Szkolenie z pieszej ewakuacji
Ktoś w prywatnej wiadomości skomentował mi jedno ze zdjęć krótko: "Wygląda to jak kurs z bycia bezdomnym". W pewnym sensie trafił w samo sedno. Mniej więcej do tego sprowadzał się scenariusz naszych ćwiczeń. Tracisz dach nad głową, musisz natychmiast opuścić swój dom, a w pewnym momencie, z powodu zablokowanych dróg, braku paliwa czy zniszczonej infrastruktury, musisz porzucić także samochód. Zostajesz z tym, co masz na plecach, a jedynym środkiem transportu stają się własne nogi. My dodatkowo podkręciliśmy poziom trudności, w naszym scenariuszu należało jeszcze unikać innych ludzi.
Na ten pilotaż dotarły ostatecznie dwie osoby: ojciec i jego nastoletni syn. Nie byli to jednak przypadkowi ludzie bez doświadczenia terenowego. Ojciec to maratończyk i myśliwy, syn to nastoletni bokser. Obaj w dobrej formie ogólnej, a na szkolenie przyjechali prosto z Pol'and'Rock Festival, więc nocki pod namiotem i spanie w terenowych warunkach zaliczyli już po drodze. Co ciekawe, choć wcześniej się nie znaliśmy, w rozmowie szybko wyszło na jaw, że mijaliśmy się na różnych edycjach tych samych specjalistycznych kursów: od maskowania, przez bowhunting, aż po dzikie rośliny jadalne.
Szkolenie rozpoczęliśmy od przeglądu zawartości ich plecaków ewakuacyjnych (BOB). Poleciłem wywalić część zbędnego sprzętu oraz wszystkie zimowe ubrania. Plecak ewakuacyjny warto mieć w dwóch wersjach sezonowych lub przepakowywać go w zależności od przesileń - zimowe warstwy w środku lata to tylko zbędny balast, który zabiera miejsce na kluczowe zasoby: żywność i wodę.
Po odprawie ruszyliśmy w teren.
W internecie ewakuacja i survival wyglądają malowniczo. Są hamaki rozwieszone między sosnami, klimatyczne ogniska, błyszczący ekwipunek i idealne kadry na tle zachodzącego słońca. Rzeczywistość okazuje się jednak brutalnie prozaiczna. To przede wszystkim brud, pot, ból różnych części ciała i nieustanna walka z własnym wyczerpaniem. Szliśmy w większości na przełaj, przez nieużytki, zarośla, ścierniska i zaorane pola, dźwigając po około 20 kilogramów na plecach.
Taki marsz poza utwardzonymi szlakami błyskawicznie weryfikuje teoretyczne założenia. Na szlaku, z identycznym bagażem, sprawny człowiek bez większego trudu pokona dwadzieścia kilometrów dziennie. Jednak poza szlakiem ten sam ciężar zaczyna działać ze spotęgowaną mocą. Brak stabilnego podłoża wymusza ciągłą pracę stawów skokowych i mięśni głębokich, a konieczność schylania się pod gałęziami czy unikania zaczepów drastycznie obniża tempo, momentami nawet do półtora kilometra na godzinę. W takich warunkach realistyczny dystans przy wędrówce wielodniowej zamyka się w granicach kilkunastu kilometrów na dobę, a pokonanie powyżej 30 kilometrów graniczy z wyczynem ekstremalnym i wymaga pełnej regeneracji w kolejnych dniach.
Z każdym kilometrem przychodzi też inna, bardzo dosadna lekcja: woda. Dopiero pod wycieńczającym ciężarem plecaka człowiek zaczyna naprawdę rozumieć, jak absurdalnie dużo wody potrzebuje ludzki organizm przy ciągłym wysiłku i jak potężną część masy całego ekwipunku ona stanowi. Każdą jej kroplę trzeba unieść na własnych plecach, a jej brak odbiera siły szybciej niż brak jedzenia. Taki marsz to też bardzo dobra okoliczność aby zastanowić się, które elementy ekwipunku są zbędne, a które warto podzielić między uczestników zamiast je dublować.
Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że po ciężkim wysiłku czeka nas nagroda: ciepły prysznic, czysta pościel albo chociażby odpoczynek przy ognisku w urokliwym lesie. Tymczasem trafienie po wycieńczającym marszu do brudnego, dusznego miejsca, które w niczym nie przypomina przytulnego schroniska ani leśnego biwaku, to potężny cios w morale i kolejne trudne zadanie dla głowy. W takich momentach naturalnie pojawiają się demotywujące emocje: rozgoryczenie, złość, poczucie bezsensu.
Mimo to trzeba było działać dalej. Najpierw dokładnie dokonaliśmy rozpoznania wnętrza budynków i po przeanalizowaniu możliwości uznaliśmy, że na miejsce noclegu wybieramy stodołę. Usiedliśmy pod nią, żeby zjeść wytrawne obiady ze strażackich racji żywnościowych od firmy Armatec. Posiłek zadziałał błyskawicznie, zmęczenie wzięło górę tak gwałtownie, że kursanci zasnęli natychmiast po zjedzeniu. Chłopak zasnął dosłownie siedząc po turecku. Chciałem dać im chociaż 45 minut drzemki, żeby po obudzeniu nie byli jeszcze bardziej rozbici i mogli bez problemu zasnąć w nocy, ale organizmy same zadecydowały, wstali chwilę przed czasem bez mojej ingerencji.
Gdy się obudzili, w pierwszej kolejności zrobiliśmy solidne rozciąganie zmęczonych mięśni. Następnie wzięliśmy się za przygotowanie bazy noclegowej, całe "sztuczki survivalowe" sprowadziły się do zrobienia prowizorycznej miotły i dokładnego pozamiatania rampy w stodole, na której mieliśmy spać. Dbanie o minimalny chociaż komfort to podstawa przetrwania, a ten wysiłek opłacił się nawiązką: zamiast wdychać nocą kurz, mogliśmy oddychać czystym powietrzem co przełożyło się na jakość snu.
Dopiero po sprzątaniu zarządziłem czas na higienę osobistą. Po forsownym marszu w upale, przez kurzące się ścierniska, pylące nieużytki oraz po kurzu wzniesionym przy sprzątaniu stodoły, trzeba było z siebie to wszystko zmyć. Opowiedziałem im o moim sposobie, zwykłej gąbce, która pozwala mi umyć się mydłem i spłukać całe ciało przy użyciu zaledwie 300 ml wody, po czym poszedłem w ustronne miejsce. Panowie do swojej higieny użyli mokrych chusteczek.
Dzień zamknęliśmy ciepłą kolacją na słodko (również ze strażackich racji Armatec) i udaliśmy się na spoczynek. Nasze nastroje gdy kładliśmy się spać daleko odbiegały od imprezowej atmosfery przy flaszce przy ognisku w szałasie. Ale nie było też rozgoryczenia. Od uczestników emanował głęboki spokój i pełna akceptacja sytuacji. Włożyli ogromny wysiłek w pokonanie tych kilkunastu kilometrów i zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb, wyspać się było kolejnym zadaniem.
Rano sprawna, poranna toaleta, śniadanie w postaci kawy i batonów This1 (wysokokalorycznych batonów orzechowych, które nie zamarzają i nie topią się w trudnych warunkach), pakowanie i czas na podsumowujące rozmowy. Każdy z nas niósł własne zapasy, więc dopijając resztki i robiąc pełny bilans doby, zobaczyliśmy twarde liczby: w ciągu 24 godzin wyszło nam średnio aż 4,5 litra wody na głowę, na picie i przygotowanie posiłków, bo na higienę tylko ja zużyłem z własnego zapasu niespełna 300ml. To wyliczenie dało do myślenia mocniej niż jakakolwiek teoria.
I to była najważniejsza nauka z całego pilotażu. Sytuacja kryzysowa to nie przygoda z filmu. To umiejętność zarządzania własną energią, czasem, nawodnieniem i głową w warunkach skrajnego dyskomfortu. Najlepsze sprzęty i umiejętność rozpalania ognia krzesiwem na nic się nie przydadzą, jeśli psychika siądzie w zderzeniu z brudem i wycieńczeniem.
Dziękuję kursantom z pilotażu za ogrom wykonanej pracy, wytrwałość i bezcenne wnioski.
Ten pilotaż jasno pokazał, jak bardzo potrzebujemy realistycznych, pozbawionych romantycznej otoczki szkoleń z zakresu bezpieczeństwa i ewakuacji. Właśnie wyciągam wnioski z pierwszej edycji i dopracowuję program pod kolejne grupy.
Każda kolejna edycja będzie jednak dostosowana do możliwości uczestników. Inaczej wygląda szkolenie dla młodego boksera i maratończyka, a inaczej dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z przygotowaniem do sytuacji kryzysowych. Celem nie jest bicie rekordów ani selekcja komandosów, lecz realistyczne sprawdzenie własnego sprzętu, kondycji i psychiki w kontrolowanych warunkach.
Jeżeli chcesz przekonać się, ile naprawdę waży 20 kilogramów po kilkunastu kilometrach marszu przez pola, ile wody potrzebuje człowiek i jak zachowuje się psychika po dobie spędzonej poza strefą komfortu – napisz do mnie prywatną wiadomość z hasłem EWAKUACJA.
Trwa ładowanie...