Jestem feministką i mam męża!
Nie mam pojęcia, dlaczego nadal trzeba to tłumaczyć. Ale po informacji o moim ślubie pojawiło się sporo komentarzy, że teraz to przestałam być feministką, skoro mam męża. Że stałam się kobietką obok silnego mężczyzny.
Moje poglądy się nie zmieniły. Jestem taką samą feministką dzień po ślubie jak dzień przed nim. Nie stałam się nagle „kobietką”. W związku jestem od lat. A teraz jesteśmy małżeństwem.
Żyję tak, jak chcę. I o to walczę dla innych - niezależnie od orientacji, płci, pozycji społecznej czy sytuacji finansowej.
Skrajni konserwatyści przedstawiają jeden sposób życia jako obowiązujący, który chcą narzucić wszystkim innym - mimo iż sami często się do niego nie stosują (ale to zawsze „wyjątkowa sytuacja”). Nakazują żyć innym tak, jak sami udają, że żyją.
Feministki - tak jak rozumiem feminizm - chcą, by ludzie mogli godnie i bezpiecznie żyć niezależnie od tego, jakich prywatnych wyborów dokonują. Matki, ciężarne, bezdzietne, w związkach z kobietami, mężczyznami czy bez związku, nauczycielki, pielęgniarki, kierowczynie, z niepełnosprawnościami i sprawne, kobiety i mężczyźni - wszyscy powinni mieć dostęp do usług w ramach ochrony zdrowia, stabilność zamieszkania i zatrudnienia czy ochronę przed przemocą. A nie zawsze mają. I tu jest zadanie dla feminizmu. W kontekście ciąży i marzenia o dzieciach też czytam często: „Feministka w ciąży?!”. Jak doszło do tego, że feminizm - zajmujący się prawami kobiet - stał się w głowach niektórych przeciwstawny względem macierzyństwa? Przecież feministki od dziesiątek lat piszą o pracy opiekuńczej kobiet, domagają się godnego i podmiotowego traktowania matek, sprzeciwiają się zamykaniu ich w domach i wykluczaniu z przestrzeni publicznej (obecnie widzimy to w niechęci do dzieci w restauracjach czy samolotach - to wykluczanie nie tylko dzieci, ale i rodziców). Mnóstwo feministek ma dzieci. W moim rozumieniu dostrzeżenie i docenienie pracy opiekuńczej i emocjonalnej wykonywanej w olbrzymiej większości przez kobiety to istota feminizmu, o czym wielokrotnie mówiłam. Macierzyństwo jest jej częścią - znacznie bardziej powszechną niż przebijanie szklanego sufitu przez buisenesswomen. Zauważenie macierzyństwa, niepłodności, nieodpłatnej pracy domowej, codziennych problemów milionów kobiet związanych z łączeniem opieki z obowiązkami i pracą - to jedno z najważniejszych zadań feminizmu. Feminizm nie zajmuje się ocenianiem, czy kobieta z mężem jest gorsza od tej bez niego; czy ta z dziećmi wybrała gorzej od tej bez nich. To robią inni - bo to narzędzie kontroli nad kobietami i sposób ich zawstydzania ze względu na decyzje reprodukcyjne. Feminizm z tym walczy. Ani bycie żoną, ani singielką nie jest feministyczne. Feministki bywają żonami i singielkami. Ani posiadanie dzieci, ani bycie bezdzietną nie jest feministyczne. Feministki mają dzieci i są bezdzietne. I powinny nie być dyskryminowane - niezależnie od sposobu życia, jaki wybrały. Walka z dyskryminacją jest feministyczna. Dążenie do sprawiedliwego świata jest feministyczne. A nie mąż czy jego brak.
Trwa ładowanie...