Matki jako lalki

Obrazek posta

Mamy ciała. To fakt, nie da się go ukryć. Dzięki nim chodzimy, śmiejemy się, spędzamy czas z bliskimi, pracujemy.

 

Albo rodzimy.

 

Nasze ciała działają. Ich wygląd to tylko jedna z cech, wcale nie najważniejsza.

 

Ale w tym świecie to właśnie wygląd ciała kobiety - najlepiej seksualizowany - jest przedstawiany jako jej największa wartość.

 

W sieci są miliony zdjęć kobiet w kusych strojach kąpielowych czy prześwitującej bieliźnie. Ale zdjęcia po porodzie nadal wzbudzają oburzenie.

 

Takie wzmożenie wywołały dwa moje zdjęcia połogowe - najpierw w sukience i majtkach poporodowych z podpaską połogową, potem w spodenkach i sporym staniku do karmienia. Zwykłe ubrania w połogu, nic strasznego ani skandalicznego.

 

Okazało się jednak, że taki obraz wciąż wzburza.

 

„Za dużo pokazujesz”. Przecież widać tam mniej ciała niż gdybym była w stroju kąpielowym.

 

„Odsłaniasz niemal wszystko”. Skądże - wielka podpaska czy spory stanik zasłania więcej niż bielizna na billboardach.

 

„Na ulicę byś tak nie wyszła”. W bieliźnie też nie - a jednak reklamy bielizny widzimy na ulicach. Internet pełen jest zdjęć domowych - na łóżku, w wannie, na fotelu.

 

„Zachowaj coś dla siebie”. Zachowuję dla siebie dokładnie tyle, ile chcę. Granice tego, co o sobie chcemy opowiedzieć (i po co) - wyznaczamy my sami. To nasze ciała, nasza autonomia.

 

„To niehigieniczne, obrzydliwe”. Podpaska jest czysta, majtki siateczkowe pozwalają oddychać skórze, stanik pozwala na szybkie karmienie i brak obtarć brodawek o koszulkę. Co jest niehigienicznego w pielęgnacji po porodzie? To właśnie jest higiena.

 

A nawet gdyby krew była widoczna (ja akurat nie wrzuciłam takiego zdjęcia) - to przecież w naszej kulturze publicznie przedstawiana krew z wszelkich części ciała jest zupełnie normalna: w filmach czy reklamach. Przecież ma być realistycznie. Z jednym wyjątkiem: krew menstruacyjna bądź połogowa. Tam realizm zastępowany jest niebieskim płynem w reklamach podpasek - by broń bogini nikt się nie oburzył, gdy zobaczy tę najgorszą, wstydliwą krew. A po reklamach z niebieską cieczą na podpasce - film z rozszarpywaniem ciał z tryskającą krwią.

 

Prawda jest taka: w oburzeniu zdjęciami po połogu ani przez chwilę nie chodzi o nadmierną widoczność ciała - bo jej tu nie ma. Nie chodzi też o higienę - ona jest zachowana. Chodzi o coś zupełnie innego.

 

Ciało w podpasce połogowej trudniej jest seksualizować, a kobiety po porodach mają być niewidoczne i czuć się obrzydliwie, dopóki nie wrócą do „formy” - i znów będzie można je traktować jak towar na wystawie. Jak to kobiety.

 

Ciała wyidealizowane, przerobione, wygładzone - lepiej sprzedają produkty. I to jest istota różnicy między reakcjami na wystylizowane ciało w bikini a ciało w połogu, w szpitalnej łazience. Do ciał w bikini jesteśmy przyzwyczajeni, bo sprzedaje się nimi samochody, programy telewizyjne i szminki. A realistyczne ciała w połogu? Nie sprzedadzą samochodu. Nie wprawią w kompleksy, byś musiała kupić ten produkt. Są nieprzydatne przy sprzedawaniu towarów. Więc ich widoczność w tym systemie nastawionym na zyski - jest zbędna, a wręcz stanowi przeszkodę. Bo jakby to było, gdyby kobiety zaczęły się akceptować w różnych momentach swojego życia i z różnymi ciałami, a poród i wychowywanie dzieci stałyby się szanowane i doceniane? Ten system by się zawalił - bo budowany był i opiera się na nieodpłatności pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej (o czym więcej można przeczytać w świetnym „Kanibalu i czarownicy” Silvii Federici).

 

Można więc nawet argumentować, że wyidealizowane ciała kobiet w bikini są „ładne”, a realistyczne ciała kobiet z połogu są „brzydkie” - i dlatego ludzie wolą oglądać te pierwsze. Ale wtedy warto kopać głębiej: dlaczego wyidealizowane obrazy podobają Ci się bardziej niż to, co realistyczne? Dlaczego Twoje „prywatne upodobania estetyczne” są takie same jak w większości przekazów w naszej kulturze - czy zatem są naprawdę Twoje, prywatne, a może wpływ na ich kształtowanie miał konkretny system i kultura? I czy wybieranie ciał przerobionych i wyidealizowanych nie gryzie się z pompatycznymi deklaracjami, że lubisz „naturalne dziewczyny”?

 

Zbyt często „ładne” jest synonimem „opłacalne” i „dobre do sprzedaży”. A „obrzydliwe” to rzadko „prywatne upodobanie” - częściej narzędzie dyscyplinowania i tresury. System z powodzeniem skapitalizował jednoczesną obsesję na punkcie fizjologii kobiet i obrzydzenie nią - seksualizacja ciał i obrażanie za „obrzydliwość” czystej podpaski są przejawami tego samego zjawiska.

 

Ciała kobiet całe życie są uprzedmiotawiane - a gdy dodatkowo są mamami, dostają kolejną łatką po ciele. Mają być święte (Matka Polka), niemalże niecielesne, a jeśli cielesne (ktoś w końcu musi nosić dziecko i zmieniać pieluchy), to w sposób przezroczysty - a jednocześnie atrakcyjne i pociągające (inaczej mąż je zostawi), w eleganckiej sukience i na obcasach przy garach jak z propagandy lat 50.

 

Gdy Matka Polka przemyka z miejsca w miejsce, by zmienić pieluchę, zrobić obiad, posprzątać - ma być niezauważona i niewidzialna, a jednocześnie mieć ogolone nogi, manicure i pedicure, ułożoną fryzurę, staranny makijaż i wyprasowaną sukienkę zgodną z aktualnymi trendami. Bo na Matce Polce się zarabia. Najpierw się ją dyskredytuje i wzbudza w niej poczucie, że zawsze robi i wygląda źle - a następnie na te zmyślone przez system problemy sam system oferuje genialne rozwiązania: kosmetyki, ubrania, treningi i zabiegi upiększające. I miliony produktów dla dzieci. Bo chyba nie chcesz skrzywdzić swojego dziecka, prawda? Więc kupuj. I kupuj. I kupuj.

 

Jesteśmy niewidzialne, gdy chodzi o nasze potrzeby. Stajemy się widzialne, gdy chodzi o potrzeby innych.

 

Dyscyplinowanie kobiet i wywieranie presji idealnego wyglądu służy temu, by łatwiej je temu podporządkowywać.

 

Mam wrażenie, że jedynym wyłomem w tym zjawisku jest ciąża. Nigdy jako dzieci i kobiety nie jesteśmy tak (przynajmniej deklaratywnie) przychylnie traktowane jak w trakcie ciąży. Wtedy możemy przytyć (ale nie za wiele, nie wolno traktować ciąży jak wymówki do obżerania się!), a wypukłość brzucha jest przyjmowana z łaskawością, jakiej nie uświadczymy nigdy wcześniej i później (choć nie powinien być za duży, bo to już przesada). Potem wszystko to znika - i kobieta, i dziecko przestają interesować społeczeństwo (z konserwatystami pełnymi frazesów o „życiu” na czele), gdy dziecko się urodzi. Sami sobie radźcie.

 

Ale kobieta spełniająca swoją rolę (rodzić!) dostaje chwilową dyspensę na płaski brzuch. Nie musi go wciągać i nosić wyszczuplających spodni, by nie być obrażaną. Choć jest podporządkowywana na szereg innych sposobów. I gdy założy koszulkę odsłaniającą brzuch latem - niech wie, że kala świętość ciąży. Bo ciężarne - podobnie jak matki - są święte i grzeszne. Nic pomiędzy nie ma.

 

Gdy brzuszek jest ciążowy, jest obiektem zachwytu i wzruszenia.

Gdy jest nadal duży po porodzie, bo macica dopiero zaczyna się obkurczać - nagle staje się obrzydliwy i zaniedbany.

 

To ten sam brzuch. Tak samo naturalny proces. Ale oczekuje się, że kobietom po porodzie szybko zniknie brzuch. Albo że one znikną, póki się go nie pozbędą.

 

Mamy się chować z naszymi połogowymi ciałami i doświadczeniami. Nie robić problemu. Nie mówić i nie pokazywać, że bywa różnie: cudownie, szczęśliwie, ale i ciężko czy przygnębiająco. Mamy szybko dojść „do siebie” - jakbyśmy jako świeże mamy wcale nie były sobą. „Do siebie” - czyli do wersji sprzed porodu, choć to fizycznie i psychicznie niemożliwe, by cofnąć się w czasie. A jednocześnie rodzić dziecko za dzieckiem.

 

Mieć zawsze ciało sprzed ciąży - ale co rusz mieć kolejne dzieci po ciąży. Bagatela, nic prostszego. W ogóle to, co robią kobiety, zawsze jest jakieś proste i nieskomplikowane. Na przykład opieka nad dziećmi - przecież to tylko „siedzenie w domu”. Próba dopasowania się do wymagań urodowych - „pacykowanie się”. Wychowywanie dzieci - „urlop” wychowawczy (płatny całe 0 zł miesięcznie i rocznie, bo to takie proste!). Życie jako kobieta to nieustające wakacje.

 

Społeczeństwo chce dzieci - ale nie chce widzieć matek po porodach, słuchać o ranie po łożysku i podpasce, o połogu i hormonach. Matki mają zajmować jak najmniej miejsca - i zajmować się dzieckiem, by i ono nie narzucało się społeczeństwu. Bo za głośne, płacze, brudzi. Niech matka coś z tym zrobi! A jak nie umie go uspokoić - niech nie wychodzi z domu.

 

Wszystko, co realne - płacz, ciało, krew połogowa, praca opiekuńcza - ma zostać w domu. Ukryte, wstydliwe. Na barkach (głównie) kobiet.

 

Społeczeństwo chce dzieci - ale nie chce ich widzieć i słyszeć. Dzieci mają być niewidoczne - razem z matkami. A gdy się pojawią - mają być jak towar w sklepie. Miłe dla oka i ucha.

 

Dzieci i mamy jako lalki.

 

I dlatego tak niewiele widzimy zdjęć z połogu: z wystającym brzuszkiem, podpaską, opuchlizną i łzami.

 

I dlatego trzeba je pokazywać, by kobiety po porodzie nie czuły się inne, obrzydliwe. By zakończyć ich stygmatyzowanie i zawstydzanie.

 

Wszystkie krwawimy. Mamy ranę po łożysku wielkości talerza. Wiele z nas przez kilka tygodni nosi podpaski połogowe. To nie żaden wstydliwy sekret - tylko codzienność milionów kobiet. Zwyczajna i nieskandaliczna.

 

O ile podpaski okresowe stały się już widoczne w przestrzeni publicznej - te połogowe zdają się wciąż jakimś wstydliwym sekretem.

 

Nie jesteśmy same. Nie musimy się chować i ukrywać. Nie jesteśmy lalkami, do cholery. Bądźmy z siebie dumne i bezwstydne!

 

(Ten tekst napisałam oczywiście nie tylko na podstawie własnych obserwacji - traktowania matek w przestrzeni publicznej czy komentarzy, które ostatnio pojawiły się pod moimi postami. Od lat kobiety piszą do mnie o swoich doświadczeniach - także związanych z macierzyństwem. Tych historii są tysiące).

Macierzyństwo prawa kobiet Połóg ciąża

Zobacz również

Tradycje ślubne i feminizm
Jestem feministką i mam męża!
Wygeneruj sobie przemoc seksualną - czyli o rozbieraniu zdjęć kobiet bez ich zgody

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...