz częściej, przychodzi do głowy powrót do pisania by z ich poziomu zmierzyć się z tym, o czym opowiada ten dziennik. Zanim jednak z języka prozy przesiądę się na język liryki konieczne wydaje się zredagowanie ukończonego tomu wierszy, który od roku nie może doczekać się uwagi. Jeśli przed końcem tygodnia do tego nie usiądę będę zmuszony sam siebie za owo zaniedbanie ukarać. 

Zobacz również

Stado.Dziennik.
Stado.Dziennik.
Stado.Dziennik.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...